środa, 25 września 2013
wtorek, 23 lipca 2013
Siostra
Siostra
Ręce, ręce jakiejś lalki mocno
oplatające moje ciało, właśnie to widzę w tym momencie. Rozglądam się, nie
widzę nic oprócz nieprzeniknionego mroku, spoglądam w górę i widzę spadające
kartki? Zdjęcia? Nie, to są rysunki. Wiele rysunków przedstawiających dwie
kobiety i mężczyznę, one są radosne, a on cały we krwi. W jednej z kobiet
rozpoznałam siebie, tej drugiej nie znałam, a mężczyzny nie mogłam rozpoznać,
gdyż jego ciało było zmasakrowane. Dziwne i straszne to były sceny, aż nie mogę
na nie patrzeć. Poczułam jeszcze mocniejszy uścisk, z mojego gardła wydobył się
cichy jęk bólu, zaczęłam się szarpać, ale to nie przynosi żadnych efektów. Spoglądam
do tyłu i widzę kawał drewna wyrzeźbiony na kształt ludzkiej głowy, bez twarzy,
bez niczego. Do jego głowy, rąk i nóg przyczepione są ledwo widoczne nitki,
które błyszczą w świetle. Właśnie teraz zrozumiałam, że to nie lalka tylko
marionetka, a skoro jest marionetką to ktoś musi nią sterować, ale kto? Nagle usłyszałam
cichy, melodyjny śmiech kobiety. Przede mną pojawiła się młoda dziewczyna,
niższa ode mnie o głowę i najwyraźniej młodsza o kilka lat. Jej twarz zakrywa
cień kapelusza, który spoczywa na jej blond włosach. Nie wiem co się dzieje ani
gdzie jestem, nie wiem co mam robić. Do rąk blondynki przyczepione są nitki,
czyli to ona mnie więzi, ale czemu? Ona nagle poruszyła się i wyciągnęła rękę w
moją stronę cały czas śmiejąc się. Zamknęłam oczy, to jedyne co przyszło mi w
tej chwili do głowy. Nic nie poczułam, nawet nie wyczuwałam uścisku marionetki,
otworzyłam oczy i ujrzałam sufit mojego pokoju. Leżałam w moim wielkim, miękkim
łóżku, podniosłam się do pozycji siedzącej i poczułam jak po plecach spływa mi
kropla potu. Spojrzałam na siebie, byłam cała zlana kroplami potu, rozejrzałam
się po pokoju, byłam sama. Ta kobieta, ten mrok to był tylko sen. Odetchnęłam z
ulgą, wstałam z łóżka i podeszłam do lustra. Wyglądam strasznie, jestem cała
mokra od potu, ubrania lepią się do mnie, a włosy to istna tragedia, aż patrzeć
się nie da. Weszłam do łazienki i wykonałam wszystkie poranne czynności.
Ubrałam się w krótkie czarne spodenki i fioletową bluzkę na ramiączka. Po
wyjściu z łazienki rozejrzałam się po pokoju, czegoś mi brakowało, a mianowicie
kogoś. Brakuje mi mojego chłopaka, powinien być tutaj ze mną, lecz go nie ma. Ciekawe
gdzie poszedł tak z rana. Ponownie spojrzałam w lustro, tym razem ukazała mi
się piękna Upadła Anielica. Tak, jestem Upadłą Anielicą. Nazywam się Louise,
pewnego dnia z niewiadomych mi przyczyn zostałam Aniołem i tak jakoś pozostało.
Mam długie, czerwone włosy, które zazwyczaj rozpuszczam, nieraz się zdarzy że
je zwiążę. Zielone oczy, którymi zawsze lustruję nowo poznanych ludzi. Ponętna,
kobieca figura, która przyciąga wzrok mężczyzn. Jestem po prostu ładniejsza niż
pozostałe kobiety, w końcu jestem Aniołem. A co do mojego chłopaka to jest on
niezwykle niski jak na swój wiek. Strasznie się denerwuje, gdy ktoś go nazywa
niskim, ale jest wtedy taki słodki. Jest blondynem, włosy ma długie do łopatek
i zawsze związuje je w warkocz, gdy je rozpuści wygląda jak dziewczyna. Jego
imię to Edward, w skrócie Ed. Ma wiele wad jak i zalet, a ja za to wszystko go
kocham. Stałam tak przez chwilę, gdy nagle poczułam przyjemny zapach, podążyłam
za tą wonią i zaprowadziła mnie ona do kuchni. Gdy zajrzałam do środka, Ed
robił śniadanie, miał na sobie fartuszek! Pasuje mu ten fartuszek, słodko w nim
wygląda, zaśmiałam się wesoło i przez to mnie zauważył. Odwrócił się i spojrzał
na mnie swoimi złotymi oczami w które tak bardzo lubię się wpatrywać.
-Już wstałaś? Wszystko w
porządku?-zapytał nie odrywając ode mnie wzroku.
-Całkiem niedawno się
obudziłam. Tak, a czemu pytasz?-wpatrywałam się w niego zaskoczona.
-Gdy spałaś, wyglądałaś
jakbyś miała koszmar, a że martwię się o ciebie to zapytałem.-odpowiedział
uśmiechając się do mnie. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy, nabrałam ochoty
żeby go przytulić i to zrobiłam. Wtuliłam się w niego, rzewnie płakałam i
opowiedziałam mu cały mój sen. On w milczeniu wysłuchał wszystkiego co mam do
powiedzenia. Przez cały czas delikatnie głaszcząc mnie po głowie.
-I to już wszystko.-gdy
skończyłam opowiadać spojrzałam na niego.
-Nie martw się, to był
tylko sen. Jestem tu z tobą, nie masz się czego bać.-rzekł, po czym mnie
pocałował, był to delikatny, a zarazem namiętny pocałunek. Gdy odsunęliśmy się
od siebie zauważyliśmy, że to co miało być naszym śniadaniem całkowicie się
spaliło i musieliśmy robić wszystko od nowa, ale przynajmniej było zabawnie. Poprosiłam
go, abyśmy spędzili cały dzień razem poza domem, oczywiście zgodził się. Edward
nigdy mi nie odmawiał. Nasza randka zaczęła się od wizyty w wesołym miasteczku.
Wokół nas jest pełno różnych atrakcji i różnorodnych barw. Kolorów temu miejscu
dodają ludzie, dekoracje i rozmaite świecidełka. Jako, że lubię emocje
szargające nerwy i niesamowitą szybkość od razu poszliśmy na kolejkę górską,
oczywiście usiedliśmy na samym początku. Przejechaliśmy się kilka razy zanim
poszliśmy dalej. Następne były obrotowe filiżanki, oboje kręciliśmy najmocniej
jak potrafiliśmy i dzięki temu uzyskaliśmy zadowalający nas efekt. Po tym
trochę kręciło nam się w głowach, ale i tak ruszyliśmy dalej, tym razem na
samochodziki. Na początku jeździliśmy jak najszybciej i uderzaliśmy w siebie
nawzajem, później zrobiliśmy sobie wyścig. To ja wygrałam! Jestem wspaniałym
kierowcą! O tak! Kiedyś musimy to powtórzyć. Chodziliśmy tak z miejsca na
miejsce i śmialiśmy się razem wesoło. Zrobiliśmy sobie zdjęcia w budce, na
kilku mieliśmy dziwne, a zarazem śmieszne miny, na innych razem się śmialiśmy,
a na jeszcze innych całowaliśmy. To taka pamiątka z tej randki. Przed wyjściem
poszliśmy do domu strachów. Było tam pełno duchów, potworów i sceneria wprost z
nawiedzonego cmentarza. Dla innych ludzi był to istny horror, a dla nas tylko
kilka zabawek, bądź przebranych ludzi. Mimo wszystko czegoś się przestraszyłam,
a mianowicie pająków, jak się później okazało były one gumowe. Nienawidzę
pająków! To dla mnie największe zło na świecie. Są obrzydliwe, owłosione, te
ich oczy… Brr…po prostu ohyda! Nie mogę na nie patrzeć, a co dopiero dotykać! Gdy
tak na mnie spadły znikąd wybiegłam na zewnątrz z krzykiem. I na tym skończyła
się nasza wizyta w wesołym miasteczku. Nadeszła pora obiadu, więc poszliśmy do
restauracji, w której jesteśmy stałymi klientami. Przy jedzeniu rozmawialiśmy,
śmialiśmy się i piliśmy czerwone wino. To nasz ulubiony trunek, gdyż nie ma za
dużo procentów i jest całkiem dobry w smaku. Po posiłku poszliśmy na karaoke.
Ja lubię śpiewać, mam do tego odpowiedni głos i nie przechwalając się jestem w
tym całkiem dobra. Edward zaś śpiewa jakby słoń nadepnął mu na ucho. Jego śpiew
to czysty fałsz, ale przynajmniej mam z czego się pośmiać. Dużo śpiewaliśmy,
robiliśmy przy tym wiele hałasu, gdy już skończyliśmy strasznie bolały nas
gardła. Gdy wyszliśmy na zewnątrz już było ciemno, więc zaczęliśmy iść w stronę
domu. Szliśmy, wcale się nie śpiesząc, rozmawialiśmy i patrzeliśmy na miliony
gwiazd na niebie. Błyszczały one pięknym blaskiem na tle granatu nocnego
nieboskłonu. Szliśmy trzymając się za ręce i nie odstępując siebie nawzajem ani
na krok. Nagle przestrzeń przed nami zaczęła jakby pękać, skruszyła się jak
szło, a za tym był nieprzenikniony mrok z którego wyszedł człowiek, nie to nie
to, to marionetka! Jest tak łudząco podobna do człowieka, że można się pomylić
zwłaszcza gdy jest tak ciemno. Wyciągnęła ona swoje ręce w naszą stronę i
sypnęła nam czymś w twarze. Zaczęło mi się kręcić w głowie, oddech
przyśpieszył, a obraz zaczął się zamazywać. Razem z Edwardem osunęliśmy się na
ziemię, ostatni scena, którą jeszcze dane mi było zobaczyć to ręce marionetki
zbliżające się w moją stronę coraz bardziej i bardziej, później widziałam tylko
ciemność. Obudziłam się, gdyż poczułam nieprzenikniony ból w całym ciele.
Otworzyłam oczy, nadal mam przed sobą niewyraźny obraz. Do mojego nosa dotarła
delikatna woń, woń kwiatu, a mianowicie róży. Lubię ten kwiat, lecz nie jest
moim ulubionym. Spróbowałam się ruszyć, ale nic to nie dało. Coś krępowało moje
ruchy i coś dotkliwie mnie raniło przecinając moją skórę. Czułam jak po moich
rękach i nogach spływa ciepła krew. Najbardziej lubię lilię. Mój wzrok powrócił
do normalnego stanu. Rozejrzałam się, moje ciało skrępowane było ciernistymi
łodygami dzikiej róży. Te kolce rozcinały me ciało i sprawiały mi tyle bólu. Jak
mam się z tego wydostać? Usłyszałam melodyjny śmiech kobiety, taki sam jak w
moim śnie! Przede mną pojawiła się dokładnie ta sama dziewczyna w kapeluszu.
Ręką trzymała włosy Edwarda, który był zalany krwią i najwidoczniej był
nieprzytomny. Już chciałam zacząć krzyczeć, wyrywać się i przeklinać tą
wstrętną babę, lecz to ona pierwsza zaczęła mówić.
-Witaj, kochana. Zajęłam
się twoim Edwardem, tylko by nam przeszkadzał.-spod kapelusza wydobył się złowieszczy
śmiech dziewczyny.
-Kim jesteś do cholery?!
Czemu zrobiłaś to wszystko?-krzyknęłam przepełniona złością.
-Jesteś taka niemiła. Ja
to wszystko zrobiłam dla ciebie.-powiedziała ponownie śmiejąc się. Ściągnęła
kapelusz i ukazała mi się niezwykła piękność. Była to długowłosa blondynka o
ciemnoniebieskich oczach. Uśmiechała się, lecz jej oczy były pełne smutku.
Spojrzała na mnie, ja patrzałam na nią wrząc z wściekłości. Chciałam jak
najszybciej ją zabić, zatopić w niej jakieś ostrze, zobaczyć jej krew i twarz
pełną agonii.
-Dla mnie? Dlaczego? On
żyje, prawda? Nie zabiłaś go?-zapytałam, a mój głos drżał.
-Nie, chcę go zabić na
twoich oczach. Chcę, abyś przestała go kochać. Chcę, żebyś widziała tylko mnie,
żebym była całym twoim światem. Siostrzyczko~!-powiedziała iście jadowitym
głosem.
-O czym ty mówisz?-zapytałam,
a moje oczy poszerzyły się ze zdziwienia.
-Jestem Calia, a ty jesteś
moją starszą siostrą Louise! Kocham cię! Dlatego chcę, żebyś cierpiała, a na
końcu pokochała mnie!-odpowiedziała mi śmiejąc się.
-Ty jesteś szalona!-krzyknęłam
odczuwając wzrastającą niechęć do niej.
W tym czasie ona rzuciła
Edwarda tuż pod moje nogi, wyciągnęła sztylet i stanęła nad nim.
-Powiedz mu „Żegnaj”,
siostrzyczko!-syknęła uśmiechając się diabelnie.
-NIE! PRZESTAŃ!-krzyknęłam
zrozpaczona.
Nie posłuchała mnie,
chwyciła sztylet oburącz, ostrzem do dołu, całym ciałem z całą siłą wbiła go w
brzuch chłopaka, dźgała go kilkakrotnie. Po moich policzkach zaczęły spływać
łzy i mieszały się z moją krwią na ciele. Moje uczucia eksplodowały. Odczuwałam
strach, smutek, bezsilność, a zarazem złość i nienawiść. Teraz chęć mordu
opanowała mnie całkowicie, teraz przed oczami miałam tylko różnorodne sposoby
na to aby zabić tą kobietę. To uczucie nienawiści które miałam w sobie zaczęło
mnie zżerać od środka, moje ciało zaczęło lśnić. Pojawiły się moje anielskie
skrzydła, oczy przybrały barwę intensywnej zieleni i zaczęły iskrzyć się
szmaragdowym blaskiem. Zaczęłam rozrywać te pnącza dzikiej róży, a Calia
wpatrywała się we mnie zaskoczona. Poczułam gorąco w środku mojego ciała, a po
chwili zaczął wydobywać się ze mnie niebieski płomień. Wszystko naokoło mnie
zaczęło płonąć. Uwolniłam się i teraz mogłam już ją zabić. Uniosłam rękę,
skierowałam ją w jej stronę i płomień strzelił w jej stronę. Dziewczyna machnęła
rękami, przed nią pojawiła się kukła, najwyraźniej była odporna na ogień, gdyż
posłużyła jako tarcza a i tak pozostała nienaruszona. W tym czasie Calia
wybiegła z sali. Spojrzałam na mojego ukochanego, leżał w kałuży krwi,
rozdarłam moją koszulkę i zabandażowałam go, lecz wiedziałam że to nie
wystarczy na długo, muszę zabrać go do szpitala. Muszę szybko zakończyć tą
piekielną walkę. Szybko ruszyłam za tą szaloną dziewuszką. Biegłam korytarzami
pełnymi jakichś obrazów, natrafiłam na jedno okno. Wyjrzałam na zewnątrz, krajobraz
rozciągający się przed moimi oczami był jak z horroru. Wielkie wzgórze,
straszny dwór w którym aktualnie się znajduję i w dole cmentarz pełen duchów. Przeszły
mnie dreszcz, nie chcąc widzieć tego krajobrazu pobiegłam dalej. Ona czekała na
mnie w kolejnej sali, ta była większa i bardziej oświetlona od poprzedniej. Stała
na środku i była gotowa do walki. Byłam odziana w niebieskie płomienie, a na
plecach miałam skrzydła i moje oczy lśniły, teraz to już na pewno wyglądam na
Upadłą Anielicę. Calia zaczęła walkę. Miotała we mnie zatrutymi ostrzami,
igłami i drewnianymi kołkami. Jej marionetka zastała przy niej, aby ją chronić.
Stworzyłam ścianę ognia, która stopiła wszystkie bronie. Jako kontratak użyłam
kul ognia. Dziewczyna zasłoniła się lalką, a ta znowu nie odniosła obrażeń od
ognia. Musi być wzmocniona jakimś materiałem. Gdy bliżej przyjrzałam się tej
marionetce zauważyłam, że ma kobiece kształty i wymiary podobne do moich. Podobne?
Nie, zaraz… One są takie same! Ta marionetka to ja?
-Widzę że
zauważyłaś.-zaśmiała się.
-Po co stworzyłaś taką
kukłę?-zapytałam.
-Chciałam być bliżej ciebie,
ale gdy poszłam cię zobaczyć, zauważyłam że mnie nie pamiętasz, na ulicy
minęłaś mnie jak obcego człowieka. Byłaś szczęśliwa z tym wstrętnym chłopcem!
Lecz ten kawałek drewna mi nie wystarczyła, zachciałam dotykać ciepłej,
miękkiej skóry i stwierdziłam, że najpierw muszę wyeliminować tego chłoptasia!-krzyknęła,
a jej twarz wykrzywił grymas niezadowolenia.
-To ty jesteś wstrętna!
Nienawidzę cię! Jesteś szaloną dziwaczką!-rzekłam głosem pełnym nienawiści i
niechęci, a także obrzydzenia.
Jej twarz spochmurniała, a
oczy zaszkliły się, usta zaczęły drgać.
-Muszę cię tu zatrzymać
siłą, siostro.-powiedziała smutnym głosem.
-Spróbuj!-krzyknęłam.
Użyłam moich mocy, aby
stworzyć miecz ognia. Ona dalej posługiwała się marionetką. Ta imitacja mnie
samej ruszyła na mnie, zablokowałam ją ostrzem, zaczęłam atakować, przecinałam
najsłabsze punkty lalki, a mianowicie połączenia tak zwane stawy. Po wielu
cięciach odskoczyłam, oddychałam szybko, a mój atak okazał się kompletnie
bezużyteczny. To jest dziwne! To drewno, powinno spłonąć! Powoli zaczęłam
analizować sytuację odpierając ataki kukły. Myśl, no myśl! To coś tak zwinnie
się rusza! Rusza? No właśnie! Te nitki nie są tak odporne. Odbiłam się od
posadzki, w powietrzu wyszukałam wzrokiem nikłego blasku nici i przecięłam je,
marionetka bezwładnie opadła na podłogę. Ona pozostała bezbronna. Podeszłam do
niej i spojrzałam w jej oczy.
-Żegnaj ty niepoprawna
dziwaczko.-powiedziałam uśmiechając się i moim mieczem z płomieni przebiłam jej
serce. Jej twarz wykrzywił grymas bólu. Po chwili zaczęła płonąć, krzyczała
przeraźliwie w agonii. Biegała na około i jej przeraźliwy krzyk mógł rozerwać
czyjeś serce na strzępy, ale na pewno nie moje. Zabiłam ją z zimną krwią, z
uśmiechem na twarzy, gdyż całą sobą jej nienawidziłam. Po dłuższej chwili krzyk
ucichł, a ona wyskoczyła przez jedyne okno w tej sali. Posadzka zaczęła pękać,
rozpadła się, a ja zaczęłam spadać w nieprzeniknioną ciemność. Obok mnie spadał
Edward, złapałam jego rękę przyciągnęłam do siebie, próbowałam wzlecieć, ale
nic to nie dało, dalej spadaliśmy. Nagle zwolniliśmy i lekko opadliśmy na
ziemię. Rozejrzałam się, byliśmy w tym samym miejscu w którym zniknęliśmy. Za
nami było to pęknięcie, które po chwili zniknęło. Spojrzałam na blondyna, jego
rany zniknęły. Ja sama również powróciłam do pierwotnego stanu. Byliśmy w innym
świecie, wraz ze śmiercią Calii tamten świat zniknął i tym samym my wróciliśmy
do siebie. To już koniec… Udało mi się! Ed żyje, wróciliśmy do siebie! Lepiej
być nie może! Nagle w mojej głowie usłyszałam cichy szept.
-Dziękuję za tą krótką
chwilę siostro. Kocham cię. Żegnaj.
Tak zakończyło się moje
spotkanie z młodszą siostrą. Czekałam, aż Edward odzyska przytomność. Gdy tylko
tak się stało pocałowałam go czule i wróciliśmy do domu.
KONIEC.
Calia:
środa, 12 czerwca 2013
Alice
ALICE
Alice, to moje imię nadane
mi zaraz po moich narodzinach przez moją matkę. Lubię je mimo wielu
nieprzyjemności związanych z nim. Często jestem porównywana do sąsiadki, która
jest moją imienniczką. Wszyscy uważają, że jest ode mnie piękniejsza. Ja mam
inne zdanie, a przede wszystkim nie uważam że jestem brzydka. Na pewno jestem
od niej mądrzejsza. Posiadam bogaty księgozbiór i bujną wyobraźnię. Zazwyczaj
noszę zielone ubrana, gdyż jest to mój ulubiony kolor. Najczęściej chodzę w
prostej, przewiewnej, jasnozielonej sukience. Włosy koloru mocnego szkarłatu
sięgające kolan zawsze związane są w warkocz. Włosy związuję niebieską wstążką,
którą otrzymałam od ojca, gdy byłam mała. Na szyi nosiłam wisiorek w kształcie
róży białego koloru, to była jedyna rzecz jaka została mi po matce. Jestem
wysoką kobietą o szczupłej sylwetce. Posiadam wcięcie w talii oraz ponętne,
pełne piersi. Moje błękitne, bystre oczy przykuwały uwagę i każdy lubi się w
nie wpatrywać, a zwłaszcza mój młodszy brat Igor. W ogóle nie byliśmy podobni,
ponieważ mieliśmy różne matki. Moja umarła po porodzie, więc ojciec ponownie
się ożenił. Igor ma szmaragdowe oczy oraz kruczoczarne włosy. Mimo, że jesteśmy
bardzo różni to i tak go kocham, w końcu to mój młodszy braciszek. Pewnego dnia
spacerowała po ogrodzie mojej matki pełnym czerwonych i białych róż. Niespodziewanie
ogarnęła mnie nieprzenikniona ciemność. Rozglądnęłam się nerwowo, na około mnie
nie było nic prócz ciemności. Stałam w bezruchu, gdy nagle poczułam że spadam.
Wystraszyłam się, bicie mojego serca znacznie przyśpieszyło i miałam wrażenie,
że moje wnętrzności aktualnie znajdują się w moim gardle. Paskudne uczucie… Nie
wiedząc co mam robić, jedyne o czym pomyślałam to zamknięcie oczu. Spadałam
nieprzerwanie czekając na straszliwy koniec. Oczekiwałam bólu i śmierci,
zamiast tego usłyszałam ciche „plusk”, poczułam delikatne uderzenie, a po
krótkiej chwili już byłam cała mokra. Po krótkiej walce w środku mojej głowy
zdecydowałam się otworzyć oczy. Zobaczyłam to czego w ogóle nie spodziewałam
się zobaczyć. Ujrzałam rozległą kałużę, gęsty i wysoki las, a nad głową miałam
błękitne niebo. Widok był przepiękny, nie wiedziałam gdzie mam oczy podziać
zwłaszcza, że dookoła przechadzały się dzikie zwierzęta. Gdy już się
opanowałam, wstałam na równe nogi i spojrzałam na siebie. Byłam cała w błocie,
a włosy zamiast mieć kolor czerwieni były koloru brązowego. Nie wiedziałam
gdzie jestem, więc weszłam w głąb lasu w poszukiwaniu jakiegoś miasta bądź
istoty żywej oraz rozumnej. Szłam prosto przed siebie, przedzierałam się przez
gęste krzaki przez bardzo długi czas, a końca lasu nie było widać. Zmęczona,
nie mając sił aby iść dalej usiadłam pod rozłożystym drzewem. Spokojnie,
miarowo oddychałam i wsłuchiwałam się w szum lasu było to orzeźwiające
tchnienie natury. Gdy tak słuchałam każdego chodź by najmniejszego dźwięku, do
moich uszu dotarł tętent kopyt. Zaczęłam szybko rozglądać się na około, po
chwili dostrzegłam elfa ujeżdżającego kucyka Pony. Był to wysoki mężczyzna, a
przez ubrania było widać jego umięśnione ciało. Blond włosy związane wstążką
sięgały mu do pasa, a jego zielone oczy wpatrywały się we mnie. Jego kuc był
czarny i nieco większy niż przeciętny kuc, a na głowie miał długi róg
jednorożca i srał tęczą. Był to kuc o długich nogach i złotych oczach. Na jego
boku widniał tatuaż rozgałęzionej biało-niebieskiej błyskawicy. Wpatrywałam się
w elfa i kucyka, ich widok zaparł mi dech w piersiach, ponieważ był
przekomiczny. Gdy nasze oczy się spotkały już nie mogłam wytrzymać i zaczęłam
się głośno śmiać. Zaczęłam delikatnie trząść się ze śmiechu, w kącikach moich
oczu pojawiły się łzy szczęścia i brzuch zaczął boleć mnie od tej głupawi.
-Zamknij się głupia
babo.-rzekł surowym tonem piorunując mnie wzrokiem.
-Głupia babo?! Jak śmiesz
tak do mnie mówić?!- krzyknęłam oburzona i spojrzałam na niego. Przyglądałam mu
się chwilę, po czym uśmiechnęłam się.- Przepraszam, ale co taka samotna, wątła
dziewczynka jak ty robi sama w tym niebezpiecznym lesie?
-Jesteś ślepa czy
niedowidzisz?- krzyknął, a jego twarz wyrażała złość.-Jak możesz mnie
porównywać do dziewczyny? Jestem zbyt zajebisty by być dziewczyną.
-Dla mnie wyglądasz jak
dziewczyna i będę cię nazywać Blondi.
-Zamknij się w końcu i przestań mnie obrażać! Jestem
Basch i jestem elfem z królewskiego rodu! Jesteś głupią niewdzięcznicą!
-Że jak?! Niby ja? To ty
pierwszy mnie obraziłeś! Czemu niby jestem niewdzięcznicą?
-Najpierw się przedstaw,
wtedy ci wszystko wyjaśnię.
-Dobra, mam cię już dość.
Jestem Alice. Nie miło mi cię poznać.
-Mnie również. Ty, jesteś
kobietą z przepowiedni naszej kapłanki. Jesteś tą, która uratuje nasze
Królestwo Elfów. Zabiorę cię do stolicy, do Mordoru.
-Łaaa…jaka złowieszcza nazwa.-westchnęłam.-
No cóż, chyba nie mam wyboru… Pojadę z tobą, ale myślę że się mylisz co do
mnie. Jestem zwykłą dziewczyną w kwiecie wieku.
-Skończ już gadać i
wsiadaj.-podał mi rękę i pomógł mi wsiąść na kucyka imieniem Rafael. Podróż
była długa i męcząca, gdy dotarliśmy na miejsce słońce już zachodziło. Mordor
znajdował się na wzniesieniu, na samym szczycie tego wzgórza górował ogromny
zamek za wieloma wieżami. Na około zamku coraz niżej wzniesienia znajdowały się
domy różnej wielkości i różnokolorowe. Każdy dom odznaczał się czymś innym. Białe
mury zamku i jego czarne wieże wyglądały niesamowicie pięknie w blasku
zachodzącego słońca. Gdy tylko weszłam do pałacu służki pochwyciły mnie i
zabrały do oddzielnej komnaty. Doprowadziły one mnie do stanu używalności,
zostałam ciasno ściśnięta gorsetem i ubrana w ciemnoniebieską sukienkę z dużą
ilością różnych ozdób w postaci wstążek, brokatu i materiałowych srebrnych
kwiatów. Włosy umyte, rozczesane, pozostały rozpuszczone, więc spoczywały na
moich ramionach, piersiach i plecach. Po tym wszystkim zostałam przyjęta w sali
tronowej przez króla elfów. Gdy mijałam Bascha, nie wiedział gdzie ma wzrok
podziać i wpatrywał się we mnie jak w obrazek.
-Witamy zbawicielsko świata!-
tymi słowami mnie przywitał.
-Witam, Wasza
Wysokość.-jako dobrze wychowana dziewczyna ukłoniłam się.
Otrzymałam od niego miecz,
duży, wspaniały i ostry lśnił srebrnym blaskiem w świetle pałacowych lamp. Po
krótkim przyjęciu i pożegnaniu król odszedł na spoczynek. Następnie
zaprowadzono mnie do kapłanki, która przepowiedziała moje nadejście. Siedziała
na środku kręgu w wielkiej sali, medytowała w ciszy, więc się nie odzywałam i
oczekiwałam na to aż ona zacznie mówić. Usiadłam na chłodnej posadzce i obie w
całkowitej ciszy i ciemnościach siedziałyśmy przez jakiś czas. Nagle ona
poruszyła się, otworzyła oczy i spojrzała na mnie.
-Wiesz czemu tu jesteś?- zapytała
melodyjnym głosem.
-Nie, nie wiem o co w tym
wszystkim chodzi. Każdy mówi, że jestem wybawicielką świata, ale ja nie jestem
nikim specjalnym, tylko zwykłą dziewczyną. Wyjaśnisz mi co tu się dzieje?
-Nasze Królestwo jest
niszczone przez siły ciemności, od kilku lat prowadzimy wojnę z cienistymi
zjawami. Nie dajemy im rady, a pewnej nocy nawiedziła mnie wizja. Ujrzałam w
niej piękną, szkarłatno włosą dziewczynę z naszym legendarnym mieczem w ręce,
która lśni niczym anioł i odpędza z naszego świata ciemność. Tą kobietą jesteś
ty Alice. Zbliża się ostateczna bitwa w której weźmiesz udział i nas ocalisz. Za
pomocą mojej mocy sprowadziłam cię do naszego świata. Proszę pomóż nam, ocal
nas Aniele.-gdy skończyła mówić pokłoniła mi się dotykając twarzą posadzki. Powoli
w swojej głowie analizowałam jej słowa, nagle spostrzegłam że ona nadal trwa w
swoim głębokim ukłonie. Szybko podeszłam do niej i podniosłam ją.
-Przestań. Nie musisz tego
robić. Pomogę wam. Zrobię co w mojej mocy, aby sprostać zadaniu, ocalę was i będziecie
mogli być ze mnie dumni.-rzekłam pewnie wpatrując się w jej oczy.
-Dziękuję ci,
Aniele.-przytuliła mnie mocno, a gdy już mnie puściła wyciągnęła zza płaszcza talię
kart i wręczyła mi ją.-To cząstka mojej mocy, mam nadzieję, że ci się choć
trochę przyda.
-Dziękuję.-uśmiechnęłam
się.
Po tym pożegnałam się z
nią, a pokojówka którą mi przydzielono odprowadziła mnie do mojej komnaty. Po
dobrze przespanej nocy miał się rozpocząć mój trening posługiwania się mieczem,
miał być on krótki, a moim instruktorem został Basch. Tym razem ubrana byłam w
białą koszulę schowaną w spodnie koloru czarnego, których nogawki zanikały we
wnętrzu wysokich, brązowych butów. Na bitwę miałam założyć zbroję stworzoną
specjalnie dla mnie z wytrzymałego i lekkiego metalu. Ku mojemu zdziwieniu
Basch zmienił swoje nastawienie do mnie, był milszy i już mi nie dokuczał. Był
dobrym nauczycielem, wszystko dokładnie tłumaczył i był wymagający. Dzięki jego
zdolnościom władanie mieczem udało mi się opanować do perfekcji w bardzo
krótkim czasie. Następnie sprezentowano mi mojego kucyka. Był on różowy, miał
duże, zielone oczy, niebieską grzywę i ogon. Na lewym boku widniał tatuaż
tęczy, a jego kopyta zdobiły srebrne podkowy. Był on masywnym kucem i jak to
ujął stajenny bardzo wytrzymały. Wszystko
było dobrze, tylko ten rażący kolor, na dodatek był koloru którego najbardziej
nienawidzę, ale nic nie mogłam z tym zrobić, a z resztą zbliża się walka, więc
nie mogę być wybredna. Następna była przymiarka zbroi, o dziwo pasowała
idealnie nawet jeśli kowal nie mierzył moich wymiarów. Jak to możliwe, że
zrobił to tak precyzyjnie? Ech…tyle już tu zobaczyłam, że chyba nic mnie nie
zdziwi. Po przymiarce zbroi przyszedł czas na naukę jazdy konnej. Najpierw w
normalnych ubraniach uczyłam się podstaw, później nauczyłam się skoków i
odpowiednich manewrów na wojnę. W końcu przyszedł czas na jazdę próbną w zbroi.
Poszło mi całkiem dobrze, zaprzyjaźniłam się z Destoyer’em. Tak właśnie
nazwałam mojego różowego kucyka – Destroyer. Po całym dniu treningów zmęczona
odprowadzałam kuca do stajni, gdy usłyszałam śpiew, wytężyłam słuch, aby
zrozumieć słowa:
„Mój mały kucyk, mój mały kucyk
Aaaaa aaa
Mój mały kucyk!
Z nim co dnia przyjaźni czuję smak!
Mój mały kucyk!
Kiedy ujrzę go to pędzę jak wiatr!
Czułe serce,
Magii czar
Naszej przyjaźni wielki dar!
Mamy razem, przygód moc...
w krainie marzeń razem dzień i noc!
Hej ,mój kucyku,
Blask magii niech otuli dziś nas!”
Myślałam, że już nic mnie
nie zaskoczy i to był mój błąd. Kto normalny śpiewa takie piosenki? Muszę
szybko załatwić sprawy w tym świecie i wrócić do domu. Odprowadziłam Destroyera
i udałam się na spoczynek. Następne dni spędziłam na treningach, aby
udoskonalić moje umiejętności. W tym czasie poznałam również inne istoty żyjące
w tym świecie. Poznałam krasnoludów, wśród nich była jedna kobieta. Walczyła
ona za pomocą młota i jej imię brzmiało Camille, a jej mężem był nieco
tchórzliwy Andrew. Spotkałam również
ludzi śniegu, szczególnie zaprzyjaźniłam się z ich przywódcą Dave’m. Poznałam
wielu ludzi, których imiona pamiętam i których lubię, oraz których nigdy nie
zapomnę. Po dwóch tygodniach nadszedł czas na ostateczną bitwę, która
zadecyduje o losach wielu istot żywych. Cała armia w pełnym uzbrojeniu czekała
na placu przed zamkiem na wymarsz. Każdy stał przy prawym boku swego kuca i
tylko czekał na rozkaz dowódcy. Jeszcze przed odejściem wojska król wygłosił
przemowę:
-Jesteśmy dziećmi tego
świata. Nie wiemy co nadejdzie jutro. Jeśli umrzemy to umrzemy, jeśli
przeżyjemy to przeżyjemy. A teraz dajcie z siebie wszystko w imię ojczyzny i
swoich ukochanych rodzin. Walczcie, chrońcie mój lud i powróćcie do mnie żywi
moi synowie.
Kończąc przemowę
delikatnie się ukłonił i uśmiechnął do zgromadzonych żołnierzy. Dowódca dał nam
znak abyśmy dosiedli swoje wierzchowce. Wszyscy zsynchronizowani, równocześnie
wsiedli na kuce. Wyprostowani z dumnie uniesionymi głowami skierowaliśmy się do
głównej drogi, która przebiegała przez całe miasto, a następnie wiodła na pole
walki. Gdy przejeżdżaliśmy przez miasto, żegnały nas zapłakane rodziny
wszystkich żołnierzy. Jechaliśmy w parach, obok mnie jechał Basch z twarzą,
która nie wyrażała żadnych uczuć. Ja miałam mieszane uczucia. Czułam strach,
zmartwienie, ale zarazem podekscytowanie. Starałam się zachować kamienną twarz
jak mój towarzysz, ale w ogóle mi to nie wychodziło. Po długiej podróży
dotarliśmy na pole walki. Ustawiliśmy się w zwartym szyku bojowym i
oczekiwaliśmy. Długo czekać nie musieliśmy, już po 40 minutach po naszym
przyjeździe niebo na północy zaczęło ciemnieć, a po ziemi mknęły czarne postaci
zjaw z najgorszych koszmarów. Przełknęłam głośno ślinę, rozglądnęłam się na
około i spostrzegłam strach w oczach wszystkim obecnych tu istot. Nie zwlekając
długo wyjechałam kilkanaście metrów przed szereg, zwróciłam się do nich twarzą,
wyciągnęłam miecz zwróciłam go ku błękitnemu niebu i pełna odwagi oraz pewności
siebie zaczęłam krzyczeć.
-Nie lękajcie się! Umrzemy
lub przeżyjemy! Taki już nasz los! Musimy dać z siebie wszystko, aby ocalić ten
świat! Pokażcie mi ile siły w sobie macie, kim tak naprawdę jesteście i
dlaczego wstąpiliście do tej armii! Zwyciężymy i wrócimy do domu!
Skończyłam, Destroyer
nagle stanął dęba głośno rżąc, słońce oświetliło mnie, a oni przez chwilę
wpatrywali się we mnie zdumieni po czym unieśli swe miecze i krzyknęli.
-Tak jest! Pójdziemy po
śmierć lub po wolność! Zwyciężymy! Aniele prowadź nas!
Teraz to ja dowodziłam tą
armią, zwróciłam mojego kuca w stronę armii zjaw i dałam sygnał do ataku. Sama
na czele tego wojska ruszyłam przed siebie z mieczem w ręce. Na początek
postanowiłam użyć kart, które dostałam od kapłanki. Wyciągnęłam pierwszą
lepszą, widniał na niej gigantyczny wojownik we wspaniałej zbroi z maczugą tak
wielką jak on sam i tarczą. Rzuciłam kartę daleko przed siebie, usłyszałam huk,
w powietrzu unosiła się chmura pyłu, a z niej wyłonił się owy wojownik. Następne
karty to były: dzikie zwierzęta, różne bronie, a nawet bronie żywiołów. Zjawy
otoczyły mnie, więc musiałam walczyć za pomocą miecza. Odpierałam ich ataki i kontratakowałam.
Używałam całej swej siły. Walka niemiłosiernie się przeciągała i była ciężka. Jednego
ataku nie zdołałam odtrącić przez co moje karty wysypały mi się z rąk. Kolejnym
atakiem zjawa wytrąciła mi miecz z ręki. Cudem została mi jedna karta,
spojrzałam na nią i ujrzałam miotacz ognia. To była moja ostatnia deska
ratunku. Użyłam jej i już po chwili upiór był spowity morzem ognia. Zaczął wyć
w agonii i uciekać, aby następnie umrzeć. Zrozumiałam, że to najbardziej ogień
szkodzi tym istotom. Zaczęłam biegać po całym polu bitwy paląc wszystkich
napotkanych wrogów. Czułam się trochę jak szaleniec, ale było to całkiem
zabawne. Gdy już skończyłam z ostatnim z żołnierzy armii ciemności pojawił się
ich król. Był ogromny, spowity czarny płaszczem, kaptur zasłaniał jego twarz, a
w ręce trzymał ogromną kosę. Gdy patrzałam w miejsce gdzie powinna być twarz,
czułam się dziwnie, tak jakby uchodziło ze mnie życie. Moje oczy zaczęły się
zamykać, już miałam się temu poddać gdy z transu wybił mnie nie kto inny jak
Basch. Pozbierałam się, już nie patrzałam w jego twarz tylko na jego posturę. Zaatakowałam
go ogniem, z niezwykłą prędkością uniknął go i machnął swoją kosą. Sam wiatr wytworzony
przez to oręż sprawił, że nogi się pode mną ugięły i podłam na ziemię. Jak mam
pokonać to monstrum? Jeszcze kilka razy próbowałam akcji a ogniem, ale żadna
się nie powiodła. Gdy już straciłam nadzieję ujrzałam Bascha, który wspinał się
po ramieniu Króla Cieni. Wbił on miecz w jego ramię i obwiązał je Nicią Elfów,
tym samym unieruchamiając jego rękę, którą wymachiwał kosą. Chciałam
wykorzystać okazję i pokonać go. Znowu próbowałam ogniem, ale jemu nic to nie
robiło. Zaczęłam uważnie mu się przyglądać, po czym wpadłam na pewien pomysł. Zaczęłam
się wspinać po nim i stanęłam na jego ramieniu.
-Żegnaj, Królu Cieni.
Spojrzał na mnie, a ja
celując mu prosto w twarz użyłam ognia. Rozległ się przeraźliwy krzyk, szamotał
się w ostatnich chwilach życia. Padł na ziemię, przez jakiś czas krzyczał w
niebogłosy po czym zniknął, nic po sobie nie zostawiając. To był już koniec.
Stanęłam wyprostowana i spojrzałam na żołnierzy stojących przede mną. Uniosłam
swoją rękę z zaciśniętą pięścią i krzyknęła.
-To już koniec ciemności i
cierpienia! Zwyciężyliśmy!
Rozległy się krzyki
radości, ranni byli opatrywani, umarli chowani, a zdrowi i żywi śpiewali pieśń
na zakończenie wojny.
„Smutna rzeka księżyc po niej pływa,Senne dłonie chyli nad nią klon.Śpij, dziecino, nikt się nie odzywa.Śpi w mogiłach zakopana broń.
Smutna rzeka księżyc w dal odpływa,W mrokach nocy błyszczy wody toń.Śpij, dziecino, nikt się nie odzywa.Śpi po lasach zakopana broń.
Smutna rzeka usnął las cienisty,Ciemna noc na liściach kładzie dłoń.Śpij dziecino, śpij żołnierski synu.Już niedługo odkopiemy broń.
Smutna rzeka usnął las za górą.Wieś usnęła, zasnął nawet klon.Śpij dziecino, partyzancka córo.Idziemy w lasy by wykopać broń.”
Przyglądałam się im z
uśmiechem na ustach widząc ich radość. Nagle wszystko zaczęło wirować mi przed
oczami. Upadłam na ziemię i ponownie ogarnęła mnie ciemność. Po chwili
otworzyłam oczy i ujrzałam rozłożyste gałęzie drzewa. Rozejrzałam się naokoło,
byłam w ogrodzie, a na mojej klatce piersiowej leżała książka. To był tylko sen...
Ach, ta moja wyobraźnia, mam nadzieję, że się to więcej nie powtórzy… Czas
wrócić do domu.
KONIEC.
sobota, 16 marca 2013
"Słońce"
Słońce
Witam Was Ludziska! Jestem niczym nie
odznaczającą się nastolatką. Wysoka brunetka o brązowych oczach to nic
nadzwyczajnego czyż nie? Jak co rano wstałam niechętnie z łóżka, przeciągając
się przy tym leniwie i nałożyłam makijaż. Był to lekki i delikatny makijaż, nie
lubiłam tak zwanej „tapety” jak inne dziewczyny w moim wieku. Dla mnie takie
malowanie było bezsensownym traceniem pieniędzy i czasu, dlatego wolałam unikać
takich sytuacji. Po tej jakże denerwującej czynności zeszłam po starych,
drewnianych, skrzypiących schodach do kuchni. Tam wzięłam mój ukochany kubek.
Taki zielony w czarne kwiaty, który dostałam od ważnej dla mnie osoby i
zrobiłam sobie mocną kawę. Lubiłam taką kawę, ponieważ od razu stawiała mnie na
nogi i nie musiałam się martwić, że zasnę na stojąco. Powoli piłam gorący płyn
i zastanawiałam się co mam robić dzisiejszego dnia, lecz nic ciekawego nie
przychodziło mi do głowy. Po dłuższym czasie do pomieszczenia wbiegł mój
starszy brat z wiadomością, że dzisiaj jest piątek 13. Pomyślałam, że
zwariował, bo w końcu dziś jest 31 października. Dotknęłam delikatnie jego
czoła, aby sprawdzić czy nie ma gorączki i nie miał jej. Uznałam, że zwariował,
więc chciałam go zignorować i pójść do swojego pokoju, ale zatrzymał mnie mocny
uścisk jego dłoni. Zaskoczona spojrzałam na niego i już miałam coś powiedzieć,
ale on uciszył mnie gestem ręki. Pociągnął mnie mocno w stronę wyjścia. Kubek,
który trzymałam w ręce, wyśliznął się z niej i rozbił na drobne kawałeczki na
podłodze. Nie wytrzymałam, wybuchłam i zaczęłam krzyczeć jak szalona. Miałam
ochotę zabić mojego brata. Gdy się denerwowałam wyglądałam strasznie i okropnie
zarazem, więc wszyscy w naszym miasteczku woleli unikać denerwowania mnie. Zaczęłam
z pretensjami potrząsać moim bratem, który nawet się nie opierał, ponieważ
wiedział, że ze mną nie wygra. Jeszcze wtedy nie wiedziałam co mnie czeka i że
już nigdy nie dane mi będzie żyć tak beztrosko jak w tym momencie na tym
świecie. Krzyczałam na mojego głupiego braciszka, lecz ten tylko powiedział że
chce mi coś pokazać oraz powiedzieć, więc mam się w końcu zamknąć i pójść z nim.
Ciekawe co to takiego? Zaciągnął mnie na tyły domu, czyli do jego fabryki
wynalazków. No tak! Nie mówiłam Wam jeszcze, że jest on wynalazcą. Powinnam
dodać szalonym wynalazcą. Tak jest nim, ale jego wszystkie wynalazki to
beznadziejne i nieużyteczne tandety. Mimo wszystko lubiłam jego wynalazki,
ponieważ zawsze sprawiały, że poprawiał mi się humor i śmiałam się jak mała
dziewczynka bez zmartwień nie znająca jeszcze okrucieństw tego świata. Tym
razem pokazał mi statek kosmiczny, który był nieco fikuśny i wymyślny. Chce
polecieć tym czymś w kosmos? Ledwo powstrzymywałam śmiech. Zapytała go o co w
tym chodzi. On tylko odparł, krótko, że lecimy na Słońce, aby je zbadać i
zdobyć jako pierwsi ludzie na Ziemi. Wybuchłam głośnym, niepohamowanym
śmiechem. Z kącików moich oczu zaczęły płynąć łzy szczęścia. Byłam szczęśliwa,
że mam takiego brata, który zawsze poprawi mi humor, niezależnie od sytuacji. Ponownie
dotknęłam jego czoła, aby sprawdzić temperaturę, ale i tym razem była ona
całkowicie normalna. Zabrałam rękę, odeszłam kawałek od niego i zgięłam się w
pół ze śmiechu. Mój brzuch zaczynał mnie porządnie boleć, a to znaczy że już
czas najwyższy się opanować, ale było to raczej niemożliwe. Ja śmiałam się
nieprzerwanie, a on wpatrywał się we mnie poważnie. To znaczyło tylko jedno, to
że nie żartuje. I co mam teraz zrobić? Spochmurniałam, mruknęłam pod nosem, że
to głupota i wróciłam do domu. Weszłam do mojego pokoju i głośno trzasnęłam drzwiami.
Padłam na łóżko i głośno westchnęłam. Tak naprawdę jedyną głupią osobą byłam
ja. Ja po prostu bałam się. Nie chciałam do siebie dopuścić myśli, że mam
opuścić mój dom. Mimo, że miałam tylko brata to nie chciałam opuszczać tego
domu. To było miejsce pełne wspomnień związanych z moimi rodzicami, którzy
zostali brutalnie zamordowani na moich oczach kilka lat temu. Nikt nie wie jak
udało mi się przeżyć. Mój braciszek był wtedy u ciotki, więc jemu nic nie
groziło. Jestem naprawdę głupia, tak na niego nakrzyczałam, a sama boję się jak
kurczaczek. Mój brat jest jedyną osobą, która mi pozostała oraz zajęła się mną
po śmierci rodziców. Nikt inny nie chciał się mną zająć, ponieważ wszyscy
uważali, że każdy kto będzie ze mną blisko, umrze. On nie zważając na to co
mówili inni zajął się mną i zawsze dbał o to by nic mi nie brakowało. On jest
naprawdę wspaniały i bardzo go kocham, ale mimo wszystko uważam, że to szalony
pomysł lecieć na Słońce. I co teraz mam zrobić? Wspomnienia o rodzicach nie
dają mi spokoju i nie pozwalają mi stąd odejść, ale muszę też zdobywać nowe
wspomnienia, czyż nie? Tak, polecę z nim na słońce! Z nim mogłabym polecieć
wszędzie! To w końcu on się mną opiekuje od tamtego czasu i on daje mi siłę by
żyć. W ten sposób pokonałam swoje słabości i stałam się o wiele silniejszą oraz
dojrzalszą kobietą. I tak oto polecieliśmy na Słońce, aby dowiedzieć się o nim
jak najwięcej. Zabraliśmy ze sobą wszystko czego nam było trzeba. Nauczył mnie
podstawowych zasad kierowania tą rakietą. Już następnego dnia po spakowaniu się
ruszyliśmy w powietrze, aby następnie znaleźć się w przestrzeni kosmicznej, a
na końcu na celu naszej szalonej wyprawy, czyli na Słońcu. Większość ludzi
powiedziałaby, że to szaleństwo i na pewno umrzemy, ale my nie mieliśmy zamiaru
rezygnować z naszych postanowień. Oboje zawsze uparcie dążyliśmy do
wyznaczonych celów. Nigdy się nie poddamy. Po bardzo długiej i ciężkiej podróży
wylądowaliśmy na ognistej kuli. O dziwo było tu podobnie jak na Ziemi.
Zawartość powietrza taka sama, czyli mogliśmy oddychać bez specjalnych
skafandrów. Wysiedliśmy ze statku i naszym oczom ukazała się droga, której
końca nie było widać i była ona po obu stronach usiana pięknymi, kolorowymi
kwiatami. Jeden kwiatek nagle poruszył się i tak jakby się „rozwinął”, już po
chwili można było stwierdzić, że ma skrzydła i jest istotą żywą. Wyglądało to
jak motyl, ale nim nie było. Delikatnymi ruchami skrzydeł stworzenie to zaczęło
lecieć w naszą stronę. Tuż przed moją twarzą zatrzymała się mała istotka o
motylich skrzydełkach i przedstawiła się jako Calineczka Królowa wróżek.
Od
tego zaczęła się nasza rozmowa. Chwilę później już byłyśmy najlepszymi
przyjaciółkami. Opowiedziała mi ona wszystko o życiu na słońcu, o stworzeniach
jakie się tu znajdują i o tym, że ten świat umiera. Mój braciszek oczywiście
wszystko dokładnie notował w swoim dzienniku. Okazało się, że tutaj na słońcu
żyją ludzie dokładnie tacy jak na Ziemi. Były to kopie, a jednocześnie
przeciwieństwa. Wiernie odtwarzały wygląd człowieka z Ziemi, ale całkowicie
zmieniały jego charakter. Czyli ten kto był tu dobry to na Ziemi był zły i na
odwrót. Tutaj na Słońcu to ja byłam tą co niszczy ten świat, a tak w sumie to
nie ja, tylko moja kopia. Jakie to skomplikowane! Grrr…już sama nie wiem co mam
o tym myśleć. Calineczka poprosiła mnie, abym wraz z bratem ocaliła ich świat,
ponieważ żyło tutaj wiele istot magicznych, których jednak nie było na naszej
niebieskiej planecie. Istoty magiczne były niesamowite, ponieważ podtrzymywały
istnienie obu naszych światów, czyli gdy ich zabraknie to Ziemia oraz Słońce
przestaną istnieć. Mimo, że te stworzenia były wspaniałe, to były również słabe
i potrzebowały ochrony człowieka o czystym sercu z siłą i odwagą lwa. Do jej
prośby dołączyły się również wszystkie inne wróżki, które zbudziły się ze
swojego snu. Różnobarwne istotki latające w powietrzu tworzyły takie jakby „dywany”
kolorów unoszące się nad ziemią. Był to piękny widok zapierający dech w
piersiach. Gdy pomyślałam, że już nigdy nikt by już tego nie zobaczył opanował
mnie ogromny smutek i pustka, takie same jak wtedy gdy umarli moi rodzice. Przemyślałam
to dogłębnie i nie zamierzałam zmienić mojej decyzji. Na pewno uratuję ten
świat przed moją Kopią! Otrzymałam od każdej wróżki buziaka w policzek i różne
podarunki. Od Królowej dostałam broń palną oraz miecz, aby walczyć nimi i
wygrać z moją Kopią. Inne stworzenie magiczne również dały mi coś od siebie, na
przykład jeden taki latający renifer postanowił mnie i mojego brata zabrać do
miasta w którym żyje Ona. Po krótkim pożegnaniu ruszyliśmy w drogę. Lecieliśmy
wysoko, bardzo wysoko, gdy spoglądałam w dół widziałam tylko pustynię.
Wyglądała ona jak wielka piaskownica pełna złotego piasku. Po kilku dniach podróży
dotarliśmy na miejsce, zagubiona w tym ogromnym mieście nie wiedziałam co mam
robić zwłaszcza, że przez przypadek rozdzieliłam się z braciszkiem i taka
skołowana wpadłam nagle na kogoś. Był to niesamowicie przystojny mężczyzna. Zaczęłam
szalenie przepraszać go tłumacząc, że jestem największą ciapą we wszechświecie.
Tamten mężczyzna tylko się uśmiechnął promiennie i podarował mi piękną,
krwistoczerwoną różę. Gdy ujrzałam ten śliczny kwiat, uśmiechnęłam się
promiennie co wywołało u nieznajomego niepohamowanego rumieńca. Zaśmiałam się
wesoło, po czym jeszcze raz przeprosiłam i ruszyłam w stronę pałacu. Pewna
siebie wkroczyłam do zamku i od razu ujrzałam dziewczynę, która wyglądała
dosłownie jak ja, tylko jej oczy były paskudne. Były pełne nienawiści i rządzy
mordu, że od samego patrzenia na nie robiło mi się niedobrze. Uśmiechnęła się
do mnie ohydnie i zaczęła się nasza walka. Już na początku skorzystałam z broni
palnej, wystrzeliłam wszystkie sześć kul, które znajdowały się w magazynku przy
czym trafiłam ją dwa razy. Raz w rękę, a drugi raz w nogę. Później wyciągnęłam
miecz, Ona również wzięła miecz z ozdobnej zbroi stojącej przy ścianie. Zaczęła
się walka na poważnie. W całym pałacu było tylko słychać szczęk stali
uderzającej o siebie. Nigdy w rękach nie miałam miecza, a wiem jak się nim
posługiwać i nawet dobrze mi to wychodzi. To jest dziwne i to bardzo. Co chwilę
krzyżowałyśmy nasze miecze, odpychałyśmy się nawzajem i już po chwili
wracałyśmy, aby złączyć nasze bronie. Walka była długa, ciężka i zacięta. Po
jakimś czasie moja Kopia zaczęła opadać z sił. Zaczęłam napierać na nią mocniej
i szybciej. W końcu zadawałam jej rany. Zadałam ostatni cios, padła ranna na
ziemię. Tonęła w kałuży własnej szkarłatnej krwi. Odwróciłam się, aby odejść,
gdy nagle poczułam przeszywający mnie miecz. To Ona wykorzystała resztki
energii, aby zabrać mnie ze sobą na drugą stronę do świata umarłych. Po
pokonaniu mojej Kopii zostałam bohaterką tego świata. Lecz nie dane mi było
zobaczyć więcej mojego świata ani nic innego. Mimo wszystko uratowałam ten
świat i byłam bardzo szczęśliwa. Rana zadana mi przez Kopię mocno krwawiła i
czułam mocny ból. Straciłam siły, nogi pode mną się ugięły i poczułam jak przed
upadkiem ratują mnie silne ramiona. To był mój brat, był przy mnie teraz, w
czasie mojej śmierci. Byłam szczęśliwa, że mogłam być siostrą takiego wspaniałego
wynalazcy. Moje źrenice przysłoniła delikatna mgiełka, a już po chwili moje
powieki zamknęły się na zawsze pod wpływem oddechu śmierci, zasnęłam na wieki.
Umarłam na rękach najważniejszej dla mnie osoby z krwistoczerwoną różą
spoczywającą na moich piersiach. Już nic nie zbudzi mnie z mojego snu.
Żegnajcie i żyjcie ciesząc się każdą chwilą życia.
KONIEC~.
sobota, 2 marca 2013
Teatr Lalek
Teatr Lalek.
Obudziłam
się na środku rozległej, gorącej pustyni. Piasek, który przesypywałam pomiędzy
swoimi palcami parzył moją skórę i tworzył na niej zaczerwienienia. Rozejrzałam
się dookoła, nie dostrzegłam nic, kompletnie nic, na całym obszarze panowała
przeraźliwa cisza i pustka. Nie było tu żadnych zwierząt, a nawet roślin ani
jednej żywej duszy. Nagle poczułam przeszywający ból w okolicach tyłu głowy
przez co syknęłam przeciągle. Dotknęłam tego miejsca delikatnie i poczułam
włosy posklejane zaschniętą krwią. Czyli rana krwawiła tak długo, aż krew
zakrzepła. To, że czuję ból świadczy o tym, że żyję, gdybym go nie czuła to
byłabym martwa. Co ja tu robię? Czemu jestem ranna? Kim jestem? Te pytania
chodziły po mojej pustej głowie, pustej ponieważ nie było w niej nic, żadnych
wspomnień ani innych chodź by najdrobniejszych myśli. Po dłuższej obserwacji
swojego ciała i ubioru znalazłam wiele ran ciętych oraz kilka dosyć sporych
siniaków. Ciekawe czy mam je przez walkę czy po prostu skądś spadłam. Nie
wiedziałam co mam o tym myśleć. Ubrana byłam w krótkie czarne spodenki, obcisły
top odkrywający mój brzuch oraz wysokie do kolan czarne, sznurowane buty. Przy
pasku spodenek przymocowane były trzy dosyć ciężkie miecze. Na szyi wisiały
pomarańczowe słuchawki, gdy włożyłam je na uszy usłyszałam potworny pisk i od
razu je ściągnęłam. Przerażający krzyk wydobył się ze słuchawek, co to niby
miało być? Ja używałam tych słuchawek? Niby do czego? Wkurzyłam się sama na
siebie, że mam ze sobą tak beznadziejny i niepotrzebny sprzęt. Mimo tego
pozostawiłam je na mojej szyi. Utrata pamięci i pobyt na pustyni to musi być
jakiś głupi psikus losu. Bo niby w jaki
inny sposób miałabym się tu znaleźć? Tylko cholerny los mógł sobie tak to
wszystko ułożyć dla zabawy. Co teraz ze mną będzie? Ech~. Ciężkie westchnięcia
to chyba moja specjalność. Wiem tylko jedno. Jestem ranna i wszystko mnie boli.
Jestem za bardzo wyczerpana, aby przetrwać na pustyni, więc na pewno nie czeka
mnie nic innego niż śmierć, ale mam pozytywne myślenie... Ciekawe czy choć
jedna osoba po mnie zapłacze… A jak tak, to kto? Zaczęłam intensywnie myśleć
nad tym co mam teraz zrobić. Myślałam i myślałam, aż w końcu postanowiłam
ruszyć tą płonącą pustynią prosto przed siebie. Może nie był to dobry pomysł,
ale nic innego nie mogłam zrobić. No mogłam zostać w miejscu, w którym się obudziłam
i czekać na śmierć, ale niezbyt mi się chciało umierać w takim miejscu i w
takich okolicznościach. Może uda mi się dokądś dojść? Kto wie? Podniosłam się i
zaczęłam iść chwiejnym krokiem na przód. Po jakimś czasie mój krok wyrównał się
i szłam prosto, zamiast szlaczkiem. Upał
mocno dawał mi się we znaki, miałam go już dość. Po długim czasie obraz zaczął
mi się zamazywać, przetarłam je delikatnie rękoma po czym widziałam tylko
ciemność i poczułam mocne uderzenie to znaczyło, że upadłam. Były tylko dwie
możliwości co mogło się stać, a mianowicie zemdlałam ze zmęczenia albo umarłam
z odwodnienia. Leżałam i słyszałam różne
dźwięki dżungli. Tak, dżungli. Zaraz! Dżungli?! Cholera, przed chwilą byłam na
pustyni! Ta zagadka sprawiła, że otworzyłam oczy i rozejrzałam się naokoło.
Gdzie ja do jasnej anielki jestem?! To jest ogromna dżungla! Dżungla pełna
wysokich i potężnych drzew oraz niebezpiecznych zwierząt, które już się na mnie
czaiły. Rozumiem, wyczuły moją krew. Ostrożnie wstałam na równe nogi i zwinnym
ruchem wskoczyłam na pobliskie drzewo. Mimo, że wyglądała groźnie to wyglądała
również pięknie dzięki wielkim ilościom kwiatów oraz krzewów o kolorowych
liściach. To mogło znaczyć tylko jedno – umarłam. Umarłam i znalazłam się w
raju. Tak to musi być to, bo co niby innego? Zeskoczyłam z drzewa i szybko ruszyłam
w głąb lasu zielonych olbrzymów. Ciekawiło mnie to miejsce, było piękne, a
zarazem niebezpieczne. Ten las krył tak wiele tajemnic, a największą z nich
było to co ja tu robię i jak się tu znalazłam? W końcu jeszcze niedawno byłam
na pustyni… Szłam i szłam, aż w końcu wyszłam na taką jakby polanę, a na niebie
zobaczyłam Latające Ryby, które wyglądały jakby płynęły w wodzie, a tak
naprawdę latały po niebie jak ptaki. Wyszłam na środek polany i zakręciłam się
na nim po czym padłam na ziemię. Na mojej twarzy wykwitł piękny uśmiech. Od
dawna się tak nie uśmiechałam. Ten las pozytywnie na mnie wpływał. Momentalnie
odzyskałam wszystkie siły. Teraz nade mną rozpościerało się całe niebo i to
właśnie na nim znalazłam rozwiązanie wszystkich tajemnic. Zobaczyłam dużą,
niebieską planetę. Przed moimi oczami zaczęły przelatywać różne obrazy. Były to
wszystkie ważne i te mniej ważne chwile mojego życia. Całe życie przeleciało mi
przed oczami. Ta planeta, którą właśnie widzę na niebie to moja planeta zwana
Ziemią. To tam się narodziłam i tam żyłam. Byłam strażnikiem mojej wioski
zamiast mojego brata, który zginął. Byłam silna i walczyłam z dumnie uniesioną
głową tak jak uczył mnie ojciec. Wszyscy znali mnie i kochali, a ja kochałam
ich. W moich oczach pojawiły się srebrne łzy. W jaki sposób znalazłam się
tutaj? To była całkowicie inna planeta i zostałam tutaj sprowadzona przez jej władczynię,
która zazdrościła mi mojej urody oraz siły, więc postanowiła mnie ona zabić,
dlatego sprowadziła mnie do swojego świata… Ten świat nosił nazwę „Teatr lalek”.
Ta nazwa wynikała z tego, że okrutna królowa tego świata panowała całkowitą
dyktaturą, a wręcz nie można było nazwać tego w ten sposób to było o wiele
gorsze. Kontrolowała ona wszystkich ludzi na swojej planecie, nie mieli oni
swojego życia i robili wszystko to co ona rozkazała. Czyli zabijali jej wrogów,
czcili ją oraz umierali za nią. Była ona przekonana, że jest niepokonana i
najpiękniejsza w całym wszechświecie. Te myśli przesłaniały jej oczy na to co
tak naprawdę dzieje się wokół niej i na prawdę ukrytą w każdym zakamarku jej świata.
Przez nią ten świat umiera i właśnie taka była prawda. Gdy tak rozmyślałam nie
zauważyłam, że grupa marionetek królowej mnie otoczyła. Otarłam łzy oraz od
razu przyjęłam pozycję bojową i w każdej chwili byłam gotowa do ataku. Ci
wszyscy ludzie pracowali dla niej i miałam z nimi walczyć, ale nagle usłyszałam
głosy ich serc. Tak to była moja zdolność, mogłam słyszeć głosy serc innych
osób. Ich głosy mówiły, że nie chcą tego robić i chcą żyć własnym życiem. Moje
postanowienie stało się jasne, uwolnię ich! Nawet za cenę własnego życia. Nie
mogłam postąpić inaczej po tym co usłyszałam. Królowa kontrolowała ludzi za
pomocą melodii „Szept Wróżki”, którą śpiewała swoim mocnym głosem, który
docierał do każdego zakamarka „Teatru lalek”. To po to były mi te słuchawki z
zagłuszającym dźwiękiem, abym nie słyszała tej przeklętej melodii. Szybkim
ruchem ręki nałożyłam je na uszy i wyciągnęłam jeden z mych mieczy. Każdy z
mieczy miał inną zdolność, ale każda zdolność służyła do walki żadna do obrony.
Jeden miecz tworzył strasznie realistyczne iluzje, które wdzierały się do
umysłu moich przeciwników i niszczyły całkowicie ich umysły. Drugi korzystał z
mocy wszystkich żywiołów i mógł je wykorzystywać w różny sposób. Zaś trzeci
przecinał ciemność w sercach ludzi, którzy byli na tyle słabi, aby pozwolić nad
sobą zapanować. I właśnie do tej walki użyję tego trzeciego. Wydobyłam go z
pochwy, a on zalśnił w bladym świetle księżyca. Było to piękne ostrze o kolorze
głębokiej czerni. Był to tak mocny kolor, że można by w nim utonąć, a to tylko
dlatego że zebrałam nim już wiele ciemności z ludzkich serc, a gdy on ją
pochłaniał, czerniał jeszcze bardziej i stawał się ostrzejszy. Dzięki temu mógł
wchłaniać więcej silniejszej ciemności. Przecięłam mym mieczem wszystkie serca marionetek
królowej, które mnie otoczyły. Uwolniłam ich dusze z ciemności oraz
zablokowałam możliwość kolejnej kontroli. Teraz wszyscy byli naprawdę wolni i
mogli zaznać szczęścia. Teraz pozostało mi tylko rozprawić się z samą królową. Ruszyłam
pewnym krokiem do jej pałacu. Moje oczy odzwierciedlały to co działo się teraz
w mojej duszy, a mianowicie byłam pewna swego zwycięstwa i kroczyłam dumnie,
aby je zdobyć. Doszłam do zamku, przecięłam frontowe drzwi i pobiegłam do sali
tronowej. Nikogo tam nie było. Skoro nie ma jej tutaj to na pewno będzie „tam”.
Szłam cichymi , pewnymi krokami
labiryntem korytarzy, aż dotarłam do celu, a mianowicie do skarbca zamku. Była
tak i leżała dumnie w swojej potężnej to znaczy tłustej postaci. Czekała na
mnie. Kochała swoje bogactwa, dlatego nigdy się z nimi nie rozstawała. Nawet
teraz, gdy miała umrzeć nie zrezygnowała z ich bliskości. Chciała wręcz umrzeć
razem z nimi. Bogactwo łatwo jest zdobyć, ale jeszcze łatwiej jest je stracić. Ona
wraz ze swoim grubym cielskiem powstała, aż ziemia zadrżała pod jej ciężarem. Była
ogromna, można by uznać ją za olbrzymkę, ale ona była tylko zwykłym człowiekiem
za bardzo zadufanym w sobie. I teraz to ona zginie z moich rąk. Nie wybaczę jej
ani nie okażę żadnej litości. Wyciągnęłam mój drugi miecz. Miecz żywiołów
oświetlił swoim blaskiem wszystkie skarby brzydkiej wróżki. Lśnił on pięknym
blaskiem, który zabijał demony. Użyłam na niej pięciu moich najsilniejszych
ataków pięciu żywiołów. Atak żywiołu wody „Wodna Planeta”, ogromna kula cieczy
uderzyła w nią powalając ją na ziemię. Cały pałac niebezpiecznie trząsł się tak
jakby zaraz miał się zawalić. Skoczyłam
wysoko w górę i użyłam ataku żywiołu powietrza „Ostrza wiatru”. Wiatr
przyjmował postać sierpów i uderzał w królową dotkliwie raniąc jej cielsko. Z
ran płynęła szkarłatna, królewska krew. Kolejny atak to atak ziemi „Głaz”. Tym
razem przyzwałam wielki głaz, który wręcz można nazwać górą i zgniotłam nim
wroga, głęboko wbijając go w posadzkę. Ściany zamku nie wytrzymały i cała
budowla runęła. Przecinałam mieczem wszystkie kawałki ścian i sufitu, aż
nareszcie stanęłam na górze pałacowego gruzu. Po dłuższej chwili z resztek
zamku wyłoniła się ręka wróżki, po czym wyszła z gruzów całkowicie. Nie
zaprzestałam moich ataków. Kolej na błyskawicę, atak o nazwie „Deszcz Piorunów”.
W powietrzu pojawiały się wielkie, czarne chmury, z których spadały pioruny „smażąc”
tą kobietę jak wieprzowinę. Ostatni kończący atak to ogień, „Ogień Piekielny”.
Był to czarny płomień, który nie gasnął dopóki nie spalił swego celu na popiół.
Po tej całej serii ataków z królowej została tylko kupka popiołu, który został
rozsypany na cztery strony świata przez jej dawnych podwładnych. Królowa nie
żyje, ludzie są wolni, a ja zmęczona padam na miękką trawę zaraz obok pałacu i
odpoczywam. Nie ma możliwości, abym wróciła do mojego świata, ponieważ tylko
wróżka miała moc przerzucania ludzi między planetami. Muszę zostać tutaj, ale
nie przeszkadza mi to. Wiadomo, że jest mi trochę smutno, ponieważ nie spotkam
mamy, popłynęła pierwsza łza, taty, druga łza i wszystkich ludzi z wioski,
teraz z mych oczu płynął potok łez. Płakałam rzewnie przez chwilę po czym
szybko otarłam łzy i uśmiechnęłam się szeroko. Mimo, że stracę wszystko, nie
spotkam już nikogo nigdy, będę za wszystkimi tęsknić to tutaj w tym świecie
zaczyna się moje życie od nowa. Jest tu naprawdę pięknie, a moja dusza i
wspomnienia zawsze pozostaną na Ziemi i nigdy stamtąd nie znikną. Byłam na to
przygotowana, na rozstanie ze wszystkim co znałam i kochałam. Teraz będę żyć w
tym świecie i nauczę tych wszystkich ludzi co to znaczy wolność i szczęście. Po
prostu zaakceptuję ten psikus głupiego losu i będę dalej żyć szczęśliwie. Czy
jest to piękna historia czy nie zdecydujcie sami…
KONIEC.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

