Siostra
Ręce, ręce jakiejś lalki mocno
oplatające moje ciało, właśnie to widzę w tym momencie. Rozglądam się, nie
widzę nic oprócz nieprzeniknionego mroku, spoglądam w górę i widzę spadające
kartki? Zdjęcia? Nie, to są rysunki. Wiele rysunków przedstawiających dwie
kobiety i mężczyznę, one są radosne, a on cały we krwi. W jednej z kobiet
rozpoznałam siebie, tej drugiej nie znałam, a mężczyzny nie mogłam rozpoznać,
gdyż jego ciało było zmasakrowane. Dziwne i straszne to były sceny, aż nie mogę
na nie patrzeć. Poczułam jeszcze mocniejszy uścisk, z mojego gardła wydobył się
cichy jęk bólu, zaczęłam się szarpać, ale to nie przynosi żadnych efektów. Spoglądam
do tyłu i widzę kawał drewna wyrzeźbiony na kształt ludzkiej głowy, bez twarzy,
bez niczego. Do jego głowy, rąk i nóg przyczepione są ledwo widoczne nitki,
które błyszczą w świetle. Właśnie teraz zrozumiałam, że to nie lalka tylko
marionetka, a skoro jest marionetką to ktoś musi nią sterować, ale kto? Nagle usłyszałam
cichy, melodyjny śmiech kobiety. Przede mną pojawiła się młoda dziewczyna,
niższa ode mnie o głowę i najwyraźniej młodsza o kilka lat. Jej twarz zakrywa
cień kapelusza, który spoczywa na jej blond włosach. Nie wiem co się dzieje ani
gdzie jestem, nie wiem co mam robić. Do rąk blondynki przyczepione są nitki,
czyli to ona mnie więzi, ale czemu? Ona nagle poruszyła się i wyciągnęła rękę w
moją stronę cały czas śmiejąc się. Zamknęłam oczy, to jedyne co przyszło mi w
tej chwili do głowy. Nic nie poczułam, nawet nie wyczuwałam uścisku marionetki,
otworzyłam oczy i ujrzałam sufit mojego pokoju. Leżałam w moim wielkim, miękkim
łóżku, podniosłam się do pozycji siedzącej i poczułam jak po plecach spływa mi
kropla potu. Spojrzałam na siebie, byłam cała zlana kroplami potu, rozejrzałam
się po pokoju, byłam sama. Ta kobieta, ten mrok to był tylko sen. Odetchnęłam z
ulgą, wstałam z łóżka i podeszłam do lustra. Wyglądam strasznie, jestem cała
mokra od potu, ubrania lepią się do mnie, a włosy to istna tragedia, aż patrzeć
się nie da. Weszłam do łazienki i wykonałam wszystkie poranne czynności.
Ubrałam się w krótkie czarne spodenki i fioletową bluzkę na ramiączka. Po
wyjściu z łazienki rozejrzałam się po pokoju, czegoś mi brakowało, a mianowicie
kogoś. Brakuje mi mojego chłopaka, powinien być tutaj ze mną, lecz go nie ma. Ciekawe
gdzie poszedł tak z rana. Ponownie spojrzałam w lustro, tym razem ukazała mi
się piękna Upadła Anielica. Tak, jestem Upadłą Anielicą. Nazywam się Louise,
pewnego dnia z niewiadomych mi przyczyn zostałam Aniołem i tak jakoś pozostało.
Mam długie, czerwone włosy, które zazwyczaj rozpuszczam, nieraz się zdarzy że
je zwiążę. Zielone oczy, którymi zawsze lustruję nowo poznanych ludzi. Ponętna,
kobieca figura, która przyciąga wzrok mężczyzn. Jestem po prostu ładniejsza niż
pozostałe kobiety, w końcu jestem Aniołem. A co do mojego chłopaka to jest on
niezwykle niski jak na swój wiek. Strasznie się denerwuje, gdy ktoś go nazywa
niskim, ale jest wtedy taki słodki. Jest blondynem, włosy ma długie do łopatek
i zawsze związuje je w warkocz, gdy je rozpuści wygląda jak dziewczyna. Jego
imię to Edward, w skrócie Ed. Ma wiele wad jak i zalet, a ja za to wszystko go
kocham. Stałam tak przez chwilę, gdy nagle poczułam przyjemny zapach, podążyłam
za tą wonią i zaprowadziła mnie ona do kuchni. Gdy zajrzałam do środka, Ed
robił śniadanie, miał na sobie fartuszek! Pasuje mu ten fartuszek, słodko w nim
wygląda, zaśmiałam się wesoło i przez to mnie zauważył. Odwrócił się i spojrzał
na mnie swoimi złotymi oczami w które tak bardzo lubię się wpatrywać.
-Już wstałaś? Wszystko w
porządku?-zapytał nie odrywając ode mnie wzroku.
-Całkiem niedawno się
obudziłam. Tak, a czemu pytasz?-wpatrywałam się w niego zaskoczona.
-Gdy spałaś, wyglądałaś
jakbyś miała koszmar, a że martwię się o ciebie to zapytałem.-odpowiedział
uśmiechając się do mnie. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy, nabrałam ochoty
żeby go przytulić i to zrobiłam. Wtuliłam się w niego, rzewnie płakałam i
opowiedziałam mu cały mój sen. On w milczeniu wysłuchał wszystkiego co mam do
powiedzenia. Przez cały czas delikatnie głaszcząc mnie po głowie.
-I to już wszystko.-gdy
skończyłam opowiadać spojrzałam na niego.
-Nie martw się, to był
tylko sen. Jestem tu z tobą, nie masz się czego bać.-rzekł, po czym mnie
pocałował, był to delikatny, a zarazem namiętny pocałunek. Gdy odsunęliśmy się
od siebie zauważyliśmy, że to co miało być naszym śniadaniem całkowicie się
spaliło i musieliśmy robić wszystko od nowa, ale przynajmniej było zabawnie. Poprosiłam
go, abyśmy spędzili cały dzień razem poza domem, oczywiście zgodził się. Edward
nigdy mi nie odmawiał. Nasza randka zaczęła się od wizyty w wesołym miasteczku.
Wokół nas jest pełno różnych atrakcji i różnorodnych barw. Kolorów temu miejscu
dodają ludzie, dekoracje i rozmaite świecidełka. Jako, że lubię emocje
szargające nerwy i niesamowitą szybkość od razu poszliśmy na kolejkę górską,
oczywiście usiedliśmy na samym początku. Przejechaliśmy się kilka razy zanim
poszliśmy dalej. Następne były obrotowe filiżanki, oboje kręciliśmy najmocniej
jak potrafiliśmy i dzięki temu uzyskaliśmy zadowalający nas efekt. Po tym
trochę kręciło nam się w głowach, ale i tak ruszyliśmy dalej, tym razem na
samochodziki. Na początku jeździliśmy jak najszybciej i uderzaliśmy w siebie
nawzajem, później zrobiliśmy sobie wyścig. To ja wygrałam! Jestem wspaniałym
kierowcą! O tak! Kiedyś musimy to powtórzyć. Chodziliśmy tak z miejsca na
miejsce i śmialiśmy się razem wesoło. Zrobiliśmy sobie zdjęcia w budce, na
kilku mieliśmy dziwne, a zarazem śmieszne miny, na innych razem się śmialiśmy,
a na jeszcze innych całowaliśmy. To taka pamiątka z tej randki. Przed wyjściem
poszliśmy do domu strachów. Było tam pełno duchów, potworów i sceneria wprost z
nawiedzonego cmentarza. Dla innych ludzi był to istny horror, a dla nas tylko
kilka zabawek, bądź przebranych ludzi. Mimo wszystko czegoś się przestraszyłam,
a mianowicie pająków, jak się później okazało były one gumowe. Nienawidzę
pająków! To dla mnie największe zło na świecie. Są obrzydliwe, owłosione, te
ich oczy… Brr…po prostu ohyda! Nie mogę na nie patrzeć, a co dopiero dotykać! Gdy
tak na mnie spadły znikąd wybiegłam na zewnątrz z krzykiem. I na tym skończyła
się nasza wizyta w wesołym miasteczku. Nadeszła pora obiadu, więc poszliśmy do
restauracji, w której jesteśmy stałymi klientami. Przy jedzeniu rozmawialiśmy,
śmialiśmy się i piliśmy czerwone wino. To nasz ulubiony trunek, gdyż nie ma za
dużo procentów i jest całkiem dobry w smaku. Po posiłku poszliśmy na karaoke.
Ja lubię śpiewać, mam do tego odpowiedni głos i nie przechwalając się jestem w
tym całkiem dobra. Edward zaś śpiewa jakby słoń nadepnął mu na ucho. Jego śpiew
to czysty fałsz, ale przynajmniej mam z czego się pośmiać. Dużo śpiewaliśmy,
robiliśmy przy tym wiele hałasu, gdy już skończyliśmy strasznie bolały nas
gardła. Gdy wyszliśmy na zewnątrz już było ciemno, więc zaczęliśmy iść w stronę
domu. Szliśmy, wcale się nie śpiesząc, rozmawialiśmy i patrzeliśmy na miliony
gwiazd na niebie. Błyszczały one pięknym blaskiem na tle granatu nocnego
nieboskłonu. Szliśmy trzymając się za ręce i nie odstępując siebie nawzajem ani
na krok. Nagle przestrzeń przed nami zaczęła jakby pękać, skruszyła się jak
szło, a za tym był nieprzenikniony mrok z którego wyszedł człowiek, nie to nie
to, to marionetka! Jest tak łudząco podobna do człowieka, że można się pomylić
zwłaszcza gdy jest tak ciemno. Wyciągnęła ona swoje ręce w naszą stronę i
sypnęła nam czymś w twarze. Zaczęło mi się kręcić w głowie, oddech
przyśpieszył, a obraz zaczął się zamazywać. Razem z Edwardem osunęliśmy się na
ziemię, ostatni scena, którą jeszcze dane mi było zobaczyć to ręce marionetki
zbliżające się w moją stronę coraz bardziej i bardziej, później widziałam tylko
ciemność. Obudziłam się, gdyż poczułam nieprzenikniony ból w całym ciele.
Otworzyłam oczy, nadal mam przed sobą niewyraźny obraz. Do mojego nosa dotarła
delikatna woń, woń kwiatu, a mianowicie róży. Lubię ten kwiat, lecz nie jest
moim ulubionym. Spróbowałam się ruszyć, ale nic to nie dało. Coś krępowało moje
ruchy i coś dotkliwie mnie raniło przecinając moją skórę. Czułam jak po moich
rękach i nogach spływa ciepła krew. Najbardziej lubię lilię. Mój wzrok powrócił
do normalnego stanu. Rozejrzałam się, moje ciało skrępowane było ciernistymi
łodygami dzikiej róży. Te kolce rozcinały me ciało i sprawiały mi tyle bólu. Jak
mam się z tego wydostać? Usłyszałam melodyjny śmiech kobiety, taki sam jak w
moim śnie! Przede mną pojawiła się dokładnie ta sama dziewczyna w kapeluszu.
Ręką trzymała włosy Edwarda, który był zalany krwią i najwidoczniej był
nieprzytomny. Już chciałam zacząć krzyczeć, wyrywać się i przeklinać tą
wstrętną babę, lecz to ona pierwsza zaczęła mówić.
-Witaj, kochana. Zajęłam
się twoim Edwardem, tylko by nam przeszkadzał.-spod kapelusza wydobył się złowieszczy
śmiech dziewczyny.
-Kim jesteś do cholery?!
Czemu zrobiłaś to wszystko?-krzyknęłam przepełniona złością.
-Jesteś taka niemiła. Ja
to wszystko zrobiłam dla ciebie.-powiedziała ponownie śmiejąc się. Ściągnęła
kapelusz i ukazała mi się niezwykła piękność. Była to długowłosa blondynka o
ciemnoniebieskich oczach. Uśmiechała się, lecz jej oczy były pełne smutku.
Spojrzała na mnie, ja patrzałam na nią wrząc z wściekłości. Chciałam jak
najszybciej ją zabić, zatopić w niej jakieś ostrze, zobaczyć jej krew i twarz
pełną agonii.
-Dla mnie? Dlaczego? On
żyje, prawda? Nie zabiłaś go?-zapytałam, a mój głos drżał.
-Nie, chcę go zabić na
twoich oczach. Chcę, abyś przestała go kochać. Chcę, żebyś widziała tylko mnie,
żebym była całym twoim światem. Siostrzyczko~!-powiedziała iście jadowitym
głosem.
-O czym ty mówisz?-zapytałam,
a moje oczy poszerzyły się ze zdziwienia.
-Jestem Calia, a ty jesteś
moją starszą siostrą Louise! Kocham cię! Dlatego chcę, żebyś cierpiała, a na
końcu pokochała mnie!-odpowiedziała mi śmiejąc się.
-Ty jesteś szalona!-krzyknęłam
odczuwając wzrastającą niechęć do niej.
W tym czasie ona rzuciła
Edwarda tuż pod moje nogi, wyciągnęła sztylet i stanęła nad nim.
-Powiedz mu „Żegnaj”,
siostrzyczko!-syknęła uśmiechając się diabelnie.
-NIE! PRZESTAŃ!-krzyknęłam
zrozpaczona.
Nie posłuchała mnie,
chwyciła sztylet oburącz, ostrzem do dołu, całym ciałem z całą siłą wbiła go w
brzuch chłopaka, dźgała go kilkakrotnie. Po moich policzkach zaczęły spływać
łzy i mieszały się z moją krwią na ciele. Moje uczucia eksplodowały. Odczuwałam
strach, smutek, bezsilność, a zarazem złość i nienawiść. Teraz chęć mordu
opanowała mnie całkowicie, teraz przed oczami miałam tylko różnorodne sposoby
na to aby zabić tą kobietę. To uczucie nienawiści które miałam w sobie zaczęło
mnie zżerać od środka, moje ciało zaczęło lśnić. Pojawiły się moje anielskie
skrzydła, oczy przybrały barwę intensywnej zieleni i zaczęły iskrzyć się
szmaragdowym blaskiem. Zaczęłam rozrywać te pnącza dzikiej róży, a Calia
wpatrywała się we mnie zaskoczona. Poczułam gorąco w środku mojego ciała, a po
chwili zaczął wydobywać się ze mnie niebieski płomień. Wszystko naokoło mnie
zaczęło płonąć. Uwolniłam się i teraz mogłam już ją zabić. Uniosłam rękę,
skierowałam ją w jej stronę i płomień strzelił w jej stronę. Dziewczyna machnęła
rękami, przed nią pojawiła się kukła, najwyraźniej była odporna na ogień, gdyż
posłużyła jako tarcza a i tak pozostała nienaruszona. W tym czasie Calia
wybiegła z sali. Spojrzałam na mojego ukochanego, leżał w kałuży krwi,
rozdarłam moją koszulkę i zabandażowałam go, lecz wiedziałam że to nie
wystarczy na długo, muszę zabrać go do szpitala. Muszę szybko zakończyć tą
piekielną walkę. Szybko ruszyłam za tą szaloną dziewuszką. Biegłam korytarzami
pełnymi jakichś obrazów, natrafiłam na jedno okno. Wyjrzałam na zewnątrz, krajobraz
rozciągający się przed moimi oczami był jak z horroru. Wielkie wzgórze,
straszny dwór w którym aktualnie się znajduję i w dole cmentarz pełen duchów. Przeszły
mnie dreszcz, nie chcąc widzieć tego krajobrazu pobiegłam dalej. Ona czekała na
mnie w kolejnej sali, ta była większa i bardziej oświetlona od poprzedniej. Stała
na środku i była gotowa do walki. Byłam odziana w niebieskie płomienie, a na
plecach miałam skrzydła i moje oczy lśniły, teraz to już na pewno wyglądam na
Upadłą Anielicę. Calia zaczęła walkę. Miotała we mnie zatrutymi ostrzami,
igłami i drewnianymi kołkami. Jej marionetka zastała przy niej, aby ją chronić.
Stworzyłam ścianę ognia, która stopiła wszystkie bronie. Jako kontratak użyłam
kul ognia. Dziewczyna zasłoniła się lalką, a ta znowu nie odniosła obrażeń od
ognia. Musi być wzmocniona jakimś materiałem. Gdy bliżej przyjrzałam się tej
marionetce zauważyłam, że ma kobiece kształty i wymiary podobne do moich. Podobne?
Nie, zaraz… One są takie same! Ta marionetka to ja?
-Widzę że
zauważyłaś.-zaśmiała się.
-Po co stworzyłaś taką
kukłę?-zapytałam.
-Chciałam być bliżej ciebie,
ale gdy poszłam cię zobaczyć, zauważyłam że mnie nie pamiętasz, na ulicy
minęłaś mnie jak obcego człowieka. Byłaś szczęśliwa z tym wstrętnym chłopcem!
Lecz ten kawałek drewna mi nie wystarczyła, zachciałam dotykać ciepłej,
miękkiej skóry i stwierdziłam, że najpierw muszę wyeliminować tego chłoptasia!-krzyknęła,
a jej twarz wykrzywił grymas niezadowolenia.
-To ty jesteś wstrętna!
Nienawidzę cię! Jesteś szaloną dziwaczką!-rzekłam głosem pełnym nienawiści i
niechęci, a także obrzydzenia.
Jej twarz spochmurniała, a
oczy zaszkliły się, usta zaczęły drgać.
-Muszę cię tu zatrzymać
siłą, siostro.-powiedziała smutnym głosem.
-Spróbuj!-krzyknęłam.
Użyłam moich mocy, aby
stworzyć miecz ognia. Ona dalej posługiwała się marionetką. Ta imitacja mnie
samej ruszyła na mnie, zablokowałam ją ostrzem, zaczęłam atakować, przecinałam
najsłabsze punkty lalki, a mianowicie połączenia tak zwane stawy. Po wielu
cięciach odskoczyłam, oddychałam szybko, a mój atak okazał się kompletnie
bezużyteczny. To jest dziwne! To drewno, powinno spłonąć! Powoli zaczęłam
analizować sytuację odpierając ataki kukły. Myśl, no myśl! To coś tak zwinnie
się rusza! Rusza? No właśnie! Te nitki nie są tak odporne. Odbiłam się od
posadzki, w powietrzu wyszukałam wzrokiem nikłego blasku nici i przecięłam je,
marionetka bezwładnie opadła na podłogę. Ona pozostała bezbronna. Podeszłam do
niej i spojrzałam w jej oczy.
-Żegnaj ty niepoprawna
dziwaczko.-powiedziałam uśmiechając się i moim mieczem z płomieni przebiłam jej
serce. Jej twarz wykrzywił grymas bólu. Po chwili zaczęła płonąć, krzyczała
przeraźliwie w agonii. Biegała na około i jej przeraźliwy krzyk mógł rozerwać
czyjeś serce na strzępy, ale na pewno nie moje. Zabiłam ją z zimną krwią, z
uśmiechem na twarzy, gdyż całą sobą jej nienawidziłam. Po dłuższej chwili krzyk
ucichł, a ona wyskoczyła przez jedyne okno w tej sali. Posadzka zaczęła pękać,
rozpadła się, a ja zaczęłam spadać w nieprzeniknioną ciemność. Obok mnie spadał
Edward, złapałam jego rękę przyciągnęłam do siebie, próbowałam wzlecieć, ale
nic to nie dało, dalej spadaliśmy. Nagle zwolniliśmy i lekko opadliśmy na
ziemię. Rozejrzałam się, byliśmy w tym samym miejscu w którym zniknęliśmy. Za
nami było to pęknięcie, które po chwili zniknęło. Spojrzałam na blondyna, jego
rany zniknęły. Ja sama również powróciłam do pierwotnego stanu. Byliśmy w innym
świecie, wraz ze śmiercią Calii tamten świat zniknął i tym samym my wróciliśmy
do siebie. To już koniec… Udało mi się! Ed żyje, wróciliśmy do siebie! Lepiej
być nie może! Nagle w mojej głowie usłyszałam cichy szept.
-Dziękuję za tą krótką
chwilę siostro. Kocham cię. Żegnaj.
Tak zakończyło się moje
spotkanie z młodszą siostrą. Czekałam, aż Edward odzyska przytomność. Gdy tylko
tak się stało pocałowałam go czule i wróciliśmy do domu.
KONIEC.
Calia:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz