sobota, 11 lutego 2017

Witam

OHAYO!

Witam, witam! Trochę minęło! Serio dawno mnie nie było tutaj... Mam nadzieję, że jeszcze znajdą się tu jacyś czytelnicy. Post ten jest informacją! A jaką? A taką, że ja i moja przyjaciółka/partnerka NaWa podbijamy fb! Właśnie wystartowała nasza strona, którą znaleźć można pod adresem: https://www.facebook.com/Kuro-Lady-NaWa-102008036988215/
Wpadajcie! Piszcie! Likujcie! Róbcie co chcecie! 
Ja zaś przepraszam, że tak dawno nic nie zamieszczałam tutaj, ale jak tylko skończy mi się sesja, postaram się coś naskrobać, więc mam nadzieję, że jeszcze jest tu ktoś, kto z niecierpliwością wyczekuje nowych historii. To wszystko!
Dziękuję i pozdrawiam, Kuro Lady~.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Przeszłość i przyszłość.



Przeszłość i Przyszłość


"Wampiry według podań i legend krwiożercze bestie, żywiące się tylko i wyłącznie ludzką krwią. Niektóre nawet zabijają ludzi, mimo że nie muszą, bo do przeżycia potrzebne są im tylko małe ilości krwi. Po ugryzieniu wampira nie nastąpi przemiana, jeśli on tylko napił się, a nie miał na celu zmiany danej osoby za pomocą klątwy. Wielu uważało, że bycie wampirem jest przekleństwem, ponieważ nigdy nie mogli umrzeć ani zestarzeć się. Gdy wszystko na około nich przemijało, oni trwali dalej, co było dla nich najgorsze i zawsze byli samotni. Ludzie bojąc się rozprzestrzenienia rasy wampirów oraz jej dominację nad rasą ludzką, próbowali je zabić. Szukali skutecznego sposobu na ich unicestwienie. Odkryli, że ich słabością były woda święcona oraz wbicie srebrnego miecza prosto w serce. Rasa wampirów została niemalże zniszczona przez ludzi. Lecz wampiry w porę postanowiły zrobić odpowiedni krok i usunęły się w cień. Postanowiły żyć wśród ludzi, ukrywając swoje prawdziwe oblicze, nadal żywiły się krwią ludzką, ale dyskretniej niż dotychczas, ponieważ obawiały się unicestwienia. Mimo strachu przed nimi ludzkość od zawsze zbierała dane na ich temat. Wiele źródeł podaje ich wygląd, zwyczaje i inne informacje. Przed przemianą wampiry wyglądają dokładnie jak przeciętny człowiek tylko są nieco piękniejsze od ludzi. Po przemianie zaś ich włosy zmieniały barwę na  srebrną, dzięki czemu pięknie lśniły w blasku księżyca. Ich oczy przybierały szkarłatny kolor i bił od nich tajemniczy blask. Ich źrenice wydłużały się w pionie i wyglądały zupełnie jak kocie. Nie można również zapomnieć o ich śnieżnobiałych, długich kłach, które służyły do ssania krwi. Ważnym elementem przemiany również było pojawienie się ostrych pazurów, w miejsce nieszkodliwych paznokci. Po przemianie wzrastała również ich siła, szybkość i regeneracja ran. Na czele rasy wampirów stoi Władca, tj. najsilniejszy z nich. Tytuł ten może należeć zarówno do mężczyzny jak i kobiety, wystarczy że odpowiednio udowodnią swoją siłę. Wampiry mają ustanowione prawo i gdy zostanie ono złamane to osądem zajmuje się Władca, a wyrok wykonują Ścigający Śmierć, grupa silnych wampirów, które wiernie służą Władcy w każdej sytuacji, lecz przede wszystkim zajmują się wyrokami. Najgorzej są karane te wampiry, które zabijają ludzi, co jest niedopuszczalne." Około 20-letnia kobieta zamknęła książkę i ciężko westchnęła. Znajdowała się w swoim mieszkaniu, było ciemno, źródłem światła była tylko mała lampka na biurku, przed nią leżały sterty książek i kartek z notatkami. "Kurna, czemu byłam tak głupia, że wybrałam sobie taki beznadziejny temat?! Tysiące książek chyba przeczytałam, a tylko w tej jednej znalazłam coś odpowiedniego na mój temat: Historia rodu wampirów. Muszę pamiętać, żeby następnym razem nie losować tematu." - swoje myśli podsumowała głębokim westchnięciem. Wstała, rozciągnęła się, poszła do kuchni, zjadła coś odgrzewanego i położyła się spać. Następnego dnia wstała i niechętnie poszła na uczelnię. Tam nieco poprawił się jej humor, ponieważ w ramach kary za wiele spóźnień musiała się zajmować uniwersyteckim ogrodem, mogłoby się wydawać, że gorzej trafić nie mogła, ale dla niej to była wręcz nagroda, kochała kwiaty, więc cieszyło ją zajmowanie się nimi. Po wykonaniu "kary" udała się na zajęcia, kierunek studiów wybrała w oparciu o to co lubi, a był to kierunek o nazwie "literatura świata". Ona bardzo lubiła czytać książki, gdy tylko znajdywała jakąś, której nie czytała, szybko zabierała się do jej czytania w jakimś zacisznym miejscu, niektóre książki, które lubiła czytała nawet kilkukrotnie i z każdej przeczytanej lektury zapamiętywała każdy nawet najmniejszy szczegół. Idąc do sali wykładowczej usłyszała wołanie:
-Leila!
Odwróciła się i już wiedziała, że zaraz w jej ramiona wpadnie jej najlepsza przyjaciółka Mei, razem z nią byli również ich inni znajomi, dwóch mężczyzn i kobieta.  Jeden chłopak był blondynem, nazywał się Jack, był uczniem z programu wymiany studenckiej z uniwersytetem w Anglii. Drugi to był Tora, przyjaciel z dzieciństwa Leili. Dziewczyna zaś była niską i piękną osóbką imieniem Haruko oraz tworzyła parę z Jack'em.
-Jak ci idzie pisanie wypracowania? - zapytał Tora.
-Beznadziejnie, mój temat jest do dupy! - rzekła zirytowana i reszta już wiedziała, że nie należy o tym teraz wspominać, bo jak ona się wścieknie to będzie źle. Zmienili temat i ruszyli w stronę sali wykładowczej. Wypadałoby przedstawić główną bohaterkę. Leila to 22-letnia kobieta, o nieprzeciętnej urodzie, była szatynką, o włosach sięgających jej do pasa i pięknych zielonych oczach, w których zawsze było widać charakterystyczny blask i gdy tylko spojrzała nimi na człowieka, ten miał wrażenie, że całkowicie go przejrzała. Niektórzy bali się jej wzroku, ale większość chcąc uniknąć tego uczucia po prostu nie patrzeli jej w oczy tylko koncentrowali się na innym punkcie jej twarzy. Miała pełne usta, cerę gładką nieco bladą, ale zaróżowioną na policzkach. Była przeciętnego wzrostu z długimi nogami, idealną figurą i pełnymi piersiami. Zawsze chodziła z rozpuszczonymi włosami i miała zwyczaj bawienia się ich kosmykami. Była miła, inteligentna, ale też szalona i miała swoje różne dziwne zachowania. Gdy zajęcia się skończyły wyszła ze znajomymi coś zjeść. Gdy się z nimi rozstała od razu ruszyła do swojej dorywczej pracy. A dorabiała ona w hotelowej restauracji jako kucharka, jej zdolności kulinarne były na dosyć wysokim poziomie ze względu na to, że lubiła dobrze zjeść, a że nie miała dosyć pieniędzy na chodzenie do restauracji, więc nauczyła się sama gotować, dzięki czemu wychodziło taniej. Wracając do domu po skończonej pracy, jej drogę przebiegł czarny kot, wystraszyła się, ale po chwili zaśmiała myśląc: "Pech, tak? Jeszcze zobaczymy czy przyniesiesz mi pecha czy szczęście kociaku." Wróciła do domu i ponownie zajęła się swoim wypracowaniem semestralnym. Nie szło jej to zbyt dobrze, temat był trudny, materiałów do pisania brakowało. Siedziała nad tym tak długo, aż bolało ją całe ciało i dała sobie z tym spokój, po prostu położyła się spać. Następnego dnia postanowiła odpocząć, ciągle robiła wszystko co możliwe tylko po to, żeby nie musieć pisać tego wypracowania. I w ten sposób minął jej tydzień, po tym czasie zdała sobie sprawę z tego, że zostały jej 2 miesiące na napisanie całej pracy, która miała zając co najmniej 5 stron A4, a ona nie miała nic. Któregoś dnia gdy wracała do domu było zimno w końcu był już listopad, było też późno i bardzo ciemno, chcąc jak najszybciej wrócić do ciepłego mieszkania, poszła na skróty ciasną, nieoświetloną przez latarnie uliczne alejką. W ciemności nagle ujrzała dwa czerwone punkty, niczym para oczu wpatrywały się w nią, po jej ciele przeszły dreszcze. Przyspieszyła swoje kroki i nagle usłyszała je również za sobą, obejrzała się i z półmroku wyłoniła się postać mężczyzny. Ujrzała w blasku księżyca błysk czerwonych oczu i lśniące srebrne włosy. Strach całkowicie sparaliżował jej ciało, od razu zrozumiała, że przed nią stoi wampir. Nie wiedząc co ma robić tylko stała i wpatrywała się w niego, a jej serce wybijało szalone rytmy z tak ogromnej ilości przerażenia, adrenaliny. Wpatrywali się w siebie nawzajem, a dziewczyna nie była w stanie nawet myśleć, dlatego też nie zauważyła tak zaskakujące faktu jak ten, że ów wampir tylko stał naprzeciwko niej i nie ruszył się nawet o centymetr. Nic jej nie zrobił, a według tego co do tej pory wyczytała o jego gatunku to już dawno powinien ją zabić albo chociaż wypić jej krew. Gdy tylko zdała sobie z tego sprawę jej zaskoczenie było tak duże, że przeważyło nad strachem. Jej serce miarowo się uspokajało, a jej samej wracała zdolność myślenia. Gdy wszystko na spokojnie przeanalizowała to stwierdziła, że nie należy wierzyć w dosłownie wszystko co piszą w książkach, a kiedy w końcu zdecydowała się odezwać, nagle z ciemnego, zachmurzonego nieba zaczął padać ciężki, zimny deszcz. Przyjrzała się bliżej mężczyźnie, stwierdziła, że jest niesamowicie przystojny, ale również zauważyła, że jego całe ciało drży. Zebrała w sobie całą odwagę i zapytała.
-Zimno ci?
Nie uzyskała ustnej odpowiedzi, on tylko delikatnie skinął głową na "tak".
-Masz dokąd pójść?
Znowu cisza, tylko powolne skinięcie na "nie".
-To może byś chciał wpaść do mnie?
Zaskoczony spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami i spostrzegł, że jej oczy również się stopniowo rozszerzają co znaczy, że jest tak samo zaskoczona swoim pytaniem jak i on. Chwilę stali w milczeniu i bezruchu, ona w końcu z zimna zaczęła drżeć mocniej od niego i kichnęła. On widząc to szybko kiwnął głową na "tak" myśląc, że dziewczyna czeka na niego. Lecz ona sama nie wiedziała co się dzieje, co tak właściwie robi, ale jak "zobaczyła" jego odpowiedź, uśmiechnęła się szeroko i ruchem głowy pokazała mu, że ma iść za nią. Gdy doszli do jej mieszkania, niepewnie otworzyła drzwi i zaprosiła go do środka. Szybko zapaliła światło, wzięła z szafy ręcznik i stare ubranie ojca, po czym podała mu. On wziął je niepewnie i spojrzał na nią pytająco.
-Łazienka jest na końcu korytarza, jeśli nie chcesz się przeziębić to weź gorącą kąpiel. Czuj się jak u siebie w domu.
"Chwila! To wampiry mogą się przeziębić? Kurna! Nie wiem! Mniejsza z tym!" Gdy tak myślała, on nagle złapał ją za ramię, czym ją zaskoczył, ale zignorował jej pełne pretensji spojrzenie i rzekł krótko.
-Ty pierwsza.
Powiedział to z taką siłą w głosie, że nawet nie miała ochoty mu się przeciwstawiać, więc szybko chwyciła inny ręcznik i ubrania na zmianę po czym poszła do łazienki. Biorąc gorącą kąpiel spokojnie analizowała wszystko co się stało i starała się wymyślić co dalej powinna zrobić, ale nic nie wymyśliła. Gdy już była ubrana, wyszła z łazienki i spostrzegła, że on stoi dokładnie w tym samym miejscu, w którym stał. Westchnęła cicho, podeszła do niego i klepnęła go w ramię.
-Co ja ci mówiłam? Masz się czuć jak w domu. To znaczy masz się rozgościć, a nie stać jak kołek w korytarzu!
Powiedziała z oburzeniem i odesłała go do łazienki. Ona zaś udała się do kuchni zrobić jakąś lekką, pyszną kolację i zdecydowała się na spaghetti. Gdy gotowała ruszała się płynnie i z gracją, była tak skupiona na tym co robi, że nawet nie zauważyła, iż jej gość już od jakiegoś czasu się jej uważnie przygląda. Gdy skończyła gotować, odwróciła się, żeby postawić talerze na stole, spostrzegła go i z zaskoczenia upuściła talerze z gorącym spaghetti, ale dzięki refleksowi chłopaka danie wraz z talerzami zostało ocalone. Ona zaskoczona nie tyle tym, że na nią patrzał, tylko bardziej tym, że teraz miał krótkie, czarne włosy i brązowe oczy. Z wrażenia osunęła się na krzesło, on postawił przed nią jeden talerz drugi postawił na drugim końcu stołu i usiadł. Spokojnie zaczął jeść. Nagle uśmiechnął się i krzyknął.
-Ale pyszne! Co to jest?!
-To tylko spaghetti. Chcesz więcej?
Powiedziała niepewnie, on energicznie kiwnął głową, więc wstała i nałożyła mu więcej.
-Cieszę się, że ci smakuje.
Powiedziała radośnie, ale on nic nie odpowiedział tylko bardzo szybko pochłaniał to, co miał na talerzu. Przez chwilę wpatrywała się w niego i jadła swoją porcję. W końcu postanowiła zapytać.
-Kim jesteś?
On zaskoczony spojrzał na nią, chwilę milczał, intensywnie myśląc nad odpowiedzią, po czym odezwał się z niepewnością w głosie.
-Nie boisz się mnie?
-Nie, już nie. Chcę wiedzieć kim jesteś.
Spojrzał na nią i ujrzał w jej oczach niesamowity błysk i to te oczy wywarły na nim mocne wrażenie, przez co na chwilę zaniemówił, ale po chwili otrząsnął się z tej zadumy i odpowiedział.
-Jak sama widziałaś jestem wampirem, to jest mój standardowy wygląd przed przemianą, a to co widziałaś wcześniej to mój wygląd po przemianie.
-Jestem Leila, a ty?
Zaskoczony spojrzał jej w oczy, ale po chwili odwrócił wzrok w drugą stronę. Ona nieco zirytowana wwiercała w niego swoje spojrzenie, a on uległ jej niesamowitej sile ducha.
-Ryuuji. Mam na imię Ryuuji.
Powiedział lekko zawstydzony po czym czekał na jej reakcję. Tymczasem ona szeroko i radośnie się uśmiechnęła, po czym wyciągnęła ku niemu swoją rękę.
-Miło mi cię poznać, Ryuuji.
On niepewnie uścisnął jej dłoń i rzekł.
-Mi również jest miło, Leila.
-No to czas iść spać.
Wstała od stołu, puste talerze wstawiła do zlewu i przeszła do salonu, a chłopak za nią. Tak wyciągnęła z szafy koc i rzuciła nim w niego, następnie palcem wskazała kanapę.
-Niestety, nie mam ci do zaoferowania nic innego niż to.
-To wystarczy, więc się nie przejmuj.
Leila poszła do swojego pokoju, a Ryuuji został w salonie, oboje położyli się i próbowali zasnąć, ale nie udało im się, ponieważ oboje myśleli o sobie nawzajem. Już prawie świtało, gdy w końcu zmorzył ich sen. Następnego dnia, gdy Leila wyszła do szkoły, Ryuuji został sam w jej mieszkaniu, nie wiedząc, co ma robić, chodził w kółko po pokojach, przeglądał różne książki, aż w końcu natknął się na jej notatki do wypracowania. Przeczytał je i nieco się uśmiechnął, po czym poszedł coś zjeść, a następnie cierpliwie czekał na powrót dziewczyny. Ta wróciła do domu o tej samej porze co poprzedniego dnia, więc było późno. Od razu po powrocie zrobiła kolację, gdy usiedli do stołu on zapytał.
-Te notatki, które się wszędzie walają są ci do czegoś potrzebne?
-Tak, mam napisać głupie wypracowanie. Trafił mi się trudny temat i nigdzie nie mogę znaleźć żadnych dobrych materiałów, już nie wiem co mam zrobić. Chyba to zawalę.
Westchnęła głęboko, a ten się zaśmiał i ponownie zapytał.
-A nie zapomniałaś o czymś?
-Niby o czym?
Warknęła i spojrzała na niego gniewnie, a ten śmiejąc się wskazał na siebie po czym rzekł.
-Masz tu żywy materiał, to ci nie wystarcza?
-Że też o tym nie pomyślałam!
Powiedziała szybko i się roześmiała.
-Pomogę ci z tym wypracowaniem w zamian za to, że pozwoliłaś mi tu zostać.
-Dziękuję, dzięki tobie na pewno uda mi się zaliczyć.
Uśmiechnęła się do niego i w miłej atmosferze spędzili wieczór, po czym położyli się spać. Przez kolejne dni Leila wraz z Ryuuji'm pisała swoje wypracowanie. On podpowiadał jej jakie książki ma czytać, opowiadał jej różne historie, legendy i baśnie krążące wśród wampirów oraz różne fakty na temat jego rasy, a także jej historii, czyli różne przełomowe wydarzenia. Ona zaś zbierała to wszystko w całość i pisała swoje wypracowanie z wielką pasją i zadowoleniem. Oboje podczas tej pracy dawali z siebie wszystko i wszystko szło szybko oraz po ich myśli. Spędzali ze sobą bardzo dużo czasu, bardzo polubili te wspólne chwile. W ciągu miesiąca Leila napisała prawie całą pracę, zostało jej tylko zakończenie. Postanowiła, że na razie je sobie odpuści, skoro został jej prawie jeszcze jeden miesiąc i pomyśli nad nim, co pozwoli jej je dopracować. Jako, że większość zajęć prawie skończyła, miała teraz więcej czasu, więc wychodziła często z Ryuuji'm na miasto. Będąc razem byli szczęśliwi, nawet sami nie zauważyli, że praktycznie spędzają razem wszystkie możliwe chwile. Pewnego dnia Leila wracając do domu, spotkała swojego dawnego znajomego z liceum, który tak naprawdę był jej byłym chłopakiem. W tym momencie był wraz ze swoimi kolegami, którzy nie wyglądali zbyt przyjemnie, było ich około 15. Dziewczyna przywitała się ze znajomym i chciała iść dalej, gdy jeden osiłek z jego bandy złapał ją za rękę.
-Myślałaś, że pozwolimy ci tak po prostu odejść? To się przeliczyłaś. Musisz wnieść opłatę za przejście. Chyba wiesz o co mi chodzi.
Spojrzała na niego przerażona, a ten tylko oblizał swoje obrzydliwe wargi. Próbowała wyrwać swoją rękę z jego silnego uścisku, ale jej się to nie udało, w końcu jako mężczyzna był od niej silniejszy. Szarpała się w jego ramionach rozpaczliwie, po czym głośno krzyknęła z przerażenia, a po jej policzkach zaczęły spływać rzęsiście łzy, nie wiedziała co ma zrobić, nie wiedziała co się z nią stanie. Bała się, po prostu przeraźliwie się bała. Jej płacz dotarł do uszu Ryuuji'ego, który znajdował się w jej mieszkaniu. Bez zastanowienia ruszył z miejsca, wybiegł na ulicę jak piorun. Biegł najszybciej jak mógł, a w tym czasie banda zrywała z Leili jej kurtkę. Już mieli się zabrać do kolejnych części jej garderoby, gdy jeden z nich wyleciał w powietrze i gruchnął o ziemię kilka metrów dalej. Jak się okazało, stało się to w wyniku uderzenia Ryuuji'ego. Był wkurzony, bardzo wkurzony, natychmiastowo zmienił się, a powietrze wokół niego pełne było morderczych zamiarów. W tym momencie mógł wręcz zabić samym wzrokiem. Przeciwnika, który stał najbliżej niego, szybko chwycił za ramię i zmiażdżył je za pomocą swojej siły. Większość tych, którzy to zobaczyli uciekli w popłochu. Została tylko garstka coś około 5 osób. Nagle zaczął padać śnieg, było bardzo zimno, można było ujrzeć oddechy innych w nikłym świetle księżyca. Oponenci odsunęli się od kobiety, żeby przygotować się do walki, Ryuuji szybko zasłonił ją własnym ciałem i uważnie obserwował każdy choćby najmniejszy ruch przeciwników. Jeden z nich rzucił się szybko na niego z kijem baseballowym, Ryuuji uderzył w niego prawą ręką w sam środek dzięki czemu go złamał, a drugim uderzeniem wysłał wroga w powietrza, a ten stracił przytomność po uderzeniu w ziemię. Liczba gości do załatwienia zmniejszała się, a Ryuuji myślał tylko o tym, żeby chronić Leilę i jak najszybciej zabrać ją do domu. Odwrócił wzrok w jej stronę, aby sprawdzić jak ona reaguje na rozwój sytuacji i był to jego błąd, bo jej były wykorzystał okazję, by dźgnąć go nożem w brzuch. Krew z rany trysnęła, gdy dziewczyna to zobaczyła krzyknęła i zaczęła jeszcze mocniej płakać. Ryuuji zdenerwował się i złapał nożownika za głowę, następnie uderzył nią o ziemię, dosłownie wbił go w glebę. W pozostałych rzucił resztkami kija baseballowego, które leżały obok niego, tamci przestraszeni jego siłą i morderczym wzrokiem, szybko się wycofali, pozostawiając na miejscu swoich pokonanych towarzyszy. Ryuuji wyciągnął nóż z rany i odwrócił się w stronę Leili, niepewnie dotknął jej policzka oraz zapytał cicho.
-Boisz się mn...
-Tak.- przerwała mu, on spuścił wzrok. - Boję się, że cię stracę.
On spojrzał na nią zaskoczony i zauważył, że nie patrzy ona z przerażeniem na niego, tylko na jego ranę. Odetchnął z ulgą, po czym machnął ręką.
-To nic takiego, zaraz się zagoi.
Powiedział, żeby ją uspokoić. Podszedł do niej od boku, aby wziąć ją na ręce, ona na początku protestowała, ale poddała się, bo spostrzegła, że on nie zmieni zdania i dzięki temu szybciej wrócą do domu. Gdy tylko postawił ją na podłodze korytarza jej własnego domu, pobiegła w głąb pomieszczenia, szybko wróciła z apteczką w rękach. Siedział w salonie, gdy ona chciała opatrzyć jego rany, on zaprzeczył ruchem głowy.
-Pozwól mi ci pomóc.
Powiedziała błagalnie, a on delikatnie pogłaskał ją po policzku i odrzekł.
-Nie musisz się tym przejmować, szybko się zagoi.
-Ale ja chcę ci pomóc. Wyglądasz tak blado, proszę cię.
Ciągnęła swoje błaganie, ale on był nieugięty i odmawiał jej.
-Potrzebujesz krwi, prawda? Możesz się napić mojej.
Powiedziała szybko, a on znieruchomiał na chwilę, a następnie zaprzeczył. Ona zdenerwowana pobiegła do kuchni, tam wzięła nóż i przecięła skórę na dłoni, z rany zaczęła sączyć się czerwona ciecz. Ryuuji czując zapach krwi, poszedł do niej i złapał ją za rękę.
-Co ty wyprawiasz?! Oszalałaś?!
Krzyknął na nią, próbując zatamować krwawienie kuchennym ręcznikiem. Leila zaczęła płakać, drugą, wolną ręką uderzyła go w ramię kilka razy po czym krzyknęła.
-Kocham cię, debilu! Nie chcę cię stracić! Chcę ci pomóc, a ty mi nie pozwalasz! Dlaczego? Dlaczego, aż tak mnie nienawidzisz?!
Zdenerwowana spojrzała na niego i zauważyła zaskoczenie na jego twarzy, które po chwili zamieniło się w zawstydzenie, chłopak lekko zarumieniony zwrócił swój wzrok w jej stronę i po chwili zastanowienia powiedział.
-Ja też cię kocham. Nie chcę, żeby stała ci się krzywda. Nie chcę, żebyś się przeze mnie raniła. Moje rany szybko się zagoją, nic mi nie będzie, to tylko mała rana, więc nie musisz się martwić.
Zabrał ręcznik z jej dłoni, po czym polizał jej ranę, a ta momentalnie się zagoiła. Leila spojrzała na niego zdziwiona, a on się tylko zaśmiał. Przytulił ją mocno do siebie i powiedział.
-Kocham cię, proszę zostań ze mną na zawsze.
-Tak, więc i ty mnie nigdy nie opuszczaj.
Odpowiedziała, po czym wtuliła zapłakaną twarz w jego klatkę piersiową. W tym momencie oboje zrozumieli, co to znaczy kochać, a także, że kochali się wzajemnie od tego deszczowego dnia, gdy pierwszy raz się spotkali. To była miłość od pierwszego wejrzenia. To spotkanie, ta miłość i wspólna wieczność były im przeznaczone. Po tych wydarzeniach zostali razem na zawsze, założyli rodzinę i żyli dalej. Ale przed tą szczęśliwą przyszłością Leila napisała zakończenie swojej pracy, która zapewniła jej ukończenie studiów z wzorowym świadectwem, a brzmiało ono tak: Mimo tak wielu różnic, my, ludzie mamy wiele wspólnego z wampirami, a przede wszystkim niezależnie od wszystkiego i oni, i my kochamy dokładnie tak samo. Współistnienie naszych ras jest możliwe, wystarczy otworzyć oczy i uwierzyć, że jest to możliwe. Każda ze stron pragnie pokoju i jest on możliwy, jedyne co jest do tego potrzebne to chęci i wiara we wspaniałą, wspólną przyszłość, która nie zważa na przeszłość.
Koniec~.

środa, 19 sierpnia 2015

Nasza Historia



 Nasza Historia

Witam. No chyba wypadałoby się przedstawić, przed rozpoczęciem historii, czyż nie? Jestem Jhon, zupełnie zwyczajny student ze zwyczajnej rodziny. Jedyne co jest we mnie odmienne to, to że mam naprawdę szalonych przyjaciół, więc ja sam w połączeniu z nimi staję się strasznie dziwny i szalony. Dzięki nim nie mam żadnych zahamowań i robię wiele rzeczy, których bym nie zrobił, gdybym był sam. Jestem im naprawdę wdzięczny, że odnaleźli mnie w tej jakże zagmatwanej rzeczywistości. Dzięki nim wiem, że żyję i unikam standardowej rutyny współczesnego człowieka. Przyjaciele to naprawdę najdroższy skarb, który jest najcenniejszy, najważniejszy i najprzyjemniejszy na świecie. Bez nich nie byłoby tak wielu wspaniałych wspomnień. Są po prostu niesamowici. Jeśli ktokolwiek to czyta, to niech wie, że ja kochałem i ceniłem moich przyjaciół najbardziej na świecie, bez względu na okoliczności czy wydarzenia, w których się znajdowaliśmy. A to jest początek tej niesamowitej przygody, która zarazem była jedną z naszych większych tragedii. Pewnego dnia wraz z moimi przyjaciółmi postanowiliśmy, przepłynąć wszystkie oceany naszej planety. Nie mieliśmy żadnego, konkretnego planu, po prostu zebraliśmy odpowiednią załogę i wsiedliśmy na statek, który miał nas zabrać do celu naszej podróży. Nasz statek nosił imię Luiza od wielu lat, a nazwał go tak Kapitan, który kochał go bardzo mocno, po tym jak przeszli razem tak wiele przygód, zarówno tych dobrych jak i złych. 

Wypłynęliśmy z miasta portowego Aveiro w Portugalii, to był nasz start. To naprawdę piękne miasto, aż żal je opuszczać, ale cóż na to poradzimy skoro jesteśmy tak żądni przygody? Początek wyprawy był nieco nudny, nie działo się nic konkretnego, tylko część załogi przeżywała chorobę morską. Któregoś dnia żeglugi zerwał się straszny wiatr, a po chwili rozpoczął się mocny sztorm, walczyliśmy z nim całe 2 dni, byliśmy wycieńczeni, a gdy myśleliśmy, że to już koniec naszych kłopotów, niespodziewanie nadeszły kolejne, jeszcze gorsze od poprzednich. Nagle statek uniósł się wysoko ponad wodę, a na pokład wdarły się ohydne, ogromne macki ośmiornicy. Gdy statek z wielkim hukiem ponownie opadł na wodę, dostrzegliśmy przerażającego potwora, był to Kraken znany nam z legend i obrazów, w którego istnienie nigdy nie wierzyliśmy. 

Był naprawdę ogromny, ohydni i oślizgły. Wyglądał jak ośmiornica, tylko taka bardzo mocno powiększona. Zaczęła się zacięta walka, walczyliśmy wszystkim czym się dało, nie chcieliśmy się poddać, nie mogliśmy, gdy potwór odpuścił, oceniliśmy szkody. Statek był dosyć mocno uszkodzony, część załogi została ranna, a część zginęła. To tego dnia straciłem dwoje przyjaciół, a byli to Scott i Eva. Mimo tak wielkich strat dało się płynąć dalej, udało się nam dopłynąć do pewnej wyspy. Uważaliśmy to za cud, mimo wszystko nie lada sztuką jest płynąć całkiem mocno podniszczonym statkiem. Myśleliśmy, że jest to bezludna wyspa, ale wkrótce mieliśmy poznać jej mieszkańców. Szukając rzeczy do naprawy statku, natknęliśmy się na nich, a były to dinozaury. Stworzenia, które wymarły dawno temu, a chodziły tuż obok nas. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy uciekać.

 Nie wiedząc co mamy robić pobiegliśmy na przeciwległe wybrzeże, a tam znaleźliśmy łódź podwodną. Była bardzo stara, ale mieliśmy wśród nas profesjonalistów, którzy wiedzieli co mają robić i już niedługo później płynęliśmy w morskiej toni. Przed wypłynięciem odszedł od nas Kapitan, rzekł on do nas, że kapitan nigdy nie opuszcza swojego statku, więc powrócił do niego samotnie, gdyż nie mógł się z nim rozstać, nie chcąc nas narażać na niebezpieczeństwo, kazał nam płynąć dalej. Nie wiemy co się z nim później stało, już nigdy więcej go nie ujrzeliśmy. Możemy się tylko domyślać jego dalszego losu. Mimo tych przeciwności losu, ruszyliśmy dalej w naszą podróż, która stawała się coraz dłuższa i coraz bardziej niebezpieczna. Jak również nie wiedzieliśmy już w co mamy wierzyć, a w co nie. Wszystko co do tej pory uznawaliśmy za wymarłe, niemożliwe czy legendarne, pojawiało się tuż przed nami. Nie wiedzieliśmy co jeszcze ujrzymy podczas tej podróży, lecz byliśmy pewni tego, że już nic nas nie może zaskoczyć. Wiedzieliśmy na co musimy się przygotować, aby uniknąć większych strat. Płynąc podziwialiśmy piękno przyrody dna oceanu. Było to niesamowite doświadczenie. Jedno z niewielu przyjemnych wspomnień z tej podróży. Którejś nocy płynąc w ciemnościach nie widzieliśmy praktycznie nic, rozglądając się naokoło, nagle dostrzegliśmy dwa duże czerwone punkty w morskiej toni, nie wiedzieliśmy co to jest, lecz po chwili zrozumieliśmy, że jesteśmy obserwowani. Były to oczy bestii, ogromnej, mitycznej bestii. Łódź podwodna w kilka sekund znalazła się na powierzchni, księżyc oświetlił naszego kolejnego przeciwnika. Tym razem był to Lewiatan, potwór także znany nam z mitów i legend, w niego również nie wierzyliśmy, to się zmieniło, ale jak nie wierzyć w coś co ma się przed oczami? Czy można zamykać oczy w obliczu prawdy? Był to wąż morski, koloru krwistoczerwonego, z paszczą pełną długich na kilka metrów kłów, o ciele tak długim, że nie było widać jego końca i śmiało można było powiedzieć, że jest długie na kilkaset metrów. 

Zaczęliśmy desperacko uciekać, drogę oświetlał nam tylko księżyc w pełni, który wisiał nad naszymi głowami jak wyrocznia. Gdy zaczęło świtać, zauważyliśmy niewielką jaskinię, w której my mogliśmy się zmieścić, a potwór już nie, więc wpłynęliśmy do niej bez zastanowienia, aby się schować, ale jak się okazało ona nie miała końca. W prawdzie był to tunel prowadzący do tajemniczej krainy, jak się później dowiedzieliśmy była to Atlantyda. Kraj, który zatonął wraz z całą wyspą całe wieki temu. Jego istnienia ludzie też nie byli pewni, a teraz my staliśmy niemalże u jego bram. Tam przed wejściem czekały na nas harpie. Potwory z mitologii, o postaci pół-ptaka, pół-kobiety. Bez żadnego zawahania zaatakowały nas.

Odpieraliśmy ich ataki, ale na dużo nam się to nie zdało. Straciliśmy część ludzi, wtedy bramy otworzyły się i wojownicy Atlantydy wspierając nas, pomogli nam dostać się do środka miasta. Wtedy też zginął mój najbliższy przyjaciel, Matt, był dla mnie niczym rodzony brat. Był najodważniejszy z nas, przypłacił to życiem, bo chcąc chronić tych słabszych, mniej odważnych został rozerwany przez te przeklęte latające stworzenia. Musiałem się pogodzić z jego śmiercią i żyć dalej pełnią życia, musiałem zachować swój stały spokój, bo wiedziałem, że on by tego chciał, nie mógłby znieść widoku mojej rozpaczy. Dlatego szybko wypłakałem te łzy, które we mnie wezbrały i powróciłem do bycia dawnym sobą, takim sobą jakim on lubił mnie najbardziej. Król Atlantydy przyjął nas wyjątkowo ciepło, wyjaśnił nam, że od dawna nie mieli gości, przez te wszystkie mityczne stwory, które zgromadziły się na drodze do jego kraju, a było to spowodowane tym, że jego współplemieńcy zgrzeszyli przeciw bogom straszliwie, za co kara została zesłana na cały ich lud. Jak to mówią jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Na Atlantydzie zostaliśmy przez jakiś czas. Poznaliśmy dobrze jej mieszkańców. Byli mili, gościnni i zajęli się nami, tak jak tego potrzebowaliśmy. Uleczyli nasze rany, nauczyli swojego języka i kultury. Spędzaliśmy z nimi wiele czasu, będąc z nimi posługiwaliśmy się tylko ich językiem. Nauczyliśmy się również latać machinami latającymi zupełnie innymi od samolotów, były niesamowite. Na początku ciężko się je obsługiwało, ale gdy już się przyzwyczailiśmy, to szło nam to bardzo dobrze. Były to iście magiczne chwile. Po dłuższym czasie spędzonym w tej fantastycznej krainie, postanowiliśmy w końcu wrócić do domu. Chcieliśmy zobaczyć dom, nasze rodziny i nie mogliśmy wiecznie zostać na tej wyspie.  Droga powrotna była bardzo spokojna, ponieważ pomogli nam mieszkańcy Atlantydy. Po powrocie opowiedzieliśmy wszystkim jakie mieliśmy przygody, ale nikt nam nie uwierzył. Książkę, którą wspólnie napisaliśmy, ludzie potraktowali jak bajkę, została ona potraktowana jak dobra baśń dla dzieci na dobranoc i szybko wszyscy zapomnieli o tej wspaniałej podróży. Tylko my o tym pamiętamy i zawsze będziemy pamiętać, ja i moi przyjaciele, którzy przeżyli i którzy nie przeżyli. Razem spędziliśmy wiele wspaniałych chwil, przeżyliśmy wspólnie wiele przygód, przedstawiłem tylko jedną z nich. Te wspomnienia, to wszystko, to się nigdy nie zmieni, nie zniknie i pozostanie na zawsze z nami. Ja nigdy tego nie zapomnę, dlatego teraz jako starzec będący na łożu śmierci, gdy wszyscy moi przyjaciele odeszli, postanowiłem jeszcze raz spisać naszą historię. Zrobiłem to marząc o tym, że ktoś kiedykolwiek czytając ją, uwierzy w nią, uwierzy we mnie i moich przyjaciół, spróbuje nas odnaleźć. Postanowiłem uwiecznić te chwile, uczucia i wspomnienia. Jedyne co pozostało mi na koniec tej przygody, to zamknąć oczy i udać się do moich przyjaciół. Po tym pozostaje wieczność. Dobranoc...

E.N.D

niedziela, 15 lutego 2015

Królowa Wolności



                                    Królowa Wolności

Dawno, dawno temu za górami, za lasami w królestwie Arcana w jego stolicy Altis żył król, który był niezwykle okrutny, uwielbiał wojny i był samotny. Nazywany był Edwardem Despotą i mieszkał w zamku o nazwie Habitat Demon. Nikt nie był w stanie opanować jego gniewu ani zaspokoić jego pragnień. Na wojny jeździł tylko dlatego, że lubił zabijać i nie chciał mieć przyjaciół w innych królach. Gdy wreszcie doszło do rozejmu, ponieważ Imperium Lotrii wzięło sprawy w swoje ręce i wtedy doszło do pokoju. Król Edward był bardzo niepocieszony oraz łatwo wpadał w złość przy byle okazji. Nie mógł już walczyć w bitwach, więc swój gniew i irytację przelewał na obywateli królestwa na różne sposoby. Dochodziło do licznych egzekucji, niewolenia ludzi, zmuszano ludzi do niewolniczej pracy, podwyższania podatków oraz innych wyzysków. Daleko od stolicy kraju, w małej wiosce przy granicy gdzie jeszcze było spokojnie żyła sobie dziewczyna. Była to przepiękna siedemnastolatka imieniem Lianna. Jej uroda nie miała sobie równych, długie do kolan czerwone włosy spływały kaskadami jak wodospad po jej ramionach, oczy bystre, zielone jak szmaragdy z ciekawością patrzyły na świat. Cera jasna, delikatna niczym u lalki, a na jej policzkach kwitł szkarłatny rumieniec. Miała piękną sylwetkę, której niejedna kobieta mogła jej pozazdrościć, a jej uśmiech był niczym uśmiech anioła. Jej osobowość była równie piękna i barwna co jej wygląd zewnętrzny. Była miła, pomocna, ale kiedy sytuacja wymagała stawała się twarda jak kamień. Lubiła bardzo śpiewać, a głosu użyczyły jej chyba same anioły. Jej najistotniejszą cechą była niezaspokojona ciekawość, chciała wiedzieć wszystko i nigdy nie poddawała się dopóki nie osiągnęła celu. Miała również niezwykły dar, a była nim zdolność do rozmowy ze zwierzętami oraz widzenie istot ze świata astralnego np. wróżek. Osobami, które mogły widzieć takie stworzenia były tylko dzieci poniżej 10 lat, a następnie z tego wyrastały, więc ona była wyjątkowa. Pewnego dnia znudzony władca studiował mapę królestwa i zastanawiał się jak dostarczyć sobie rozrywki, lecz już każde miasto oraz wieś zostały skreślone czerwonym krzyżykiem. Zdenerwowany król rzucił pusty kielich, który trzymał w ręce na stół, ten potoczył się i zatrzymał na mapie przy granicy kraju. Mężczyzna spojrzał na naczynie i ujrzał jak odbija się w nim malutka, bezimienna wioska, która jeszcze nie została przekreślona. Uśmiechnął się zadowolony i szybko posłał po swoje wojsko. Skierował je do tej osady, aby sprowadzili mu wszystkich mieszkańców. Wyruszyło ono natychmiast, przemieszczało się bardzo szybko, ponieważ wiedzieli, że jeśli nie wywiążą się z zadania to zostaną ukarani. Po dwóch dniach drogi dotarli do swojego celu. Tymczasem w wiosce panował spokój, wszyscy wykonywali swoje codzienne czynności i nie spodziewali się tego co ma nadejść. Przywódca wojska rozkazał wyłapać wszystkich, a tych co stawiają opór zabić. Żołnierze wkroczyli między budynki mieszkalne i od razu zabrali się za niewolenie ludzi. Lianna właśnie wracała z dziećmi do wioski z lasu, gdy nagle okrążyło ich dziesięciu rycerzy i schwytali również ich. Wojsko wyruszyło w drogę powrotną po tym jak w osadzie nie zostało ani jednej żywej duszy. "Łapanka" nie obyła się bez ofiar, niektórzy woleli zginąć niż popaść w niewolę i w wiosce widać było krwawe ślady oraz blade trupy. Droga do stolicy była długa i powolna z więźniami, dzieci płakały w dzień oraz w nocy, więc Lianna aby je uspokoić zaczęła śpiewać. Wtem przyleciały wesołe wróżki słysząc jej śpiew i zaczęły pocieszać dzieci wraz z nią. Głos dziewczyny urzekł nawet żołnierzy, którzy stali się okrutni i bezduszni przez wpływ ich pana. Zgodnie pomyśleli, że wielką stratą by było gdyby król ją zabił, więc postanowili ją uwolnić, lecz tylko ją. Ona odmówiła mówiąc, że zostanie z tymi, którzy ją wychowali i których kocha, bo niezależnie co zrobi Edward Despota może zniewolić jej ciało, ale nie serce. Po czterech dniach wojsko powróciło do stolicy. Król był niezwykle rad z tak szybkiego powrotu swoich podwładnych. A co do więźniów to kobiety oddał żołnierzom, mężczyzn wysłał do ciężkiej pracy, starców na tortury, bo uznał że do niczego mu się nie przydadzą, Chłopcy w wieku od 14 do 24 lat zostali przyjęci do wojska, młodsi na szkolenie. Dziewczęta w wieku od 15 do 25 lat zostały służkami, a reszta pracowała w kuchni, myła podłogi i wykonywała inne prace. Nagle Edward spostrzegł piękną Liannę i zadecydował, że będzie ona jego kobietą. Resztą miał zająć się przywódca żołnierzy, a tymczasem on zabrał ją do swej komnaty. Ona broniła się, wyrywała oraz krzyczała rozpaczliwie "Nie! Nie! Pomocy!" wiedząc co on planuje. Lecz nikt nie był w stanie jej pomóc. Tyran rzekł do niej, że niezależnie od tego co zrobi to i tak będzie należeć do niego. Ona wciąż powtarzała, że może ma jej ciało, ale serca nigdy nie dostanie, ani od niej ani od nikogo innego, bo nikt nie będzie w stanie pokochać takiego potwora jak on. Mówiła, powtarzała te słowa, lecz on nie słuchał jej, nie zważał na nic. Nagle w przypływie złości uderzył ją, a Lianna dalej płacząc spojrzała na niego z pogardą, uderzyła go najmocniej jak mogła i splunęła mu w twarz z takim samym uczuciem z jakim na niego patrzyła. Edward jeszcze nigdy w życiu nie był tak upokorzony, chwycił rękę dziewczyny i wrzucił ją do ciemnego lochu. W kompletnych ciemnościach bez jedzenia i picia spędziła trzy dni, gdy przyszedł król żądając przeprosin, lecz ona ze wstrętem odpowiedziała, że woli zginąć niż go przeprosić. On rozwścieczony zatrzasnął drzwi i nie wrócił przez kolejny tydzień. Lianna przez cały czas płakała, nie było chwili, aby się uspokoiła. Siódmego dnia ponownie przyszły do niej duszki leśne, to one wcześniej zapewniały jej żywność i picie, a teraz przybyły, żeby ją pocieszyć, ale ona nie była w stanie powstrzymać łez, bo jej serce bolało ją, dlatego że była oddzielona od domu, od swojej rodziny, którą była cała jej wieś. Rozpaczała nad tym, że nie była w stanie nikogo uratować, ale duszą i sercem cały czas była przy nich w domu w jej wspomnieniach. Magiczne stworzenia postanowiły jej pomóc, użyły swojej mocy, aby zniszczyć ścianę więzienia i dziewczyna była wolna. Pod osłoną nocy zgromadziła swoich pobratymców, a następnie kazała im uciekać na koniach za granicę. Oni zabrali wszystkie wierzchowce rycerzy i jednego zostawili jej. Była szczęśliwa, że im pomogła, że udało im się zbiec. Postanowiła przemówić do rozumu żołnierzom, ich było wielu, król jeden. Zaśpiewała pieśń o samotności, która tak poruszyła serca rycerzy, że poddali się jej błaganiom bez słowa, a Lianna tymczasem ruszyła do swojej rodziny. Edward nie zamierzał odpuścić jej sobie, nie obchodziła go nawet rewolucja, szybko dosiadł swego rumaka i podążył za dziewczyną, chciał ją na własność. Już uważał, że ona należy do niego i nie zamierzał pozwolić jej uciec. Jego ogier był najszybszym koniem w królestwie, kwestią czasu było, aż dogoni panienkę. Ona poczuła na sobie jego zimny oddech, popędziła swego wierzchowca, pędziła przez las, gęsty i ciemny nawet za dnia. Zaczęła płakać, bo przeczuwała że już nie zobaczy domu. Cały czas parła naprzód, gdy nagle jej koń zatrzymał się, stanął na tylnich nogach, okazało się że wystraszył się wąwozu znajdującego się przed nimi, Lianna nie była w stanie się utrzymać i zsunęła się z grzbietu zwierzęcia, a następnie spadła na dno parowu. Upadek był na tyle niefortunny, że zginęła. Leśne duszki, które jej pomogły uciec teraz zmieniły jej łzy w rzekę, która pochłonęła ciało dziewczyny. Nazwano ją w niedalekiej przyszłości Rzeką Płaczącej Lianny. Tymczasem magiczne stworki w akcie zemsty za to co zrobił takiej niewinnej istocie postanowiły ukarać tyrana i zamieniły go w drzewo, które nazwano Drzewem Edwarda Okrutnego. W przyszłości powstało wiele mitów i legend na temat tej historii. Wszystkie mówiły o postaci Lianny, jej odwadze, pięknie i niewinności, ale o Edwardzie jako osobie nikt nie pamiętał, to co było rozpamiętywane, to jego okrucieństwo i to było jego karą. Zaszczytne tytuły przypadały dziewczynie, tytułowano ją Królową wolności. A tymczasem temu kto był prawdziwym królem odebrano jego honor i umniejszono jego znaczenie do człowieka okrutnego, który wręcz zmienia się w bestię. Do historii nie przechodzi się za czyny, lecz za zachowanie z nimi związane i za osobowość. Ważne jest również, że można zniewolić czyjeś ciało, ale serca nie, ono zawsze pozostanie wolne. Niezależnie od tego co się zrobi, gdy robi się coś wbrew czyjejś woli to ta osoba nie powierzy ci serca, a ono jest najważniejsze. Należy również szanować innych ludzi, nie wolno ich niewolić, ponieważ nie są oni przedmiotami, tylko istotami żywymi i każdy ma takie samo prawo do życia oraz do wolności. Wszyscy mają takie same przywileje, nikt się nie wyróżnia, nikt nie jest ważniejszy od innego człowieka, niezależnie od tego jak wyglądamy, jaki mamy kolor skóry, to nic nie zmienia, nie ma czegoś takiego jak ktoś gorszy, ktoś lepszy, ponieważ wszyscy jesteśmy tacy sami, jesteśmy tylko ludźmi i nic tego nie zmieni. Powinniśmy szanować drugiego człowieka i żyć z nim w zgodzie. To jest najlepsze rozwiązanie. 

KONIEC

środa, 25 września 2013

Dziewczyna

 Dziewczyna

Spadam, czuję ten delikatny opór powietrza i przenikliwy chłód. Całe moje ciało ogarnięte jest zimnem i przechodzą mnie dreszcze. Mam wrażenie, że moje wnętrzności znajdują się w gardle blokując dopływ powietrza i tym samym utrudniając swobodny oddech. To bardzo nieprzyjemne uczucie, którego z reguły unikam. Czuję już szybki, ciepły a zarazem delikatny oddech śmierci. Lecz czemu spadam? Co ja tu robię? Kim jestem? A może czym jestem? Nie wiem, nic nie wiem. W głowie mam pustkę, kompletną i nieskończoną pustkę. Nagle zwolniłam znacząco i lekko wylądowałam na gładkiej powierzchni. Ciężko stwierdzić co to jest za podłoże. Otwieram oczy i widzę jedynie bezkresną ciemność. Ogarnia mnie ona, pochłania mnie całą i daje poczucie ograniczenia wolności. I co teraz? Co robić? Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Rozmyślając w ten sposób bezwiednie ruszyłam naprzód, przemierzałam tą ciemność nie znając celu mojej wędrówki. Po długim czasie męczącego spaceru zauważyłam maleńki promień światła, szybkim krokiem ruszyłam w stronę jego źródła. Z każdym kolejnym krokiem byłam coraz bliżej i bliżej. To światło dało mi nadzieję, nadzieję na to że wydostanę się stąd i poznam odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie pytania.  Gdy dotarłam na miejsce moim oczom ukazał się rozświetlony korytarz, którego końca nie mogłam dojrzeć i nie myśląc za wiele weszłam do niego. Tym razem przynajmniej widziałam własne palce, dłonie i drogę, którą podążam. Szłam przed siebie nie zatrzymując się, doszłam do rozstaju dróg i skręciłam prawo. Jakoś tak bardziej mi odpowiadało sama nie wiem czemu. Po jakimś czasie nie mając siły szłam z opuszczoną głową, posuwałam się naprzód w ten sposób, gdy nagle zobaczyłam buty i nogi. Szybko podniosłam wzrok i ujrzałam dziewczynę. Przyglądała mi się uważnie, lecz w jej oczach można było zobaczyć zaskoczenie i ja obdarzyłam ją takim samym spojrzeniem. Przyjrzałam się jej od stóp do głów. Na oko wygląda na jakieś 15-17 lat. Jest dziewczyną o przeciętnym wzroście, strzelam że jakieś 168 centymetrów. Pociągła twarz, delikatne pućki na policzkach, blada delikatna cera, niezbyt gładka skóra i brak dołeczków w policzkach. Tak wygląda jej twarz bez głębszej analizy, nie ma co się zagłębiać. Jej bystre oczy wpatrujące się we mnie były koloru ciemnegobrązu, były tak ciemne, że podchodziły pod czerń. Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że ma oczy czarne jak noc. Na małym, kształtnym nosie spokojnie spoczywały okulary, czarno-białe z prostokątnymi szkłami. Usta były pół na pół, dolna warga pełna i widoczna, a górna delikatna i mało widoczna, prawie jakby jej nie było. Usta błyszczały w świetle co znaczyło, że użyła błyszczyka. Średniej długości włosy, kręcone upięte w warkocz, opadający na jej ramię miały kolor ciemnyblond. Głowa osadzona jest na długiej i szczupłej szyi. Patrząc na jej ubiór mogę stwierdzić, że ubrana jest na sportowo. Długie ciemne jeansy, duże trampki na nogach, koszulka koloru białego, a na niej rozpięta szara bluza z długim rękawem i kapturem. Jest to szczupła dziewczyna, ale nie chuda jak jakaś anorektyczka. Przez bluzę nie mogę  stwierdzić dokładnie rozmiaru jej biustu oraz czy ma wcięcie w talii większe czy mniejsze. Lecz gdybym miała stwierdzić tak na oko to powiedziałabym, że biust ma przeciętny, a talię jak każda inna dziewczyna w jej wieku. Jej spodnie kojarzą mi się z ukryciem, długie spodnie, które na jej nogach tworzą małe fałdy materiału. Myślę, że tymi spodniami chce jakoś ukryć swoje nogi. Czemu? Nie wiem. Może ma grube uda albo krzywe kolana. Z tego co widzę to jej nogi są dosyć szczupłe i przeciętnej długości. Patrząc dalej widzę jej dłonie, są nieco duże, długie palce zakończone obgryzionymi paznokciami. Widać to po ich kształcie, mimo że są w trakcie odrastania. W świetle korytarza lśnią delikatnie co znaczy, że są pomalowane bezbarwnym lakierem. Zauważyłam także, że przy jej nadgarstkach, na ramionach i przy szyi wystają jej kości. Są dosyć widoczne, ale nie szpecą jej w żaden sposób. Wróciłam do jej twarzy, zauważyłam uśmiech, ale jej oczy się nie śmieją. Jest osobą smutną, zamkniętą w sobie ukrywającą wszystko pod maską uśmiechu. Widziałam już raczej wszystko. Teraz tylko pozostaje ją dotknąć. Wyciągam rękę przed siebie, ona robi to samo i gdy już przyłożyłyśmy swoje dłonie do siebie, zostałam zaskoczona. Poczułam zimno, dotyk gładkiej szklanej powierzchni. Ach, rozumiem... To tylko lustro, a to jestem ja. Lecz nadal nie wiem kim jestem. Co mam teraz zrobić? Zawrócić? Oparłam się czołem o lustro, zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam ujrzałam biały sufit. Rozejrzałam się w około i moim oczom ukazał się mój pokój. To wszystko to był tylko sen...

KONIEC.

wtorek, 23 lipca 2013

Siostra

Siostra



Ręce, ręce jakiejś lalki mocno oplatające moje ciało, właśnie to widzę w tym momencie. Rozglądam się, nie widzę nic oprócz nieprzeniknionego mroku, spoglądam w górę i widzę spadające kartki? Zdjęcia? Nie, to są rysunki. Wiele rysunków przedstawiających dwie kobiety i mężczyznę, one są radosne, a on cały we krwi. W jednej z kobiet rozpoznałam siebie, tej drugiej nie znałam, a mężczyzny nie mogłam rozpoznać, gdyż jego ciało było zmasakrowane. Dziwne i straszne to były sceny, aż nie mogę na nie patrzeć. Poczułam jeszcze mocniejszy uścisk, z mojego gardła wydobył się cichy jęk bólu, zaczęłam się szarpać, ale to nie przynosi żadnych efektów. Spoglądam do tyłu i widzę kawał drewna wyrzeźbiony na kształt ludzkiej głowy, bez twarzy, bez niczego. Do jego głowy, rąk i nóg przyczepione są ledwo widoczne nitki, które błyszczą w świetle. Właśnie teraz zrozumiałam, że to nie lalka tylko marionetka, a skoro jest marionetką to ktoś musi nią sterować, ale kto? Nagle usłyszałam cichy, melodyjny śmiech kobiety. Przede mną pojawiła się młoda dziewczyna, niższa ode mnie o głowę i najwyraźniej młodsza o kilka lat. Jej twarz zakrywa cień kapelusza, który spoczywa na jej blond włosach. Nie wiem co się dzieje ani gdzie jestem, nie wiem co mam robić. Do rąk blondynki przyczepione są nitki, czyli to ona mnie więzi, ale czemu? Ona nagle poruszyła się i wyciągnęła rękę w moją stronę cały czas śmiejąc się. Zamknęłam oczy, to jedyne co przyszło mi w tej chwili do głowy. Nic nie poczułam, nawet nie wyczuwałam uścisku marionetki, otworzyłam oczy i ujrzałam sufit mojego pokoju. Leżałam w moim wielkim, miękkim łóżku, podniosłam się do pozycji siedzącej i poczułam jak po plecach spływa mi kropla potu. Spojrzałam na siebie, byłam cała zlana kroplami potu, rozejrzałam się po pokoju, byłam sama. Ta kobieta, ten mrok to był tylko sen. Odetchnęłam z ulgą, wstałam z łóżka i podeszłam do lustra. Wyglądam strasznie, jestem cała mokra od potu, ubrania lepią się do mnie, a włosy to istna tragedia, aż patrzeć się nie da. Weszłam do łazienki i wykonałam wszystkie poranne czynności. Ubrałam się w krótkie czarne spodenki i fioletową bluzkę na ramiączka. Po wyjściu z łazienki rozejrzałam się po pokoju, czegoś mi brakowało, a mianowicie kogoś. Brakuje mi mojego chłopaka, powinien być tutaj ze mną, lecz go nie ma. Ciekawe gdzie poszedł tak z rana. Ponownie spojrzałam w lustro, tym razem ukazała mi się piękna Upadła Anielica. Tak, jestem Upadłą Anielicą. Nazywam się Louise, pewnego dnia z niewiadomych mi przyczyn zostałam Aniołem i tak jakoś pozostało. Mam długie, czerwone włosy, które zazwyczaj rozpuszczam, nieraz się zdarzy że je zwiążę. Zielone oczy, którymi zawsze lustruję nowo poznanych ludzi. Ponętna, kobieca figura, która przyciąga wzrok mężczyzn. Jestem po prostu ładniejsza niż pozostałe kobiety, w końcu jestem Aniołem. A co do mojego chłopaka to jest on niezwykle niski jak na swój wiek. Strasznie się denerwuje, gdy ktoś go nazywa niskim, ale jest wtedy taki słodki. Jest blondynem, włosy ma długie do łopatek i zawsze związuje je w warkocz, gdy je rozpuści wygląda jak dziewczyna. Jego imię to Edward, w skrócie Ed. Ma wiele wad jak i zalet, a ja za to wszystko go kocham. Stałam tak przez chwilę, gdy nagle poczułam przyjemny zapach, podążyłam za tą wonią i zaprowadziła mnie ona do kuchni. Gdy zajrzałam do środka, Ed robił śniadanie, miał na sobie fartuszek! Pasuje mu ten fartuszek, słodko w nim wygląda, zaśmiałam się wesoło i przez to mnie zauważył. Odwrócił się i spojrzał na mnie swoimi złotymi oczami w które tak bardzo lubię się wpatrywać.
-Już wstałaś? Wszystko w porządku?-zapytał nie odrywając ode mnie wzroku.
-Całkiem niedawno się obudziłam. Tak, a czemu pytasz?-wpatrywałam się w niego zaskoczona.
-Gdy spałaś, wyglądałaś jakbyś miała koszmar, a że martwię się o ciebie to zapytałem.-odpowiedział uśmiechając się do mnie. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy, nabrałam ochoty żeby go przytulić i to zrobiłam. Wtuliłam się w niego, rzewnie płakałam i opowiedziałam mu cały mój sen. On w milczeniu wysłuchał wszystkiego co mam do powiedzenia. Przez cały czas delikatnie głaszcząc mnie po głowie.
-I to już wszystko.-gdy skończyłam opowiadać spojrzałam na niego.
-Nie martw się, to był tylko sen. Jestem tu z tobą, nie masz się czego bać.-rzekł, po czym mnie pocałował, był to delikatny, a zarazem namiętny pocałunek. Gdy odsunęliśmy się od siebie zauważyliśmy, że to co miało być naszym śniadaniem całkowicie się spaliło i musieliśmy robić wszystko od nowa, ale przynajmniej było zabawnie. Poprosiłam go, abyśmy spędzili cały dzień razem poza domem, oczywiście zgodził się. Edward nigdy mi nie odmawiał. Nasza randka zaczęła się od wizyty w wesołym miasteczku. Wokół nas jest pełno różnych atrakcji i różnorodnych barw. Kolorów temu miejscu dodają ludzie, dekoracje i rozmaite świecidełka. Jako, że lubię emocje szargające nerwy i niesamowitą szybkość od razu poszliśmy na kolejkę górską, oczywiście usiedliśmy na samym początku. Przejechaliśmy się kilka razy zanim poszliśmy dalej. Następne były obrotowe filiżanki, oboje kręciliśmy najmocniej jak potrafiliśmy i dzięki temu uzyskaliśmy zadowalający nas efekt. Po tym trochę kręciło nam się w głowach, ale i tak ruszyliśmy dalej, tym razem na samochodziki. Na początku jeździliśmy jak najszybciej i uderzaliśmy w siebie nawzajem, później zrobiliśmy sobie wyścig. To ja wygrałam! Jestem wspaniałym kierowcą! O tak! Kiedyś musimy to powtórzyć. Chodziliśmy tak z miejsca na miejsce i śmialiśmy się razem wesoło. Zrobiliśmy sobie zdjęcia w budce, na kilku mieliśmy dziwne, a zarazem śmieszne miny, na innych razem się śmialiśmy, a na jeszcze innych całowaliśmy. To taka pamiątka z tej randki. Przed wyjściem poszliśmy do domu strachów. Było tam pełno duchów, potworów i sceneria wprost z nawiedzonego cmentarza. Dla innych ludzi był to istny horror, a dla nas tylko kilka zabawek, bądź przebranych ludzi. Mimo wszystko czegoś się przestraszyłam, a mianowicie pająków, jak się później okazało były one gumowe. Nienawidzę pająków! To dla mnie największe zło na świecie. Są obrzydliwe, owłosione, te ich oczy… Brr…po prostu ohyda! Nie mogę na nie patrzeć, a co dopiero dotykać! Gdy tak na mnie spadły znikąd wybiegłam na zewnątrz z krzykiem. I na tym skończyła się nasza wizyta w wesołym miasteczku. Nadeszła pora obiadu, więc poszliśmy do restauracji, w której jesteśmy stałymi klientami. Przy jedzeniu rozmawialiśmy, śmialiśmy się i piliśmy czerwone wino. To nasz ulubiony trunek, gdyż nie ma za dużo procentów i jest całkiem dobry w smaku. Po posiłku poszliśmy na karaoke. Ja lubię śpiewać, mam do tego odpowiedni głos i nie przechwalając się jestem w tym całkiem dobra. Edward zaś śpiewa jakby słoń nadepnął mu na ucho. Jego śpiew to czysty fałsz, ale przynajmniej mam z czego się pośmiać. Dużo śpiewaliśmy, robiliśmy przy tym wiele hałasu, gdy już skończyliśmy strasznie bolały nas gardła. Gdy wyszliśmy na zewnątrz już było ciemno, więc zaczęliśmy iść w stronę domu. Szliśmy, wcale się nie śpiesząc, rozmawialiśmy i patrzeliśmy na miliony gwiazd na niebie. Błyszczały one pięknym blaskiem na tle granatu nocnego nieboskłonu. Szliśmy trzymając się za ręce i nie odstępując siebie nawzajem ani na krok. Nagle przestrzeń przed nami zaczęła jakby pękać, skruszyła się jak szło, a za tym był nieprzenikniony mrok z którego wyszedł człowiek, nie to nie to, to marionetka! Jest tak łudząco podobna do człowieka, że można się pomylić zwłaszcza gdy jest tak ciemno. Wyciągnęła ona swoje ręce w naszą stronę i sypnęła nam czymś w twarze. Zaczęło mi się kręcić w głowie, oddech przyśpieszył, a obraz zaczął się zamazywać. Razem z Edwardem osunęliśmy się na ziemię, ostatni scena, którą jeszcze dane mi było zobaczyć to ręce marionetki zbliżające się w moją stronę coraz bardziej i bardziej, później widziałam tylko ciemność. Obudziłam się, gdyż poczułam nieprzenikniony ból w całym ciele. Otworzyłam oczy, nadal mam przed sobą niewyraźny obraz. Do mojego nosa dotarła delikatna woń, woń kwiatu, a mianowicie róży. Lubię ten kwiat, lecz nie jest moim ulubionym. Spróbowałam się ruszyć, ale nic to nie dało. Coś krępowało moje ruchy i coś dotkliwie mnie raniło przecinając moją skórę. Czułam jak po moich rękach i nogach spływa ciepła krew. Najbardziej lubię lilię. Mój wzrok powrócił do normalnego stanu. Rozejrzałam się, moje ciało skrępowane było ciernistymi łodygami dzikiej róży. Te kolce rozcinały me ciało i sprawiały mi tyle bólu. Jak mam się z tego wydostać? Usłyszałam melodyjny śmiech kobiety, taki sam jak w moim śnie! Przede mną pojawiła się dokładnie ta sama dziewczyna w kapeluszu. Ręką trzymała włosy Edwarda, który był zalany krwią i najwidoczniej był nieprzytomny. Już chciałam zacząć krzyczeć, wyrywać się i przeklinać tą wstrętną babę, lecz to ona pierwsza zaczęła mówić.
-Witaj, kochana. Zajęłam się twoim Edwardem, tylko by nam przeszkadzał.-spod kapelusza wydobył się złowieszczy śmiech dziewczyny.
-Kim jesteś do cholery?! Czemu zrobiłaś to wszystko?-krzyknęłam przepełniona złością.
-Jesteś taka niemiła. Ja to wszystko zrobiłam dla ciebie.-powiedziała ponownie śmiejąc się. Ściągnęła kapelusz i ukazała mi się niezwykła piękność. Była to długowłosa blondynka o ciemnoniebieskich oczach. Uśmiechała się, lecz jej oczy były pełne smutku. Spojrzała na mnie, ja patrzałam na nią wrząc z wściekłości. Chciałam jak najszybciej ją zabić, zatopić w niej jakieś ostrze, zobaczyć jej krew i twarz pełną agonii.
-Dla mnie? Dlaczego? On żyje, prawda? Nie zabiłaś go?-zapytałam, a mój głos drżał.
-Nie, chcę go zabić na twoich oczach. Chcę, abyś przestała go kochać. Chcę, żebyś widziała tylko mnie, żebym była całym twoim światem. Siostrzyczko~!-powiedziała iście jadowitym głosem.
-O czym ty mówisz?-zapytałam, a moje oczy poszerzyły się ze zdziwienia.
-Jestem Calia, a ty jesteś moją starszą siostrą Louise! Kocham cię! Dlatego chcę, żebyś cierpiała, a na końcu pokochała mnie!-odpowiedziała mi śmiejąc się.
-Ty jesteś szalona!-krzyknęłam odczuwając wzrastającą niechęć do niej.
W tym czasie ona rzuciła Edwarda tuż pod moje nogi, wyciągnęła sztylet i stanęła nad nim.
-Powiedz mu „Żegnaj”, siostrzyczko!-syknęła uśmiechając się diabelnie.
-NIE! PRZESTAŃ!-krzyknęłam zrozpaczona.
Nie posłuchała mnie, chwyciła sztylet oburącz, ostrzem do dołu, całym ciałem z całą siłą wbiła go w brzuch chłopaka, dźgała go kilkakrotnie. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy i mieszały się z moją krwią na ciele. Moje uczucia eksplodowały. Odczuwałam strach, smutek, bezsilność, a zarazem złość i nienawiść. Teraz chęć mordu opanowała mnie całkowicie, teraz przed oczami miałam tylko różnorodne sposoby na to aby zabić tą kobietę. To uczucie nienawiści które miałam w sobie zaczęło mnie zżerać od środka, moje ciało zaczęło lśnić. Pojawiły się moje anielskie skrzydła, oczy przybrały barwę intensywnej zieleni i zaczęły iskrzyć się szmaragdowym blaskiem. Zaczęłam rozrywać te pnącza dzikiej róży, a Calia wpatrywała się we mnie zaskoczona. Poczułam gorąco w środku mojego ciała, a po chwili zaczął wydobywać się ze mnie niebieski płomień. Wszystko naokoło mnie zaczęło płonąć. Uwolniłam się i teraz mogłam już ją zabić. Uniosłam rękę, skierowałam ją w jej stronę i płomień strzelił w jej stronę. Dziewczyna machnęła rękami, przed nią pojawiła się kukła, najwyraźniej była odporna na ogień, gdyż posłużyła jako tarcza a i tak pozostała nienaruszona. W tym czasie Calia wybiegła z sali. Spojrzałam na mojego ukochanego, leżał w kałuży krwi, rozdarłam moją koszulkę i zabandażowałam go, lecz wiedziałam że to nie wystarczy na długo, muszę zabrać go do szpitala. Muszę szybko zakończyć tą piekielną walkę. Szybko ruszyłam za tą szaloną dziewuszką. Biegłam korytarzami pełnymi jakichś obrazów, natrafiłam na jedno okno. Wyjrzałam na zewnątrz, krajobraz rozciągający się przed moimi oczami był jak z horroru. Wielkie wzgórze, straszny dwór w którym aktualnie się znajduję i w dole cmentarz pełen duchów. Przeszły mnie dreszcz, nie chcąc widzieć tego krajobrazu pobiegłam dalej. Ona czekała na mnie w kolejnej sali, ta była większa i bardziej oświetlona od poprzedniej. Stała na środku i była gotowa do walki. Byłam odziana w niebieskie płomienie, a na plecach miałam skrzydła i moje oczy lśniły, teraz to już na pewno wyglądam na Upadłą Anielicę. Calia zaczęła walkę. Miotała we mnie zatrutymi ostrzami, igłami i drewnianymi kołkami. Jej marionetka zastała przy niej, aby ją chronić. Stworzyłam ścianę ognia, która stopiła wszystkie bronie. Jako kontratak użyłam kul ognia. Dziewczyna zasłoniła się lalką, a ta znowu nie odniosła obrażeń od ognia. Musi być wzmocniona jakimś materiałem. Gdy bliżej przyjrzałam się tej marionetce zauważyłam, że ma kobiece kształty i wymiary podobne do moich. Podobne? Nie, zaraz… One są takie same! Ta marionetka to ja?
-Widzę że zauważyłaś.-zaśmiała się.
-Po co stworzyłaś taką kukłę?-zapytałam.
-Chciałam być bliżej ciebie, ale gdy poszłam cię zobaczyć, zauważyłam że mnie nie pamiętasz, na ulicy minęłaś mnie jak obcego człowieka. Byłaś szczęśliwa z tym wstrętnym chłopcem! Lecz ten kawałek drewna mi nie wystarczyła, zachciałam dotykać ciepłej, miękkiej skóry i stwierdziłam, że najpierw muszę wyeliminować tego chłoptasia!-krzyknęła, a jej twarz wykrzywił grymas niezadowolenia.
-To ty jesteś wstrętna! Nienawidzę cię! Jesteś szaloną dziwaczką!-rzekłam głosem pełnym nienawiści i niechęci, a także obrzydzenia.
Jej twarz spochmurniała, a oczy zaszkliły się, usta zaczęły drgać.
-Muszę cię tu zatrzymać siłą, siostro.-powiedziała smutnym głosem.
-Spróbuj!-krzyknęłam.
Użyłam moich mocy, aby stworzyć miecz ognia. Ona dalej posługiwała się marionetką. Ta imitacja mnie samej ruszyła na mnie, zablokowałam ją ostrzem, zaczęłam atakować, przecinałam najsłabsze punkty lalki, a mianowicie połączenia tak zwane stawy. Po wielu cięciach odskoczyłam, oddychałam szybko, a mój atak okazał się kompletnie bezużyteczny. To jest dziwne! To drewno, powinno spłonąć! Powoli zaczęłam analizować sytuację odpierając ataki kukły. Myśl, no myśl! To coś tak zwinnie się rusza! Rusza? No właśnie! Te nitki nie są tak odporne. Odbiłam się od posadzki, w powietrzu wyszukałam wzrokiem nikłego blasku nici i przecięłam je, marionetka bezwładnie opadła na podłogę. Ona pozostała bezbronna. Podeszłam do niej i spojrzałam w jej oczy.
-Żegnaj ty niepoprawna dziwaczko.-powiedziałam uśmiechając się i moim mieczem z płomieni przebiłam jej serce. Jej twarz wykrzywił grymas bólu. Po chwili zaczęła płonąć, krzyczała przeraźliwie w agonii. Biegała na około i jej przeraźliwy krzyk mógł rozerwać czyjeś serce na strzępy, ale na pewno nie moje. Zabiłam ją z zimną krwią, z uśmiechem na twarzy, gdyż całą sobą jej nienawidziłam. Po dłuższej chwili krzyk ucichł, a ona wyskoczyła przez jedyne okno w tej sali. Posadzka zaczęła pękać, rozpadła się, a ja zaczęłam spadać w nieprzeniknioną ciemność. Obok mnie spadał Edward, złapałam jego rękę przyciągnęłam do siebie, próbowałam wzlecieć, ale nic to nie dało, dalej spadaliśmy. Nagle zwolniliśmy i lekko opadliśmy na ziemię. Rozejrzałam się, byliśmy w tym samym miejscu w którym zniknęliśmy. Za nami było to pęknięcie, które po chwili zniknęło. Spojrzałam na blondyna, jego rany zniknęły. Ja sama również powróciłam do pierwotnego stanu. Byliśmy w innym świecie, wraz ze śmiercią Calii tamten świat zniknął i tym samym my wróciliśmy do siebie. To już koniec… Udało mi się! Ed żyje, wróciliśmy do siebie! Lepiej być nie może! Nagle w mojej głowie usłyszałam cichy szept.
-Dziękuję za tą krótką chwilę siostro. Kocham cię. Żegnaj.
Tak zakończyło się moje spotkanie z młodszą siostrą. Czekałam, aż Edward odzyska przytomność. Gdy tylko tak się stało pocałowałam go czule i wróciliśmy do domu.
KONIEC. 
Calia:

środa, 12 czerwca 2013

Alice

ALICE


Alice, to moje imię nadane mi zaraz po moich narodzinach przez moją matkę. Lubię je mimo wielu nieprzyjemności związanych z nim. Często jestem porównywana do sąsiadki, która jest moją imienniczką. Wszyscy uważają, że jest ode mnie piękniejsza. Ja mam inne zdanie, a przede wszystkim nie uważam że jestem brzydka. Na pewno jestem od niej mądrzejsza. Posiadam bogaty księgozbiór i bujną wyobraźnię. Zazwyczaj noszę zielone ubrana, gdyż jest to mój ulubiony kolor. Najczęściej chodzę w prostej, przewiewnej, jasnozielonej sukience. Włosy koloru mocnego szkarłatu sięgające kolan zawsze związane są w warkocz. Włosy związuję niebieską wstążką, którą otrzymałam od ojca, gdy byłam mała. Na szyi nosiłam wisiorek w kształcie róży białego koloru, to była jedyna rzecz jaka została mi po matce. Jestem wysoką kobietą o szczupłej sylwetce. Posiadam wcięcie w talii oraz ponętne, pełne piersi. Moje błękitne, bystre oczy przykuwały uwagę i każdy lubi się w nie wpatrywać, a zwłaszcza mój młodszy brat Igor. W ogóle nie byliśmy podobni, ponieważ mieliśmy różne matki. Moja umarła po porodzie, więc ojciec ponownie się ożenił. Igor ma szmaragdowe oczy oraz kruczoczarne włosy. Mimo, że jesteśmy bardzo różni to i tak go kocham, w końcu to mój młodszy braciszek. Pewnego dnia spacerowała po ogrodzie mojej matki pełnym czerwonych i białych róż. Niespodziewanie ogarnęła mnie nieprzenikniona ciemność. Rozglądnęłam się nerwowo, na około mnie nie było nic prócz ciemności. Stałam w bezruchu, gdy nagle poczułam że spadam. Wystraszyłam się, bicie mojego serca znacznie przyśpieszyło i miałam wrażenie, że moje wnętrzności aktualnie znajdują się w moim gardle. Paskudne uczucie… Nie wiedząc co mam robić, jedyne o czym pomyślałam to zamknięcie oczu. Spadałam nieprzerwanie czekając na straszliwy koniec. Oczekiwałam bólu i śmierci, zamiast tego usłyszałam ciche „plusk”, poczułam delikatne uderzenie, a po krótkiej chwili już byłam cała mokra. Po krótkiej walce w środku mojej głowy zdecydowałam się otworzyć oczy. Zobaczyłam to czego w ogóle nie spodziewałam się zobaczyć. Ujrzałam rozległą kałużę, gęsty i wysoki las, a nad głową miałam błękitne niebo. Widok był przepiękny, nie wiedziałam gdzie mam oczy podziać zwłaszcza, że dookoła przechadzały się dzikie zwierzęta. Gdy już się opanowałam, wstałam na równe nogi i spojrzałam na siebie. Byłam cała w błocie, a włosy zamiast mieć kolor czerwieni były koloru brązowego. Nie wiedziałam gdzie jestem, więc weszłam w głąb lasu w poszukiwaniu jakiegoś miasta bądź istoty żywej oraz rozumnej. Szłam prosto przed siebie, przedzierałam się przez gęste krzaki przez bardzo długi czas, a końca lasu nie było widać. Zmęczona, nie mając sił aby iść dalej usiadłam pod rozłożystym drzewem. Spokojnie, miarowo oddychałam i wsłuchiwałam się w szum lasu było to orzeźwiające tchnienie natury. Gdy tak słuchałam każdego chodź by najmniejszego dźwięku, do moich uszu dotarł tętent kopyt. Zaczęłam szybko rozglądać się na około, po chwili dostrzegłam elfa ujeżdżającego kucyka Pony. Był to wysoki mężczyzna, a przez ubrania było widać jego umięśnione ciało. Blond włosy związane wstążką sięgały mu do pasa, a jego zielone oczy wpatrywały się we mnie. Jego kuc był czarny i nieco większy niż przeciętny kuc, a na głowie miał długi róg jednorożca i srał tęczą. Był to kuc o długich nogach i złotych oczach. Na jego boku widniał tatuaż rozgałęzionej biało-niebieskiej błyskawicy. Wpatrywałam się w elfa i kucyka, ich widok zaparł mi dech w piersiach, ponieważ był przekomiczny. Gdy nasze oczy się spotkały już nie mogłam wytrzymać i zaczęłam się głośno śmiać. Zaczęłam delikatnie trząść się ze śmiechu, w kącikach moich oczu pojawiły się łzy szczęścia i brzuch zaczął boleć mnie od tej głupawi.

-Zamknij się głupia babo.-rzekł surowym tonem piorunując mnie wzrokiem.

-Głupia babo?! Jak śmiesz tak do mnie mówić?!- krzyknęłam oburzona i spojrzałam na niego. Przyglądałam mu się chwilę, po czym uśmiechnęłam się.- Przepraszam, ale co taka samotna, wątła dziewczynka jak ty robi sama w tym niebezpiecznym lesie?

-Jesteś ślepa czy niedowidzisz?- krzyknął, a jego twarz wyrażała złość.-Jak możesz mnie porównywać do dziewczyny? Jestem zbyt zajebisty by być dziewczyną.

-Dla mnie wyglądasz jak dziewczyna i będę cię nazywać Blondi.

 -Zamknij się w końcu i przestań mnie obrażać! Jestem Basch i jestem elfem z królewskiego rodu! Jesteś głupią niewdzięcznicą!

-Że jak?! Niby ja? To ty pierwszy mnie obraziłeś! Czemu niby jestem niewdzięcznicą?

-Najpierw się przedstaw, wtedy ci wszystko wyjaśnię.

-Dobra, mam cię już dość. Jestem Alice. Nie miło mi cię poznać.

-Mnie również. Ty, jesteś kobietą z przepowiedni naszej kapłanki. Jesteś tą, która uratuje nasze Królestwo Elfów. Zabiorę cię do stolicy, do Mordoru.

-Łaaa…jaka złowieszcza nazwa.-westchnęłam.- No cóż, chyba nie mam wyboru… Pojadę z tobą, ale myślę że się mylisz co do mnie. Jestem zwykłą dziewczyną w kwiecie wieku.

-Skończ już gadać i wsiadaj.-podał mi rękę i pomógł mi wsiąść na kucyka imieniem Rafael. Podróż była długa i męcząca, gdy dotarliśmy na miejsce słońce już zachodziło. Mordor znajdował się na wzniesieniu, na samym szczycie tego wzgórza górował ogromny zamek za wieloma wieżami. Na około zamku coraz niżej wzniesienia znajdowały się domy różnej wielkości i różnokolorowe. Każdy dom odznaczał się czymś innym. Białe mury zamku i jego czarne wieże wyglądały niesamowicie pięknie w blasku zachodzącego słońca. Gdy tylko weszłam do pałacu służki pochwyciły mnie i zabrały do oddzielnej komnaty. Doprowadziły one mnie do stanu używalności, zostałam ciasno ściśnięta gorsetem i ubrana w ciemnoniebieską sukienkę z dużą ilością różnych ozdób w postaci wstążek, brokatu i materiałowych srebrnych kwiatów. Włosy umyte, rozczesane, pozostały rozpuszczone, więc spoczywały na moich ramionach, piersiach i plecach. Po tym wszystkim zostałam przyjęta w sali tronowej przez króla elfów. Gdy mijałam Bascha, nie wiedział gdzie ma wzrok podziać i wpatrywał się we mnie jak w obrazek.

-Witamy zbawicielsko świata!- tymi słowami mnie przywitał.

-Witam, Wasza Wysokość.-jako dobrze wychowana dziewczyna ukłoniłam się.

Otrzymałam od niego miecz, duży, wspaniały i ostry lśnił srebrnym blaskiem w świetle pałacowych lamp. Po krótkim przyjęciu i pożegnaniu król odszedł na spoczynek. Następnie zaprowadzono mnie do kapłanki, która przepowiedziała moje nadejście. Siedziała na środku kręgu w wielkiej sali, medytowała w ciszy, więc się nie odzywałam i oczekiwałam na to aż ona zacznie mówić. Usiadłam na chłodnej posadzce i obie w całkowitej ciszy i ciemnościach siedziałyśmy przez jakiś czas. Nagle ona poruszyła się, otworzyła oczy i spojrzała na mnie.

-Wiesz czemu tu jesteś?- zapytała melodyjnym głosem.

-Nie, nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Każdy mówi, że jestem wybawicielką świata, ale ja nie jestem nikim specjalnym, tylko zwykłą dziewczyną. Wyjaśnisz mi co tu się dzieje?

-Nasze Królestwo jest niszczone przez siły ciemności, od kilku lat prowadzimy wojnę z cienistymi zjawami. Nie dajemy im rady, a pewnej nocy nawiedziła mnie wizja. Ujrzałam w niej piękną, szkarłatno włosą dziewczynę z naszym legendarnym mieczem w ręce, która lśni niczym anioł i odpędza z naszego świata ciemność. Tą kobietą jesteś ty Alice. Zbliża się ostateczna bitwa w której weźmiesz udział i nas ocalisz. Za pomocą mojej mocy sprowadziłam cię do naszego świata. Proszę pomóż nam, ocal nas Aniele.-gdy skończyła mówić pokłoniła mi się dotykając twarzą posadzki. Powoli w swojej głowie analizowałam jej słowa, nagle spostrzegłam że ona nadal trwa w swoim głębokim ukłonie. Szybko podeszłam do niej i podniosłam ją.

-Przestań. Nie musisz tego robić. Pomogę wam. Zrobię co w mojej mocy, aby sprostać zadaniu, ocalę was i będziecie mogli być ze mnie dumni.-rzekłam pewnie wpatrując się w jej oczy.

-Dziękuję ci, Aniele.-przytuliła mnie mocno, a gdy już mnie puściła wyciągnęła zza płaszcza talię kart i wręczyła mi ją.-To cząstka mojej mocy, mam nadzieję, że ci się choć trochę przyda.

-Dziękuję.-uśmiechnęłam się.

Po tym pożegnałam się z nią, a pokojówka którą mi przydzielono odprowadziła mnie do mojej komnaty. Po dobrze przespanej nocy miał się rozpocząć mój trening posługiwania się mieczem, miał być on krótki, a moim instruktorem został Basch. Tym razem ubrana byłam w białą koszulę schowaną w spodnie koloru czarnego, których nogawki zanikały we wnętrzu wysokich, brązowych butów. Na bitwę miałam założyć zbroję stworzoną specjalnie dla mnie z wytrzymałego i lekkiego metalu. Ku mojemu zdziwieniu Basch zmienił swoje nastawienie do mnie, był milszy i już mi nie dokuczał. Był dobrym nauczycielem, wszystko dokładnie tłumaczył i był wymagający. Dzięki jego zdolnościom władanie mieczem udało mi się opanować do perfekcji w bardzo krótkim czasie. Następnie sprezentowano mi mojego kucyka. Był on różowy, miał duże, zielone oczy, niebieską grzywę i ogon. Na lewym boku widniał tatuaż tęczy, a jego kopyta zdobiły srebrne podkowy. Był on masywnym kucem i jak to ujął stajenny bardzo wytrzymały.  Wszystko było dobrze, tylko ten rażący kolor, na dodatek był koloru którego najbardziej nienawidzę, ale nic nie mogłam z tym zrobić, a z resztą zbliża się walka, więc nie mogę być wybredna. Następna była przymiarka zbroi, o dziwo pasowała idealnie nawet jeśli kowal nie mierzył moich wymiarów. Jak to możliwe, że zrobił to tak precyzyjnie? Ech…tyle już tu zobaczyłam, że chyba nic mnie nie zdziwi. Po przymiarce zbroi przyszedł czas na naukę jazdy konnej. Najpierw w normalnych ubraniach uczyłam się podstaw, później nauczyłam się skoków i odpowiednich manewrów na wojnę. W końcu przyszedł czas na jazdę próbną w zbroi. Poszło mi całkiem dobrze, zaprzyjaźniłam się z Destoyer’em. Tak właśnie nazwałam mojego różowego kucyka – Destroyer. Po całym dniu treningów zmęczona odprowadzałam kuca do stajni, gdy usłyszałam śpiew, wytężyłam słuch, aby zrozumieć słowa:

 „Mój mały kucyk, mój mały kucyk
Aaaaa aaa

Mój mały kucyk!
Z nim co dnia przyjaźni czuję smak!

Mój mały kucyk!
Kiedy ujrzę go to pędzę jak wiatr!

Czułe serce,
Magii czar
Naszej przyjaźni wielki dar!

Mamy razem, przygód moc...
w krainie marzeń razem dzień i noc!

Hej ,mój kucyku,
Blask magii niech otuli dziś nas!”

Myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy i to był mój błąd. Kto normalny śpiewa takie piosenki? Muszę szybko załatwić sprawy w tym świecie i wrócić do domu. Odprowadziłam Destroyera i udałam się na spoczynek. Następne dni spędziłam na treningach, aby udoskonalić moje umiejętności. W tym czasie poznałam również inne istoty żyjące w tym świecie. Poznałam krasnoludów, wśród nich była jedna kobieta. Walczyła ona za pomocą młota i jej imię brzmiało Camille, a jej mężem był nieco tchórzliwy Andrew.  Spotkałam również ludzi śniegu, szczególnie zaprzyjaźniłam się z ich przywódcą Dave’m. Poznałam wielu ludzi, których imiona pamiętam i których lubię, oraz których nigdy nie zapomnę. Po dwóch tygodniach nadszedł czas na ostateczną bitwę, która zadecyduje o losach wielu istot żywych. Cała armia w pełnym uzbrojeniu czekała na placu przed zamkiem na wymarsz. Każdy stał przy prawym boku swego kuca i tylko czekał na rozkaz dowódcy. Jeszcze przed odejściem wojska król wygłosił przemowę:

-Jesteśmy dziećmi tego świata. Nie wiemy co nadejdzie jutro. Jeśli umrzemy to umrzemy, jeśli przeżyjemy to przeżyjemy. A teraz dajcie z siebie wszystko w imię ojczyzny i swoich ukochanych rodzin. Walczcie, chrońcie mój lud i powróćcie do mnie żywi moi synowie.

Kończąc przemowę delikatnie się ukłonił i uśmiechnął do zgromadzonych żołnierzy. Dowódca dał nam znak abyśmy dosiedli swoje wierzchowce. Wszyscy zsynchronizowani, równocześnie wsiedli na kuce. Wyprostowani z dumnie uniesionymi głowami skierowaliśmy się do głównej drogi, która przebiegała przez całe miasto, a następnie wiodła na pole walki. Gdy przejeżdżaliśmy przez miasto, żegnały nas zapłakane rodziny wszystkich żołnierzy. Jechaliśmy w parach, obok mnie jechał Basch z twarzą, która nie wyrażała żadnych uczuć. Ja miałam mieszane uczucia. Czułam strach, zmartwienie, ale zarazem podekscytowanie. Starałam się zachować kamienną twarz jak mój towarzysz, ale w ogóle mi to nie wychodziło. Po długiej podróży dotarliśmy na pole walki. Ustawiliśmy się w zwartym szyku bojowym i oczekiwaliśmy. Długo czekać nie musieliśmy, już po 40 minutach po naszym przyjeździe niebo na północy zaczęło ciemnieć, a po ziemi mknęły czarne postaci zjaw z najgorszych koszmarów. Przełknęłam głośno ślinę, rozglądnęłam się na około i spostrzegłam strach w oczach wszystkim obecnych tu istot. Nie zwlekając długo wyjechałam kilkanaście metrów przed szereg, zwróciłam się do nich twarzą, wyciągnęłam miecz zwróciłam go ku błękitnemu niebu i pełna odwagi oraz pewności siebie zaczęłam krzyczeć.

-Nie lękajcie się! Umrzemy lub przeżyjemy! Taki już nasz los! Musimy dać z siebie wszystko, aby ocalić ten świat! Pokażcie mi ile siły w sobie macie, kim tak naprawdę jesteście i dlaczego wstąpiliście do tej armii! Zwyciężymy i wrócimy do domu!

Skończyłam, Destroyer nagle stanął dęba głośno rżąc, słońce oświetliło mnie, a oni przez chwilę wpatrywali się we mnie zdumieni po czym unieśli swe miecze i krzyknęli.

-Tak jest! Pójdziemy po śmierć lub po wolność! Zwyciężymy! Aniele prowadź nas!

Teraz to ja dowodziłam tą armią, zwróciłam mojego kuca w stronę armii zjaw i dałam sygnał do ataku. Sama na czele tego wojska ruszyłam przed siebie z mieczem w ręce. Na początek postanowiłam użyć kart, które dostałam od kapłanki. Wyciągnęłam pierwszą lepszą, widniał na niej gigantyczny wojownik we wspaniałej zbroi z maczugą tak wielką jak on sam i tarczą. Rzuciłam kartę daleko przed siebie, usłyszałam huk, w powietrzu unosiła się chmura pyłu, a z niej wyłonił się owy wojownik. Następne karty to były: dzikie zwierzęta, różne bronie, a nawet bronie żywiołów. Zjawy otoczyły mnie, więc musiałam walczyć za pomocą miecza. Odpierałam ich ataki i kontratakowałam. Używałam całej swej siły. Walka niemiłosiernie się przeciągała i była ciężka. Jednego ataku nie zdołałam odtrącić przez co moje karty wysypały mi się z rąk. Kolejnym atakiem zjawa wytrąciła mi miecz z ręki. Cudem została mi jedna karta, spojrzałam na nią i ujrzałam miotacz ognia. To była moja ostatnia deska ratunku. Użyłam jej i już po chwili upiór był spowity morzem ognia. Zaczął wyć w agonii i uciekać, aby następnie umrzeć. Zrozumiałam, że to najbardziej ogień szkodzi tym istotom. Zaczęłam biegać po całym polu bitwy paląc wszystkich napotkanych wrogów. Czułam się trochę jak szaleniec, ale było to całkiem zabawne. Gdy już skończyłam z ostatnim z żołnierzy armii ciemności pojawił się ich król. Był ogromny, spowity czarny płaszczem, kaptur zasłaniał jego twarz, a w ręce trzymał ogromną kosę. Gdy patrzałam w miejsce gdzie powinna być twarz, czułam się dziwnie, tak jakby uchodziło ze mnie życie. Moje oczy zaczęły się zamykać, już miałam się temu poddać gdy z transu wybił mnie nie kto inny jak Basch. Pozbierałam się, już nie patrzałam w jego twarz tylko na jego posturę. Zaatakowałam go ogniem, z niezwykłą prędkością uniknął go i machnął swoją kosą. Sam wiatr wytworzony przez to oręż sprawił, że nogi się pode mną ugięły i podłam na ziemię. Jak mam pokonać to monstrum? Jeszcze kilka razy próbowałam akcji a ogniem, ale żadna się nie powiodła. Gdy już straciłam nadzieję ujrzałam Bascha, który wspinał się po ramieniu Króla Cieni. Wbił on miecz w jego ramię i obwiązał je Nicią Elfów, tym samym unieruchamiając jego rękę, którą wymachiwał kosą. Chciałam wykorzystać okazję i pokonać go. Znowu próbowałam ogniem, ale jemu nic to nie robiło. Zaczęłam uważnie mu się przyglądać, po czym wpadłam na pewien pomysł. Zaczęłam się wspinać po nim i stanęłam na jego ramieniu.

-Żegnaj, Królu Cieni.

Spojrzał na mnie, a ja celując mu prosto w twarz użyłam ognia. Rozległ się przeraźliwy krzyk, szamotał się w ostatnich chwilach życia. Padł na ziemię, przez jakiś czas krzyczał w niebogłosy po czym zniknął, nic po sobie nie zostawiając. To był już koniec. Stanęłam wyprostowana i spojrzałam na żołnierzy stojących przede mną. Uniosłam swoją rękę z zaciśniętą pięścią i krzyknęła.

-To już koniec ciemności i cierpienia! Zwyciężyliśmy!

Rozległy się krzyki radości, ranni byli opatrywani, umarli chowani, a zdrowi i żywi śpiewali pieśń na zakończenie wojny.


„Smutna rzeka księżyc po niej pływa,
Senne dłonie chyli nad nią klon.
Śpij, dziecino, nikt się nie odzywa.
Śpi w mogiłach zakopana broń.



Smutna rzeka księżyc w dal odpływa,
W mrokach nocy błyszczy wody toń.
Śpij, dziecino, nikt się nie odzywa.
Śpi po lasach zakopana broń.



Smutna rzeka usnął las cienisty,
Ciemna noc na liściach kładzie dłoń.
Śpij dziecino, śpij żołnierski synu.
Już niedługo odkopiemy broń.



Smutna rzeka usnął las za górą.
Wieś usnęła, zasnął nawet klon.
Śpij dziecino, partyzancka córo.
Idziemy w lasy by wykopać broń.”

Przyglądałam się im z uśmiechem na ustach widząc ich radość. Nagle wszystko zaczęło wirować mi przed oczami. Upadłam na ziemię i ponownie ogarnęła mnie ciemność. Po chwili otworzyłam oczy i ujrzałam rozłożyste gałęzie drzewa. Rozejrzałam się naokoło, byłam w ogrodzie, a na mojej klatce piersiowej leżała książka. To był tylko sen... Ach, ta moja wyobraźnia, mam nadzieję, że się to więcej nie powtórzy… Czas wrócić do domu.
KONIEC.