Nasza Historia
Witam. No chyba wypadałoby się przedstawić, przed
rozpoczęciem historii, czyż nie? Jestem Jhon, zupełnie zwyczajny student ze
zwyczajnej rodziny. Jedyne co jest we mnie odmienne to, to że mam naprawdę
szalonych przyjaciół, więc ja sam w połączeniu z nimi staję się strasznie
dziwny i szalony. Dzięki nim nie mam żadnych zahamowań i robię wiele rzeczy,
których bym nie zrobił, gdybym był sam. Jestem im naprawdę wdzięczny, że
odnaleźli mnie w tej jakże zagmatwanej rzeczywistości. Dzięki nim wiem, że żyję
i unikam standardowej rutyny współczesnego człowieka. Przyjaciele to naprawdę
najdroższy skarb, który jest najcenniejszy, najważniejszy i najprzyjemniejszy
na świecie. Bez nich nie byłoby tak wielu wspaniałych wspomnień. Są po prostu
niesamowici. Jeśli ktokolwiek to czyta, to niech wie, że ja kochałem i ceniłem
moich przyjaciół najbardziej na świecie, bez względu na okoliczności czy wydarzenia,
w których się znajdowaliśmy. A to jest początek tej niesamowitej przygody,
która zarazem była jedną z naszych większych tragedii. Pewnego dnia wraz z
moimi przyjaciółmi postanowiliśmy, przepłynąć wszystkie oceany naszej planety.
Nie mieliśmy żadnego, konkretnego planu, po prostu zebraliśmy odpowiednią załogę
i wsiedliśmy na statek, który miał nas zabrać do celu naszej podróży. Nasz
statek nosił imię Luiza od wielu lat, a nazwał go tak Kapitan, który kochał go
bardzo mocno, po tym jak przeszli razem tak wiele przygód, zarówno tych dobrych
jak i złych.
Wypłynęliśmy z miasta portowego Aveiro w Portugalii, to był nasz start. To naprawdę piękne miasto, aż żal je opuszczać, ale cóż na to poradzimy skoro jesteśmy tak żądni przygody? Początek wyprawy był nieco nudny, nie działo się nic konkretnego, tylko część załogi przeżywała chorobę morską. Któregoś dnia żeglugi zerwał się straszny wiatr, a po chwili rozpoczął się mocny sztorm, walczyliśmy z nim całe 2 dni, byliśmy wycieńczeni, a gdy myśleliśmy, że to już koniec naszych kłopotów, niespodziewanie nadeszły kolejne, jeszcze gorsze od poprzednich. Nagle statek uniósł się wysoko ponad wodę, a na pokład wdarły się ohydne, ogromne macki ośmiornicy. Gdy statek z wielkim hukiem ponownie opadł na wodę, dostrzegliśmy przerażającego potwora, był to Kraken znany nam z legend i obrazów, w którego istnienie nigdy nie wierzyliśmy.
Był naprawdę ogromny, ohydni i oślizgły. Wyglądał jak ośmiornica, tylko taka bardzo mocno powiększona. Zaczęła się zacięta walka, walczyliśmy wszystkim czym się dało, nie chcieliśmy się poddać, nie mogliśmy, gdy potwór odpuścił, oceniliśmy szkody. Statek był dosyć mocno uszkodzony, część załogi została ranna, a część zginęła. To tego dnia straciłem dwoje przyjaciół, a byli to Scott i Eva. Mimo tak wielkich strat dało się płynąć dalej, udało się nam dopłynąć do pewnej wyspy. Uważaliśmy to za cud, mimo wszystko nie lada sztuką jest płynąć całkiem mocno podniszczonym statkiem. Myśleliśmy, że jest to bezludna wyspa, ale wkrótce mieliśmy poznać jej mieszkańców. Szukając rzeczy do naprawy statku, natknęliśmy się na nich, a były to dinozaury. Stworzenia, które wymarły dawno temu, a chodziły tuż obok nas. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy uciekać.
Nie wiedząc co mamy robić pobiegliśmy na przeciwległe wybrzeże, a tam znaleźliśmy łódź podwodną. Była bardzo stara, ale mieliśmy wśród nas profesjonalistów, którzy wiedzieli co mają robić i już niedługo później płynęliśmy w morskiej toni. Przed wypłynięciem odszedł od nas Kapitan, rzekł on do nas, że kapitan nigdy nie opuszcza swojego statku, więc powrócił do niego samotnie, gdyż nie mógł się z nim rozstać, nie chcąc nas narażać na niebezpieczeństwo, kazał nam płynąć dalej. Nie wiemy co się z nim później stało, już nigdy więcej go nie ujrzeliśmy. Możemy się tylko domyślać jego dalszego losu. Mimo tych przeciwności losu, ruszyliśmy dalej w naszą podróż, która stawała się coraz dłuższa i coraz bardziej niebezpieczna. Jak również nie wiedzieliśmy już w co mamy wierzyć, a w co nie. Wszystko co do tej pory uznawaliśmy za wymarłe, niemożliwe czy legendarne, pojawiało się tuż przed nami. Nie wiedzieliśmy co jeszcze ujrzymy podczas tej podróży, lecz byliśmy pewni tego, że już nic nas nie może zaskoczyć. Wiedzieliśmy na co musimy się przygotować, aby uniknąć większych strat. Płynąc podziwialiśmy piękno przyrody dna oceanu. Było to niesamowite doświadczenie. Jedno z niewielu przyjemnych wspomnień z tej podróży. Którejś nocy płynąc w ciemnościach nie widzieliśmy praktycznie nic, rozglądając się naokoło, nagle dostrzegliśmy dwa duże czerwone punkty w morskiej toni, nie wiedzieliśmy co to jest, lecz po chwili zrozumieliśmy, że jesteśmy obserwowani. Były to oczy bestii, ogromnej, mitycznej bestii. Łódź podwodna w kilka sekund znalazła się na powierzchni, księżyc oświetlił naszego kolejnego przeciwnika. Tym razem był to Lewiatan, potwór także znany nam z mitów i legend, w niego również nie wierzyliśmy, to się zmieniło, ale jak nie wierzyć w coś co ma się przed oczami? Czy można zamykać oczy w obliczu prawdy? Był to wąż morski, koloru krwistoczerwonego, z paszczą pełną długich na kilka metrów kłów, o ciele tak długim, że nie było widać jego końca i śmiało można było powiedzieć, że jest długie na kilkaset metrów.
Zaczęliśmy desperacko uciekać, drogę oświetlał nam tylko księżyc w pełni, który wisiał nad naszymi głowami jak wyrocznia. Gdy zaczęło świtać, zauważyliśmy niewielką jaskinię, w której my mogliśmy się zmieścić, a potwór już nie, więc wpłynęliśmy do niej bez zastanowienia, aby się schować, ale jak się okazało ona nie miała końca. W prawdzie był to tunel prowadzący do tajemniczej krainy, jak się później dowiedzieliśmy była to Atlantyda. Kraj, który zatonął wraz z całą wyspą całe wieki temu. Jego istnienia ludzie też nie byli pewni, a teraz my staliśmy niemalże u jego bram. Tam przed wejściem czekały na nas harpie. Potwory z mitologii, o postaci pół-ptaka, pół-kobiety. Bez żadnego zawahania zaatakowały nas.
Odpieraliśmy ich ataki, ale na dużo nam się to nie zdało. Straciliśmy część ludzi, wtedy bramy otworzyły się i wojownicy Atlantydy wspierając nas, pomogli nam dostać się do środka miasta. Wtedy też zginął mój najbliższy przyjaciel, Matt, był dla mnie niczym rodzony brat. Był najodważniejszy z nas, przypłacił to życiem, bo chcąc chronić tych słabszych, mniej odważnych został rozerwany przez te przeklęte latające stworzenia. Musiałem się pogodzić z jego śmiercią i żyć dalej pełnią życia, musiałem zachować swój stały spokój, bo wiedziałem, że on by tego chciał, nie mógłby znieść widoku mojej rozpaczy. Dlatego szybko wypłakałem te łzy, które we mnie wezbrały i powróciłem do bycia dawnym sobą, takim sobą jakim on lubił mnie najbardziej. Król Atlantydy przyjął nas wyjątkowo ciepło, wyjaśnił nam, że od dawna nie mieli gości, przez te wszystkie mityczne stwory, które zgromadziły się na drodze do jego kraju, a było to spowodowane tym, że jego współplemieńcy zgrzeszyli przeciw bogom straszliwie, za co kara została zesłana na cały ich lud. Jak to mówią jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Na Atlantydzie zostaliśmy przez jakiś czas. Poznaliśmy dobrze jej mieszkańców. Byli mili, gościnni i zajęli się nami, tak jak tego potrzebowaliśmy. Uleczyli nasze rany, nauczyli swojego języka i kultury. Spędzaliśmy z nimi wiele czasu, będąc z nimi posługiwaliśmy się tylko ich językiem. Nauczyliśmy się również latać machinami latającymi zupełnie innymi od samolotów, były niesamowite. Na początku ciężko się je obsługiwało, ale gdy już się przyzwyczailiśmy, to szło nam to bardzo dobrze. Były to iście magiczne chwile. Po dłuższym czasie spędzonym w tej fantastycznej krainie, postanowiliśmy w końcu wrócić do domu. Chcieliśmy zobaczyć dom, nasze rodziny i nie mogliśmy wiecznie zostać na tej wyspie. Droga powrotna była bardzo spokojna, ponieważ pomogli nam mieszkańcy Atlantydy. Po powrocie opowiedzieliśmy wszystkim jakie mieliśmy przygody, ale nikt nam nie uwierzył. Książkę, którą wspólnie napisaliśmy, ludzie potraktowali jak bajkę, została ona potraktowana jak dobra baśń dla dzieci na dobranoc i szybko wszyscy zapomnieli o tej wspaniałej podróży. Tylko my o tym pamiętamy i zawsze będziemy pamiętać, ja i moi przyjaciele, którzy przeżyli i którzy nie przeżyli. Razem spędziliśmy wiele wspaniałych chwil, przeżyliśmy wspólnie wiele przygód, przedstawiłem tylko jedną z nich. Te wspomnienia, to wszystko, to się nigdy nie zmieni, nie zniknie i pozostanie na zawsze z nami. Ja nigdy tego nie zapomnę, dlatego teraz jako starzec będący na łożu śmierci, gdy wszyscy moi przyjaciele odeszli, postanowiłem jeszcze raz spisać naszą historię. Zrobiłem to marząc o tym, że ktoś kiedykolwiek czytając ją, uwierzy w nią, uwierzy we mnie i moich przyjaciół, spróbuje nas odnaleźć. Postanowiłem uwiecznić te chwile, uczucia i wspomnienia. Jedyne co pozostało mi na koniec tej przygody, to zamknąć oczy i udać się do moich przyjaciół. Po tym pozostaje wieczność. Dobranoc...
Wypłynęliśmy z miasta portowego Aveiro w Portugalii, to był nasz start. To naprawdę piękne miasto, aż żal je opuszczać, ale cóż na to poradzimy skoro jesteśmy tak żądni przygody? Początek wyprawy był nieco nudny, nie działo się nic konkretnego, tylko część załogi przeżywała chorobę morską. Któregoś dnia żeglugi zerwał się straszny wiatr, a po chwili rozpoczął się mocny sztorm, walczyliśmy z nim całe 2 dni, byliśmy wycieńczeni, a gdy myśleliśmy, że to już koniec naszych kłopotów, niespodziewanie nadeszły kolejne, jeszcze gorsze od poprzednich. Nagle statek uniósł się wysoko ponad wodę, a na pokład wdarły się ohydne, ogromne macki ośmiornicy. Gdy statek z wielkim hukiem ponownie opadł na wodę, dostrzegliśmy przerażającego potwora, był to Kraken znany nam z legend i obrazów, w którego istnienie nigdy nie wierzyliśmy.
Był naprawdę ogromny, ohydni i oślizgły. Wyglądał jak ośmiornica, tylko taka bardzo mocno powiększona. Zaczęła się zacięta walka, walczyliśmy wszystkim czym się dało, nie chcieliśmy się poddać, nie mogliśmy, gdy potwór odpuścił, oceniliśmy szkody. Statek był dosyć mocno uszkodzony, część załogi została ranna, a część zginęła. To tego dnia straciłem dwoje przyjaciół, a byli to Scott i Eva. Mimo tak wielkich strat dało się płynąć dalej, udało się nam dopłynąć do pewnej wyspy. Uważaliśmy to za cud, mimo wszystko nie lada sztuką jest płynąć całkiem mocno podniszczonym statkiem. Myśleliśmy, że jest to bezludna wyspa, ale wkrótce mieliśmy poznać jej mieszkańców. Szukając rzeczy do naprawy statku, natknęliśmy się na nich, a były to dinozaury. Stworzenia, które wymarły dawno temu, a chodziły tuż obok nas. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy uciekać.
Nie wiedząc co mamy robić pobiegliśmy na przeciwległe wybrzeże, a tam znaleźliśmy łódź podwodną. Była bardzo stara, ale mieliśmy wśród nas profesjonalistów, którzy wiedzieli co mają robić i już niedługo później płynęliśmy w morskiej toni. Przed wypłynięciem odszedł od nas Kapitan, rzekł on do nas, że kapitan nigdy nie opuszcza swojego statku, więc powrócił do niego samotnie, gdyż nie mógł się z nim rozstać, nie chcąc nas narażać na niebezpieczeństwo, kazał nam płynąć dalej. Nie wiemy co się z nim później stało, już nigdy więcej go nie ujrzeliśmy. Możemy się tylko domyślać jego dalszego losu. Mimo tych przeciwności losu, ruszyliśmy dalej w naszą podróż, która stawała się coraz dłuższa i coraz bardziej niebezpieczna. Jak również nie wiedzieliśmy już w co mamy wierzyć, a w co nie. Wszystko co do tej pory uznawaliśmy za wymarłe, niemożliwe czy legendarne, pojawiało się tuż przed nami. Nie wiedzieliśmy co jeszcze ujrzymy podczas tej podróży, lecz byliśmy pewni tego, że już nic nas nie może zaskoczyć. Wiedzieliśmy na co musimy się przygotować, aby uniknąć większych strat. Płynąc podziwialiśmy piękno przyrody dna oceanu. Było to niesamowite doświadczenie. Jedno z niewielu przyjemnych wspomnień z tej podróży. Którejś nocy płynąc w ciemnościach nie widzieliśmy praktycznie nic, rozglądając się naokoło, nagle dostrzegliśmy dwa duże czerwone punkty w morskiej toni, nie wiedzieliśmy co to jest, lecz po chwili zrozumieliśmy, że jesteśmy obserwowani. Były to oczy bestii, ogromnej, mitycznej bestii. Łódź podwodna w kilka sekund znalazła się na powierzchni, księżyc oświetlił naszego kolejnego przeciwnika. Tym razem był to Lewiatan, potwór także znany nam z mitów i legend, w niego również nie wierzyliśmy, to się zmieniło, ale jak nie wierzyć w coś co ma się przed oczami? Czy można zamykać oczy w obliczu prawdy? Był to wąż morski, koloru krwistoczerwonego, z paszczą pełną długich na kilka metrów kłów, o ciele tak długim, że nie było widać jego końca i śmiało można było powiedzieć, że jest długie na kilkaset metrów.
Zaczęliśmy desperacko uciekać, drogę oświetlał nam tylko księżyc w pełni, który wisiał nad naszymi głowami jak wyrocznia. Gdy zaczęło świtać, zauważyliśmy niewielką jaskinię, w której my mogliśmy się zmieścić, a potwór już nie, więc wpłynęliśmy do niej bez zastanowienia, aby się schować, ale jak się okazało ona nie miała końca. W prawdzie był to tunel prowadzący do tajemniczej krainy, jak się później dowiedzieliśmy była to Atlantyda. Kraj, który zatonął wraz z całą wyspą całe wieki temu. Jego istnienia ludzie też nie byli pewni, a teraz my staliśmy niemalże u jego bram. Tam przed wejściem czekały na nas harpie. Potwory z mitologii, o postaci pół-ptaka, pół-kobiety. Bez żadnego zawahania zaatakowały nas.
Odpieraliśmy ich ataki, ale na dużo nam się to nie zdało. Straciliśmy część ludzi, wtedy bramy otworzyły się i wojownicy Atlantydy wspierając nas, pomogli nam dostać się do środka miasta. Wtedy też zginął mój najbliższy przyjaciel, Matt, był dla mnie niczym rodzony brat. Był najodważniejszy z nas, przypłacił to życiem, bo chcąc chronić tych słabszych, mniej odważnych został rozerwany przez te przeklęte latające stworzenia. Musiałem się pogodzić z jego śmiercią i żyć dalej pełnią życia, musiałem zachować swój stały spokój, bo wiedziałem, że on by tego chciał, nie mógłby znieść widoku mojej rozpaczy. Dlatego szybko wypłakałem te łzy, które we mnie wezbrały i powróciłem do bycia dawnym sobą, takim sobą jakim on lubił mnie najbardziej. Król Atlantydy przyjął nas wyjątkowo ciepło, wyjaśnił nam, że od dawna nie mieli gości, przez te wszystkie mityczne stwory, które zgromadziły się na drodze do jego kraju, a było to spowodowane tym, że jego współplemieńcy zgrzeszyli przeciw bogom straszliwie, za co kara została zesłana na cały ich lud. Jak to mówią jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Na Atlantydzie zostaliśmy przez jakiś czas. Poznaliśmy dobrze jej mieszkańców. Byli mili, gościnni i zajęli się nami, tak jak tego potrzebowaliśmy. Uleczyli nasze rany, nauczyli swojego języka i kultury. Spędzaliśmy z nimi wiele czasu, będąc z nimi posługiwaliśmy się tylko ich językiem. Nauczyliśmy się również latać machinami latającymi zupełnie innymi od samolotów, były niesamowite. Na początku ciężko się je obsługiwało, ale gdy już się przyzwyczailiśmy, to szło nam to bardzo dobrze. Były to iście magiczne chwile. Po dłuższym czasie spędzonym w tej fantastycznej krainie, postanowiliśmy w końcu wrócić do domu. Chcieliśmy zobaczyć dom, nasze rodziny i nie mogliśmy wiecznie zostać na tej wyspie. Droga powrotna była bardzo spokojna, ponieważ pomogli nam mieszkańcy Atlantydy. Po powrocie opowiedzieliśmy wszystkim jakie mieliśmy przygody, ale nikt nam nie uwierzył. Książkę, którą wspólnie napisaliśmy, ludzie potraktowali jak bajkę, została ona potraktowana jak dobra baśń dla dzieci na dobranoc i szybko wszyscy zapomnieli o tej wspaniałej podróży. Tylko my o tym pamiętamy i zawsze będziemy pamiętać, ja i moi przyjaciele, którzy przeżyli i którzy nie przeżyli. Razem spędziliśmy wiele wspaniałych chwil, przeżyliśmy wspólnie wiele przygód, przedstawiłem tylko jedną z nich. Te wspomnienia, to wszystko, to się nigdy nie zmieni, nie zniknie i pozostanie na zawsze z nami. Ja nigdy tego nie zapomnę, dlatego teraz jako starzec będący na łożu śmierci, gdy wszyscy moi przyjaciele odeszli, postanowiłem jeszcze raz spisać naszą historię. Zrobiłem to marząc o tym, że ktoś kiedykolwiek czytając ją, uwierzy w nią, uwierzy we mnie i moich przyjaciół, spróbuje nas odnaleźć. Postanowiłem uwiecznić te chwile, uczucia i wspomnienia. Jedyne co pozostało mi na koniec tej przygody, to zamknąć oczy i udać się do moich przyjaciół. Po tym pozostaje wieczność. Dobranoc...





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz