wtorek, 23 lipca 2013

Siostra

Siostra



Ręce, ręce jakiejś lalki mocno oplatające moje ciało, właśnie to widzę w tym momencie. Rozglądam się, nie widzę nic oprócz nieprzeniknionego mroku, spoglądam w górę i widzę spadające kartki? Zdjęcia? Nie, to są rysunki. Wiele rysunków przedstawiających dwie kobiety i mężczyznę, one są radosne, a on cały we krwi. W jednej z kobiet rozpoznałam siebie, tej drugiej nie znałam, a mężczyzny nie mogłam rozpoznać, gdyż jego ciało było zmasakrowane. Dziwne i straszne to były sceny, aż nie mogę na nie patrzeć. Poczułam jeszcze mocniejszy uścisk, z mojego gardła wydobył się cichy jęk bólu, zaczęłam się szarpać, ale to nie przynosi żadnych efektów. Spoglądam do tyłu i widzę kawał drewna wyrzeźbiony na kształt ludzkiej głowy, bez twarzy, bez niczego. Do jego głowy, rąk i nóg przyczepione są ledwo widoczne nitki, które błyszczą w świetle. Właśnie teraz zrozumiałam, że to nie lalka tylko marionetka, a skoro jest marionetką to ktoś musi nią sterować, ale kto? Nagle usłyszałam cichy, melodyjny śmiech kobiety. Przede mną pojawiła się młoda dziewczyna, niższa ode mnie o głowę i najwyraźniej młodsza o kilka lat. Jej twarz zakrywa cień kapelusza, który spoczywa na jej blond włosach. Nie wiem co się dzieje ani gdzie jestem, nie wiem co mam robić. Do rąk blondynki przyczepione są nitki, czyli to ona mnie więzi, ale czemu? Ona nagle poruszyła się i wyciągnęła rękę w moją stronę cały czas śmiejąc się. Zamknęłam oczy, to jedyne co przyszło mi w tej chwili do głowy. Nic nie poczułam, nawet nie wyczuwałam uścisku marionetki, otworzyłam oczy i ujrzałam sufit mojego pokoju. Leżałam w moim wielkim, miękkim łóżku, podniosłam się do pozycji siedzącej i poczułam jak po plecach spływa mi kropla potu. Spojrzałam na siebie, byłam cała zlana kroplami potu, rozejrzałam się po pokoju, byłam sama. Ta kobieta, ten mrok to był tylko sen. Odetchnęłam z ulgą, wstałam z łóżka i podeszłam do lustra. Wyglądam strasznie, jestem cała mokra od potu, ubrania lepią się do mnie, a włosy to istna tragedia, aż patrzeć się nie da. Weszłam do łazienki i wykonałam wszystkie poranne czynności. Ubrałam się w krótkie czarne spodenki i fioletową bluzkę na ramiączka. Po wyjściu z łazienki rozejrzałam się po pokoju, czegoś mi brakowało, a mianowicie kogoś. Brakuje mi mojego chłopaka, powinien być tutaj ze mną, lecz go nie ma. Ciekawe gdzie poszedł tak z rana. Ponownie spojrzałam w lustro, tym razem ukazała mi się piękna Upadła Anielica. Tak, jestem Upadłą Anielicą. Nazywam się Louise, pewnego dnia z niewiadomych mi przyczyn zostałam Aniołem i tak jakoś pozostało. Mam długie, czerwone włosy, które zazwyczaj rozpuszczam, nieraz się zdarzy że je zwiążę. Zielone oczy, którymi zawsze lustruję nowo poznanych ludzi. Ponętna, kobieca figura, która przyciąga wzrok mężczyzn. Jestem po prostu ładniejsza niż pozostałe kobiety, w końcu jestem Aniołem. A co do mojego chłopaka to jest on niezwykle niski jak na swój wiek. Strasznie się denerwuje, gdy ktoś go nazywa niskim, ale jest wtedy taki słodki. Jest blondynem, włosy ma długie do łopatek i zawsze związuje je w warkocz, gdy je rozpuści wygląda jak dziewczyna. Jego imię to Edward, w skrócie Ed. Ma wiele wad jak i zalet, a ja za to wszystko go kocham. Stałam tak przez chwilę, gdy nagle poczułam przyjemny zapach, podążyłam za tą wonią i zaprowadziła mnie ona do kuchni. Gdy zajrzałam do środka, Ed robił śniadanie, miał na sobie fartuszek! Pasuje mu ten fartuszek, słodko w nim wygląda, zaśmiałam się wesoło i przez to mnie zauważył. Odwrócił się i spojrzał na mnie swoimi złotymi oczami w które tak bardzo lubię się wpatrywać.
-Już wstałaś? Wszystko w porządku?-zapytał nie odrywając ode mnie wzroku.
-Całkiem niedawno się obudziłam. Tak, a czemu pytasz?-wpatrywałam się w niego zaskoczona.
-Gdy spałaś, wyglądałaś jakbyś miała koszmar, a że martwię się o ciebie to zapytałem.-odpowiedział uśmiechając się do mnie. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy, nabrałam ochoty żeby go przytulić i to zrobiłam. Wtuliłam się w niego, rzewnie płakałam i opowiedziałam mu cały mój sen. On w milczeniu wysłuchał wszystkiego co mam do powiedzenia. Przez cały czas delikatnie głaszcząc mnie po głowie.
-I to już wszystko.-gdy skończyłam opowiadać spojrzałam na niego.
-Nie martw się, to był tylko sen. Jestem tu z tobą, nie masz się czego bać.-rzekł, po czym mnie pocałował, był to delikatny, a zarazem namiętny pocałunek. Gdy odsunęliśmy się od siebie zauważyliśmy, że to co miało być naszym śniadaniem całkowicie się spaliło i musieliśmy robić wszystko od nowa, ale przynajmniej było zabawnie. Poprosiłam go, abyśmy spędzili cały dzień razem poza domem, oczywiście zgodził się. Edward nigdy mi nie odmawiał. Nasza randka zaczęła się od wizyty w wesołym miasteczku. Wokół nas jest pełno różnych atrakcji i różnorodnych barw. Kolorów temu miejscu dodają ludzie, dekoracje i rozmaite świecidełka. Jako, że lubię emocje szargające nerwy i niesamowitą szybkość od razu poszliśmy na kolejkę górską, oczywiście usiedliśmy na samym początku. Przejechaliśmy się kilka razy zanim poszliśmy dalej. Następne były obrotowe filiżanki, oboje kręciliśmy najmocniej jak potrafiliśmy i dzięki temu uzyskaliśmy zadowalający nas efekt. Po tym trochę kręciło nam się w głowach, ale i tak ruszyliśmy dalej, tym razem na samochodziki. Na początku jeździliśmy jak najszybciej i uderzaliśmy w siebie nawzajem, później zrobiliśmy sobie wyścig. To ja wygrałam! Jestem wspaniałym kierowcą! O tak! Kiedyś musimy to powtórzyć. Chodziliśmy tak z miejsca na miejsce i śmialiśmy się razem wesoło. Zrobiliśmy sobie zdjęcia w budce, na kilku mieliśmy dziwne, a zarazem śmieszne miny, na innych razem się śmialiśmy, a na jeszcze innych całowaliśmy. To taka pamiątka z tej randki. Przed wyjściem poszliśmy do domu strachów. Było tam pełno duchów, potworów i sceneria wprost z nawiedzonego cmentarza. Dla innych ludzi był to istny horror, a dla nas tylko kilka zabawek, bądź przebranych ludzi. Mimo wszystko czegoś się przestraszyłam, a mianowicie pająków, jak się później okazało były one gumowe. Nienawidzę pająków! To dla mnie największe zło na świecie. Są obrzydliwe, owłosione, te ich oczy… Brr…po prostu ohyda! Nie mogę na nie patrzeć, a co dopiero dotykać! Gdy tak na mnie spadły znikąd wybiegłam na zewnątrz z krzykiem. I na tym skończyła się nasza wizyta w wesołym miasteczku. Nadeszła pora obiadu, więc poszliśmy do restauracji, w której jesteśmy stałymi klientami. Przy jedzeniu rozmawialiśmy, śmialiśmy się i piliśmy czerwone wino. To nasz ulubiony trunek, gdyż nie ma za dużo procentów i jest całkiem dobry w smaku. Po posiłku poszliśmy na karaoke. Ja lubię śpiewać, mam do tego odpowiedni głos i nie przechwalając się jestem w tym całkiem dobra. Edward zaś śpiewa jakby słoń nadepnął mu na ucho. Jego śpiew to czysty fałsz, ale przynajmniej mam z czego się pośmiać. Dużo śpiewaliśmy, robiliśmy przy tym wiele hałasu, gdy już skończyliśmy strasznie bolały nas gardła. Gdy wyszliśmy na zewnątrz już było ciemno, więc zaczęliśmy iść w stronę domu. Szliśmy, wcale się nie śpiesząc, rozmawialiśmy i patrzeliśmy na miliony gwiazd na niebie. Błyszczały one pięknym blaskiem na tle granatu nocnego nieboskłonu. Szliśmy trzymając się za ręce i nie odstępując siebie nawzajem ani na krok. Nagle przestrzeń przed nami zaczęła jakby pękać, skruszyła się jak szło, a za tym był nieprzenikniony mrok z którego wyszedł człowiek, nie to nie to, to marionetka! Jest tak łudząco podobna do człowieka, że można się pomylić zwłaszcza gdy jest tak ciemno. Wyciągnęła ona swoje ręce w naszą stronę i sypnęła nam czymś w twarze. Zaczęło mi się kręcić w głowie, oddech przyśpieszył, a obraz zaczął się zamazywać. Razem z Edwardem osunęliśmy się na ziemię, ostatni scena, którą jeszcze dane mi było zobaczyć to ręce marionetki zbliżające się w moją stronę coraz bardziej i bardziej, później widziałam tylko ciemność. Obudziłam się, gdyż poczułam nieprzenikniony ból w całym ciele. Otworzyłam oczy, nadal mam przed sobą niewyraźny obraz. Do mojego nosa dotarła delikatna woń, woń kwiatu, a mianowicie róży. Lubię ten kwiat, lecz nie jest moim ulubionym. Spróbowałam się ruszyć, ale nic to nie dało. Coś krępowało moje ruchy i coś dotkliwie mnie raniło przecinając moją skórę. Czułam jak po moich rękach i nogach spływa ciepła krew. Najbardziej lubię lilię. Mój wzrok powrócił do normalnego stanu. Rozejrzałam się, moje ciało skrępowane było ciernistymi łodygami dzikiej róży. Te kolce rozcinały me ciało i sprawiały mi tyle bólu. Jak mam się z tego wydostać? Usłyszałam melodyjny śmiech kobiety, taki sam jak w moim śnie! Przede mną pojawiła się dokładnie ta sama dziewczyna w kapeluszu. Ręką trzymała włosy Edwarda, który był zalany krwią i najwidoczniej był nieprzytomny. Już chciałam zacząć krzyczeć, wyrywać się i przeklinać tą wstrętną babę, lecz to ona pierwsza zaczęła mówić.
-Witaj, kochana. Zajęłam się twoim Edwardem, tylko by nam przeszkadzał.-spod kapelusza wydobył się złowieszczy śmiech dziewczyny.
-Kim jesteś do cholery?! Czemu zrobiłaś to wszystko?-krzyknęłam przepełniona złością.
-Jesteś taka niemiła. Ja to wszystko zrobiłam dla ciebie.-powiedziała ponownie śmiejąc się. Ściągnęła kapelusz i ukazała mi się niezwykła piękność. Była to długowłosa blondynka o ciemnoniebieskich oczach. Uśmiechała się, lecz jej oczy były pełne smutku. Spojrzała na mnie, ja patrzałam na nią wrząc z wściekłości. Chciałam jak najszybciej ją zabić, zatopić w niej jakieś ostrze, zobaczyć jej krew i twarz pełną agonii.
-Dla mnie? Dlaczego? On żyje, prawda? Nie zabiłaś go?-zapytałam, a mój głos drżał.
-Nie, chcę go zabić na twoich oczach. Chcę, abyś przestała go kochać. Chcę, żebyś widziała tylko mnie, żebym była całym twoim światem. Siostrzyczko~!-powiedziała iście jadowitym głosem.
-O czym ty mówisz?-zapytałam, a moje oczy poszerzyły się ze zdziwienia.
-Jestem Calia, a ty jesteś moją starszą siostrą Louise! Kocham cię! Dlatego chcę, żebyś cierpiała, a na końcu pokochała mnie!-odpowiedziała mi śmiejąc się.
-Ty jesteś szalona!-krzyknęłam odczuwając wzrastającą niechęć do niej.
W tym czasie ona rzuciła Edwarda tuż pod moje nogi, wyciągnęła sztylet i stanęła nad nim.
-Powiedz mu „Żegnaj”, siostrzyczko!-syknęła uśmiechając się diabelnie.
-NIE! PRZESTAŃ!-krzyknęłam zrozpaczona.
Nie posłuchała mnie, chwyciła sztylet oburącz, ostrzem do dołu, całym ciałem z całą siłą wbiła go w brzuch chłopaka, dźgała go kilkakrotnie. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy i mieszały się z moją krwią na ciele. Moje uczucia eksplodowały. Odczuwałam strach, smutek, bezsilność, a zarazem złość i nienawiść. Teraz chęć mordu opanowała mnie całkowicie, teraz przed oczami miałam tylko różnorodne sposoby na to aby zabić tą kobietę. To uczucie nienawiści które miałam w sobie zaczęło mnie zżerać od środka, moje ciało zaczęło lśnić. Pojawiły się moje anielskie skrzydła, oczy przybrały barwę intensywnej zieleni i zaczęły iskrzyć się szmaragdowym blaskiem. Zaczęłam rozrywać te pnącza dzikiej róży, a Calia wpatrywała się we mnie zaskoczona. Poczułam gorąco w środku mojego ciała, a po chwili zaczął wydobywać się ze mnie niebieski płomień. Wszystko naokoło mnie zaczęło płonąć. Uwolniłam się i teraz mogłam już ją zabić. Uniosłam rękę, skierowałam ją w jej stronę i płomień strzelił w jej stronę. Dziewczyna machnęła rękami, przed nią pojawiła się kukła, najwyraźniej była odporna na ogień, gdyż posłużyła jako tarcza a i tak pozostała nienaruszona. W tym czasie Calia wybiegła z sali. Spojrzałam na mojego ukochanego, leżał w kałuży krwi, rozdarłam moją koszulkę i zabandażowałam go, lecz wiedziałam że to nie wystarczy na długo, muszę zabrać go do szpitala. Muszę szybko zakończyć tą piekielną walkę. Szybko ruszyłam za tą szaloną dziewuszką. Biegłam korytarzami pełnymi jakichś obrazów, natrafiłam na jedno okno. Wyjrzałam na zewnątrz, krajobraz rozciągający się przed moimi oczami był jak z horroru. Wielkie wzgórze, straszny dwór w którym aktualnie się znajduję i w dole cmentarz pełen duchów. Przeszły mnie dreszcz, nie chcąc widzieć tego krajobrazu pobiegłam dalej. Ona czekała na mnie w kolejnej sali, ta była większa i bardziej oświetlona od poprzedniej. Stała na środku i była gotowa do walki. Byłam odziana w niebieskie płomienie, a na plecach miałam skrzydła i moje oczy lśniły, teraz to już na pewno wyglądam na Upadłą Anielicę. Calia zaczęła walkę. Miotała we mnie zatrutymi ostrzami, igłami i drewnianymi kołkami. Jej marionetka zastała przy niej, aby ją chronić. Stworzyłam ścianę ognia, która stopiła wszystkie bronie. Jako kontratak użyłam kul ognia. Dziewczyna zasłoniła się lalką, a ta znowu nie odniosła obrażeń od ognia. Musi być wzmocniona jakimś materiałem. Gdy bliżej przyjrzałam się tej marionetce zauważyłam, że ma kobiece kształty i wymiary podobne do moich. Podobne? Nie, zaraz… One są takie same! Ta marionetka to ja?
-Widzę że zauważyłaś.-zaśmiała się.
-Po co stworzyłaś taką kukłę?-zapytałam.
-Chciałam być bliżej ciebie, ale gdy poszłam cię zobaczyć, zauważyłam że mnie nie pamiętasz, na ulicy minęłaś mnie jak obcego człowieka. Byłaś szczęśliwa z tym wstrętnym chłopcem! Lecz ten kawałek drewna mi nie wystarczyła, zachciałam dotykać ciepłej, miękkiej skóry i stwierdziłam, że najpierw muszę wyeliminować tego chłoptasia!-krzyknęła, a jej twarz wykrzywił grymas niezadowolenia.
-To ty jesteś wstrętna! Nienawidzę cię! Jesteś szaloną dziwaczką!-rzekłam głosem pełnym nienawiści i niechęci, a także obrzydzenia.
Jej twarz spochmurniała, a oczy zaszkliły się, usta zaczęły drgać.
-Muszę cię tu zatrzymać siłą, siostro.-powiedziała smutnym głosem.
-Spróbuj!-krzyknęłam.
Użyłam moich mocy, aby stworzyć miecz ognia. Ona dalej posługiwała się marionetką. Ta imitacja mnie samej ruszyła na mnie, zablokowałam ją ostrzem, zaczęłam atakować, przecinałam najsłabsze punkty lalki, a mianowicie połączenia tak zwane stawy. Po wielu cięciach odskoczyłam, oddychałam szybko, a mój atak okazał się kompletnie bezużyteczny. To jest dziwne! To drewno, powinno spłonąć! Powoli zaczęłam analizować sytuację odpierając ataki kukły. Myśl, no myśl! To coś tak zwinnie się rusza! Rusza? No właśnie! Te nitki nie są tak odporne. Odbiłam się od posadzki, w powietrzu wyszukałam wzrokiem nikłego blasku nici i przecięłam je, marionetka bezwładnie opadła na podłogę. Ona pozostała bezbronna. Podeszłam do niej i spojrzałam w jej oczy.
-Żegnaj ty niepoprawna dziwaczko.-powiedziałam uśmiechając się i moim mieczem z płomieni przebiłam jej serce. Jej twarz wykrzywił grymas bólu. Po chwili zaczęła płonąć, krzyczała przeraźliwie w agonii. Biegała na około i jej przeraźliwy krzyk mógł rozerwać czyjeś serce na strzępy, ale na pewno nie moje. Zabiłam ją z zimną krwią, z uśmiechem na twarzy, gdyż całą sobą jej nienawidziłam. Po dłuższej chwili krzyk ucichł, a ona wyskoczyła przez jedyne okno w tej sali. Posadzka zaczęła pękać, rozpadła się, a ja zaczęłam spadać w nieprzeniknioną ciemność. Obok mnie spadał Edward, złapałam jego rękę przyciągnęłam do siebie, próbowałam wzlecieć, ale nic to nie dało, dalej spadaliśmy. Nagle zwolniliśmy i lekko opadliśmy na ziemię. Rozejrzałam się, byliśmy w tym samym miejscu w którym zniknęliśmy. Za nami było to pęknięcie, które po chwili zniknęło. Spojrzałam na blondyna, jego rany zniknęły. Ja sama również powróciłam do pierwotnego stanu. Byliśmy w innym świecie, wraz ze śmiercią Calii tamten świat zniknął i tym samym my wróciliśmy do siebie. To już koniec… Udało mi się! Ed żyje, wróciliśmy do siebie! Lepiej być nie może! Nagle w mojej głowie usłyszałam cichy szept.
-Dziękuję za tą krótką chwilę siostro. Kocham cię. Żegnaj.
Tak zakończyło się moje spotkanie z młodszą siostrą. Czekałam, aż Edward odzyska przytomność. Gdy tylko tak się stało pocałowałam go czule i wróciliśmy do domu.
KONIEC. 
Calia:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz