środa, 25 września 2013

Dziewczyna

 Dziewczyna

Spadam, czuję ten delikatny opór powietrza i przenikliwy chłód. Całe moje ciało ogarnięte jest zimnem i przechodzą mnie dreszcze. Mam wrażenie, że moje wnętrzności znajdują się w gardle blokując dopływ powietrza i tym samym utrudniając swobodny oddech. To bardzo nieprzyjemne uczucie, którego z reguły unikam. Czuję już szybki, ciepły a zarazem delikatny oddech śmierci. Lecz czemu spadam? Co ja tu robię? Kim jestem? A może czym jestem? Nie wiem, nic nie wiem. W głowie mam pustkę, kompletną i nieskończoną pustkę. Nagle zwolniłam znacząco i lekko wylądowałam na gładkiej powierzchni. Ciężko stwierdzić co to jest za podłoże. Otwieram oczy i widzę jedynie bezkresną ciemność. Ogarnia mnie ona, pochłania mnie całą i daje poczucie ograniczenia wolności. I co teraz? Co robić? Co się dzieje? Gdzie ja jestem? Rozmyślając w ten sposób bezwiednie ruszyłam naprzód, przemierzałam tą ciemność nie znając celu mojej wędrówki. Po długim czasie męczącego spaceru zauważyłam maleńki promień światła, szybkim krokiem ruszyłam w stronę jego źródła. Z każdym kolejnym krokiem byłam coraz bliżej i bliżej. To światło dało mi nadzieję, nadzieję na to że wydostanę się stąd i poznam odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie pytania.  Gdy dotarłam na miejsce moim oczom ukazał się rozświetlony korytarz, którego końca nie mogłam dojrzeć i nie myśląc za wiele weszłam do niego. Tym razem przynajmniej widziałam własne palce, dłonie i drogę, którą podążam. Szłam przed siebie nie zatrzymując się, doszłam do rozstaju dróg i skręciłam prawo. Jakoś tak bardziej mi odpowiadało sama nie wiem czemu. Po jakimś czasie nie mając siły szłam z opuszczoną głową, posuwałam się naprzód w ten sposób, gdy nagle zobaczyłam buty i nogi. Szybko podniosłam wzrok i ujrzałam dziewczynę. Przyglądała mi się uważnie, lecz w jej oczach można było zobaczyć zaskoczenie i ja obdarzyłam ją takim samym spojrzeniem. Przyjrzałam się jej od stóp do głów. Na oko wygląda na jakieś 15-17 lat. Jest dziewczyną o przeciętnym wzroście, strzelam że jakieś 168 centymetrów. Pociągła twarz, delikatne pućki na policzkach, blada delikatna cera, niezbyt gładka skóra i brak dołeczków w policzkach. Tak wygląda jej twarz bez głębszej analizy, nie ma co się zagłębiać. Jej bystre oczy wpatrujące się we mnie były koloru ciemnegobrązu, były tak ciemne, że podchodziły pod czerń. Na pierwszy rzut oka można by powiedzieć, że ma oczy czarne jak noc. Na małym, kształtnym nosie spokojnie spoczywały okulary, czarno-białe z prostokątnymi szkłami. Usta były pół na pół, dolna warga pełna i widoczna, a górna delikatna i mało widoczna, prawie jakby jej nie było. Usta błyszczały w świetle co znaczyło, że użyła błyszczyka. Średniej długości włosy, kręcone upięte w warkocz, opadający na jej ramię miały kolor ciemnyblond. Głowa osadzona jest na długiej i szczupłej szyi. Patrząc na jej ubiór mogę stwierdzić, że ubrana jest na sportowo. Długie ciemne jeansy, duże trampki na nogach, koszulka koloru białego, a na niej rozpięta szara bluza z długim rękawem i kapturem. Jest to szczupła dziewczyna, ale nie chuda jak jakaś anorektyczka. Przez bluzę nie mogę  stwierdzić dokładnie rozmiaru jej biustu oraz czy ma wcięcie w talii większe czy mniejsze. Lecz gdybym miała stwierdzić tak na oko to powiedziałabym, że biust ma przeciętny, a talię jak każda inna dziewczyna w jej wieku. Jej spodnie kojarzą mi się z ukryciem, długie spodnie, które na jej nogach tworzą małe fałdy materiału. Myślę, że tymi spodniami chce jakoś ukryć swoje nogi. Czemu? Nie wiem. Może ma grube uda albo krzywe kolana. Z tego co widzę to jej nogi są dosyć szczupłe i przeciętnej długości. Patrząc dalej widzę jej dłonie, są nieco duże, długie palce zakończone obgryzionymi paznokciami. Widać to po ich kształcie, mimo że są w trakcie odrastania. W świetle korytarza lśnią delikatnie co znaczy, że są pomalowane bezbarwnym lakierem. Zauważyłam także, że przy jej nadgarstkach, na ramionach i przy szyi wystają jej kości. Są dosyć widoczne, ale nie szpecą jej w żaden sposób. Wróciłam do jej twarzy, zauważyłam uśmiech, ale jej oczy się nie śmieją. Jest osobą smutną, zamkniętą w sobie ukrywającą wszystko pod maską uśmiechu. Widziałam już raczej wszystko. Teraz tylko pozostaje ją dotknąć. Wyciągam rękę przed siebie, ona robi to samo i gdy już przyłożyłyśmy swoje dłonie do siebie, zostałam zaskoczona. Poczułam zimno, dotyk gładkiej szklanej powierzchni. Ach, rozumiem... To tylko lustro, a to jestem ja. Lecz nadal nie wiem kim jestem. Co mam teraz zrobić? Zawrócić? Oparłam się czołem o lustro, zamknęłam oczy, a gdy je otworzyłam ujrzałam biały sufit. Rozejrzałam się w około i moim oczom ukazał się mój pokój. To wszystko to był tylko sen...

KONIEC.

wtorek, 23 lipca 2013

Siostra

Siostra



Ręce, ręce jakiejś lalki mocno oplatające moje ciało, właśnie to widzę w tym momencie. Rozglądam się, nie widzę nic oprócz nieprzeniknionego mroku, spoglądam w górę i widzę spadające kartki? Zdjęcia? Nie, to są rysunki. Wiele rysunków przedstawiających dwie kobiety i mężczyznę, one są radosne, a on cały we krwi. W jednej z kobiet rozpoznałam siebie, tej drugiej nie znałam, a mężczyzny nie mogłam rozpoznać, gdyż jego ciało było zmasakrowane. Dziwne i straszne to były sceny, aż nie mogę na nie patrzeć. Poczułam jeszcze mocniejszy uścisk, z mojego gardła wydobył się cichy jęk bólu, zaczęłam się szarpać, ale to nie przynosi żadnych efektów. Spoglądam do tyłu i widzę kawał drewna wyrzeźbiony na kształt ludzkiej głowy, bez twarzy, bez niczego. Do jego głowy, rąk i nóg przyczepione są ledwo widoczne nitki, które błyszczą w świetle. Właśnie teraz zrozumiałam, że to nie lalka tylko marionetka, a skoro jest marionetką to ktoś musi nią sterować, ale kto? Nagle usłyszałam cichy, melodyjny śmiech kobiety. Przede mną pojawiła się młoda dziewczyna, niższa ode mnie o głowę i najwyraźniej młodsza o kilka lat. Jej twarz zakrywa cień kapelusza, który spoczywa na jej blond włosach. Nie wiem co się dzieje ani gdzie jestem, nie wiem co mam robić. Do rąk blondynki przyczepione są nitki, czyli to ona mnie więzi, ale czemu? Ona nagle poruszyła się i wyciągnęła rękę w moją stronę cały czas śmiejąc się. Zamknęłam oczy, to jedyne co przyszło mi w tej chwili do głowy. Nic nie poczułam, nawet nie wyczuwałam uścisku marionetki, otworzyłam oczy i ujrzałam sufit mojego pokoju. Leżałam w moim wielkim, miękkim łóżku, podniosłam się do pozycji siedzącej i poczułam jak po plecach spływa mi kropla potu. Spojrzałam na siebie, byłam cała zlana kroplami potu, rozejrzałam się po pokoju, byłam sama. Ta kobieta, ten mrok to był tylko sen. Odetchnęłam z ulgą, wstałam z łóżka i podeszłam do lustra. Wyglądam strasznie, jestem cała mokra od potu, ubrania lepią się do mnie, a włosy to istna tragedia, aż patrzeć się nie da. Weszłam do łazienki i wykonałam wszystkie poranne czynności. Ubrałam się w krótkie czarne spodenki i fioletową bluzkę na ramiączka. Po wyjściu z łazienki rozejrzałam się po pokoju, czegoś mi brakowało, a mianowicie kogoś. Brakuje mi mojego chłopaka, powinien być tutaj ze mną, lecz go nie ma. Ciekawe gdzie poszedł tak z rana. Ponownie spojrzałam w lustro, tym razem ukazała mi się piękna Upadła Anielica. Tak, jestem Upadłą Anielicą. Nazywam się Louise, pewnego dnia z niewiadomych mi przyczyn zostałam Aniołem i tak jakoś pozostało. Mam długie, czerwone włosy, które zazwyczaj rozpuszczam, nieraz się zdarzy że je zwiążę. Zielone oczy, którymi zawsze lustruję nowo poznanych ludzi. Ponętna, kobieca figura, która przyciąga wzrok mężczyzn. Jestem po prostu ładniejsza niż pozostałe kobiety, w końcu jestem Aniołem. A co do mojego chłopaka to jest on niezwykle niski jak na swój wiek. Strasznie się denerwuje, gdy ktoś go nazywa niskim, ale jest wtedy taki słodki. Jest blondynem, włosy ma długie do łopatek i zawsze związuje je w warkocz, gdy je rozpuści wygląda jak dziewczyna. Jego imię to Edward, w skrócie Ed. Ma wiele wad jak i zalet, a ja za to wszystko go kocham. Stałam tak przez chwilę, gdy nagle poczułam przyjemny zapach, podążyłam za tą wonią i zaprowadziła mnie ona do kuchni. Gdy zajrzałam do środka, Ed robił śniadanie, miał na sobie fartuszek! Pasuje mu ten fartuszek, słodko w nim wygląda, zaśmiałam się wesoło i przez to mnie zauważył. Odwrócił się i spojrzał na mnie swoimi złotymi oczami w które tak bardzo lubię się wpatrywać.
-Już wstałaś? Wszystko w porządku?-zapytał nie odrywając ode mnie wzroku.
-Całkiem niedawno się obudziłam. Tak, a czemu pytasz?-wpatrywałam się w niego zaskoczona.
-Gdy spałaś, wyglądałaś jakbyś miała koszmar, a że martwię się o ciebie to zapytałem.-odpowiedział uśmiechając się do mnie. Poczułam, że do oczu napływają mi łzy, nabrałam ochoty żeby go przytulić i to zrobiłam. Wtuliłam się w niego, rzewnie płakałam i opowiedziałam mu cały mój sen. On w milczeniu wysłuchał wszystkiego co mam do powiedzenia. Przez cały czas delikatnie głaszcząc mnie po głowie.
-I to już wszystko.-gdy skończyłam opowiadać spojrzałam na niego.
-Nie martw się, to był tylko sen. Jestem tu z tobą, nie masz się czego bać.-rzekł, po czym mnie pocałował, był to delikatny, a zarazem namiętny pocałunek. Gdy odsunęliśmy się od siebie zauważyliśmy, że to co miało być naszym śniadaniem całkowicie się spaliło i musieliśmy robić wszystko od nowa, ale przynajmniej było zabawnie. Poprosiłam go, abyśmy spędzili cały dzień razem poza domem, oczywiście zgodził się. Edward nigdy mi nie odmawiał. Nasza randka zaczęła się od wizyty w wesołym miasteczku. Wokół nas jest pełno różnych atrakcji i różnorodnych barw. Kolorów temu miejscu dodają ludzie, dekoracje i rozmaite świecidełka. Jako, że lubię emocje szargające nerwy i niesamowitą szybkość od razu poszliśmy na kolejkę górską, oczywiście usiedliśmy na samym początku. Przejechaliśmy się kilka razy zanim poszliśmy dalej. Następne były obrotowe filiżanki, oboje kręciliśmy najmocniej jak potrafiliśmy i dzięki temu uzyskaliśmy zadowalający nas efekt. Po tym trochę kręciło nam się w głowach, ale i tak ruszyliśmy dalej, tym razem na samochodziki. Na początku jeździliśmy jak najszybciej i uderzaliśmy w siebie nawzajem, później zrobiliśmy sobie wyścig. To ja wygrałam! Jestem wspaniałym kierowcą! O tak! Kiedyś musimy to powtórzyć. Chodziliśmy tak z miejsca na miejsce i śmialiśmy się razem wesoło. Zrobiliśmy sobie zdjęcia w budce, na kilku mieliśmy dziwne, a zarazem śmieszne miny, na innych razem się śmialiśmy, a na jeszcze innych całowaliśmy. To taka pamiątka z tej randki. Przed wyjściem poszliśmy do domu strachów. Było tam pełno duchów, potworów i sceneria wprost z nawiedzonego cmentarza. Dla innych ludzi był to istny horror, a dla nas tylko kilka zabawek, bądź przebranych ludzi. Mimo wszystko czegoś się przestraszyłam, a mianowicie pająków, jak się później okazało były one gumowe. Nienawidzę pająków! To dla mnie największe zło na świecie. Są obrzydliwe, owłosione, te ich oczy… Brr…po prostu ohyda! Nie mogę na nie patrzeć, a co dopiero dotykać! Gdy tak na mnie spadły znikąd wybiegłam na zewnątrz z krzykiem. I na tym skończyła się nasza wizyta w wesołym miasteczku. Nadeszła pora obiadu, więc poszliśmy do restauracji, w której jesteśmy stałymi klientami. Przy jedzeniu rozmawialiśmy, śmialiśmy się i piliśmy czerwone wino. To nasz ulubiony trunek, gdyż nie ma za dużo procentów i jest całkiem dobry w smaku. Po posiłku poszliśmy na karaoke. Ja lubię śpiewać, mam do tego odpowiedni głos i nie przechwalając się jestem w tym całkiem dobra. Edward zaś śpiewa jakby słoń nadepnął mu na ucho. Jego śpiew to czysty fałsz, ale przynajmniej mam z czego się pośmiać. Dużo śpiewaliśmy, robiliśmy przy tym wiele hałasu, gdy już skończyliśmy strasznie bolały nas gardła. Gdy wyszliśmy na zewnątrz już było ciemno, więc zaczęliśmy iść w stronę domu. Szliśmy, wcale się nie śpiesząc, rozmawialiśmy i patrzeliśmy na miliony gwiazd na niebie. Błyszczały one pięknym blaskiem na tle granatu nocnego nieboskłonu. Szliśmy trzymając się za ręce i nie odstępując siebie nawzajem ani na krok. Nagle przestrzeń przed nami zaczęła jakby pękać, skruszyła się jak szło, a za tym był nieprzenikniony mrok z którego wyszedł człowiek, nie to nie to, to marionetka! Jest tak łudząco podobna do człowieka, że można się pomylić zwłaszcza gdy jest tak ciemno. Wyciągnęła ona swoje ręce w naszą stronę i sypnęła nam czymś w twarze. Zaczęło mi się kręcić w głowie, oddech przyśpieszył, a obraz zaczął się zamazywać. Razem z Edwardem osunęliśmy się na ziemię, ostatni scena, którą jeszcze dane mi było zobaczyć to ręce marionetki zbliżające się w moją stronę coraz bardziej i bardziej, później widziałam tylko ciemność. Obudziłam się, gdyż poczułam nieprzenikniony ból w całym ciele. Otworzyłam oczy, nadal mam przed sobą niewyraźny obraz. Do mojego nosa dotarła delikatna woń, woń kwiatu, a mianowicie róży. Lubię ten kwiat, lecz nie jest moim ulubionym. Spróbowałam się ruszyć, ale nic to nie dało. Coś krępowało moje ruchy i coś dotkliwie mnie raniło przecinając moją skórę. Czułam jak po moich rękach i nogach spływa ciepła krew. Najbardziej lubię lilię. Mój wzrok powrócił do normalnego stanu. Rozejrzałam się, moje ciało skrępowane było ciernistymi łodygami dzikiej róży. Te kolce rozcinały me ciało i sprawiały mi tyle bólu. Jak mam się z tego wydostać? Usłyszałam melodyjny śmiech kobiety, taki sam jak w moim śnie! Przede mną pojawiła się dokładnie ta sama dziewczyna w kapeluszu. Ręką trzymała włosy Edwarda, który był zalany krwią i najwidoczniej był nieprzytomny. Już chciałam zacząć krzyczeć, wyrywać się i przeklinać tą wstrętną babę, lecz to ona pierwsza zaczęła mówić.
-Witaj, kochana. Zajęłam się twoim Edwardem, tylko by nam przeszkadzał.-spod kapelusza wydobył się złowieszczy śmiech dziewczyny.
-Kim jesteś do cholery?! Czemu zrobiłaś to wszystko?-krzyknęłam przepełniona złością.
-Jesteś taka niemiła. Ja to wszystko zrobiłam dla ciebie.-powiedziała ponownie śmiejąc się. Ściągnęła kapelusz i ukazała mi się niezwykła piękność. Była to długowłosa blondynka o ciemnoniebieskich oczach. Uśmiechała się, lecz jej oczy były pełne smutku. Spojrzała na mnie, ja patrzałam na nią wrząc z wściekłości. Chciałam jak najszybciej ją zabić, zatopić w niej jakieś ostrze, zobaczyć jej krew i twarz pełną agonii.
-Dla mnie? Dlaczego? On żyje, prawda? Nie zabiłaś go?-zapytałam, a mój głos drżał.
-Nie, chcę go zabić na twoich oczach. Chcę, abyś przestała go kochać. Chcę, żebyś widziała tylko mnie, żebym była całym twoim światem. Siostrzyczko~!-powiedziała iście jadowitym głosem.
-O czym ty mówisz?-zapytałam, a moje oczy poszerzyły się ze zdziwienia.
-Jestem Calia, a ty jesteś moją starszą siostrą Louise! Kocham cię! Dlatego chcę, żebyś cierpiała, a na końcu pokochała mnie!-odpowiedziała mi śmiejąc się.
-Ty jesteś szalona!-krzyknęłam odczuwając wzrastającą niechęć do niej.
W tym czasie ona rzuciła Edwarda tuż pod moje nogi, wyciągnęła sztylet i stanęła nad nim.
-Powiedz mu „Żegnaj”, siostrzyczko!-syknęła uśmiechając się diabelnie.
-NIE! PRZESTAŃ!-krzyknęłam zrozpaczona.
Nie posłuchała mnie, chwyciła sztylet oburącz, ostrzem do dołu, całym ciałem z całą siłą wbiła go w brzuch chłopaka, dźgała go kilkakrotnie. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy i mieszały się z moją krwią na ciele. Moje uczucia eksplodowały. Odczuwałam strach, smutek, bezsilność, a zarazem złość i nienawiść. Teraz chęć mordu opanowała mnie całkowicie, teraz przed oczami miałam tylko różnorodne sposoby na to aby zabić tą kobietę. To uczucie nienawiści które miałam w sobie zaczęło mnie zżerać od środka, moje ciało zaczęło lśnić. Pojawiły się moje anielskie skrzydła, oczy przybrały barwę intensywnej zieleni i zaczęły iskrzyć się szmaragdowym blaskiem. Zaczęłam rozrywać te pnącza dzikiej róży, a Calia wpatrywała się we mnie zaskoczona. Poczułam gorąco w środku mojego ciała, a po chwili zaczął wydobywać się ze mnie niebieski płomień. Wszystko naokoło mnie zaczęło płonąć. Uwolniłam się i teraz mogłam już ją zabić. Uniosłam rękę, skierowałam ją w jej stronę i płomień strzelił w jej stronę. Dziewczyna machnęła rękami, przed nią pojawiła się kukła, najwyraźniej była odporna na ogień, gdyż posłużyła jako tarcza a i tak pozostała nienaruszona. W tym czasie Calia wybiegła z sali. Spojrzałam na mojego ukochanego, leżał w kałuży krwi, rozdarłam moją koszulkę i zabandażowałam go, lecz wiedziałam że to nie wystarczy na długo, muszę zabrać go do szpitala. Muszę szybko zakończyć tą piekielną walkę. Szybko ruszyłam za tą szaloną dziewuszką. Biegłam korytarzami pełnymi jakichś obrazów, natrafiłam na jedno okno. Wyjrzałam na zewnątrz, krajobraz rozciągający się przed moimi oczami był jak z horroru. Wielkie wzgórze, straszny dwór w którym aktualnie się znajduję i w dole cmentarz pełen duchów. Przeszły mnie dreszcz, nie chcąc widzieć tego krajobrazu pobiegłam dalej. Ona czekała na mnie w kolejnej sali, ta była większa i bardziej oświetlona od poprzedniej. Stała na środku i była gotowa do walki. Byłam odziana w niebieskie płomienie, a na plecach miałam skrzydła i moje oczy lśniły, teraz to już na pewno wyglądam na Upadłą Anielicę. Calia zaczęła walkę. Miotała we mnie zatrutymi ostrzami, igłami i drewnianymi kołkami. Jej marionetka zastała przy niej, aby ją chronić. Stworzyłam ścianę ognia, która stopiła wszystkie bronie. Jako kontratak użyłam kul ognia. Dziewczyna zasłoniła się lalką, a ta znowu nie odniosła obrażeń od ognia. Musi być wzmocniona jakimś materiałem. Gdy bliżej przyjrzałam się tej marionetce zauważyłam, że ma kobiece kształty i wymiary podobne do moich. Podobne? Nie, zaraz… One są takie same! Ta marionetka to ja?
-Widzę że zauważyłaś.-zaśmiała się.
-Po co stworzyłaś taką kukłę?-zapytałam.
-Chciałam być bliżej ciebie, ale gdy poszłam cię zobaczyć, zauważyłam że mnie nie pamiętasz, na ulicy minęłaś mnie jak obcego człowieka. Byłaś szczęśliwa z tym wstrętnym chłopcem! Lecz ten kawałek drewna mi nie wystarczyła, zachciałam dotykać ciepłej, miękkiej skóry i stwierdziłam, że najpierw muszę wyeliminować tego chłoptasia!-krzyknęła, a jej twarz wykrzywił grymas niezadowolenia.
-To ty jesteś wstrętna! Nienawidzę cię! Jesteś szaloną dziwaczką!-rzekłam głosem pełnym nienawiści i niechęci, a także obrzydzenia.
Jej twarz spochmurniała, a oczy zaszkliły się, usta zaczęły drgać.
-Muszę cię tu zatrzymać siłą, siostro.-powiedziała smutnym głosem.
-Spróbuj!-krzyknęłam.
Użyłam moich mocy, aby stworzyć miecz ognia. Ona dalej posługiwała się marionetką. Ta imitacja mnie samej ruszyła na mnie, zablokowałam ją ostrzem, zaczęłam atakować, przecinałam najsłabsze punkty lalki, a mianowicie połączenia tak zwane stawy. Po wielu cięciach odskoczyłam, oddychałam szybko, a mój atak okazał się kompletnie bezużyteczny. To jest dziwne! To drewno, powinno spłonąć! Powoli zaczęłam analizować sytuację odpierając ataki kukły. Myśl, no myśl! To coś tak zwinnie się rusza! Rusza? No właśnie! Te nitki nie są tak odporne. Odbiłam się od posadzki, w powietrzu wyszukałam wzrokiem nikłego blasku nici i przecięłam je, marionetka bezwładnie opadła na podłogę. Ona pozostała bezbronna. Podeszłam do niej i spojrzałam w jej oczy.
-Żegnaj ty niepoprawna dziwaczko.-powiedziałam uśmiechając się i moim mieczem z płomieni przebiłam jej serce. Jej twarz wykrzywił grymas bólu. Po chwili zaczęła płonąć, krzyczała przeraźliwie w agonii. Biegała na około i jej przeraźliwy krzyk mógł rozerwać czyjeś serce na strzępy, ale na pewno nie moje. Zabiłam ją z zimną krwią, z uśmiechem na twarzy, gdyż całą sobą jej nienawidziłam. Po dłuższej chwili krzyk ucichł, a ona wyskoczyła przez jedyne okno w tej sali. Posadzka zaczęła pękać, rozpadła się, a ja zaczęłam spadać w nieprzeniknioną ciemność. Obok mnie spadał Edward, złapałam jego rękę przyciągnęłam do siebie, próbowałam wzlecieć, ale nic to nie dało, dalej spadaliśmy. Nagle zwolniliśmy i lekko opadliśmy na ziemię. Rozejrzałam się, byliśmy w tym samym miejscu w którym zniknęliśmy. Za nami było to pęknięcie, które po chwili zniknęło. Spojrzałam na blondyna, jego rany zniknęły. Ja sama również powróciłam do pierwotnego stanu. Byliśmy w innym świecie, wraz ze śmiercią Calii tamten świat zniknął i tym samym my wróciliśmy do siebie. To już koniec… Udało mi się! Ed żyje, wróciliśmy do siebie! Lepiej być nie może! Nagle w mojej głowie usłyszałam cichy szept.
-Dziękuję za tą krótką chwilę siostro. Kocham cię. Żegnaj.
Tak zakończyło się moje spotkanie z młodszą siostrą. Czekałam, aż Edward odzyska przytomność. Gdy tylko tak się stało pocałowałam go czule i wróciliśmy do domu.
KONIEC. 
Calia:

środa, 12 czerwca 2013

Alice

ALICE


Alice, to moje imię nadane mi zaraz po moich narodzinach przez moją matkę. Lubię je mimo wielu nieprzyjemności związanych z nim. Często jestem porównywana do sąsiadki, która jest moją imienniczką. Wszyscy uważają, że jest ode mnie piękniejsza. Ja mam inne zdanie, a przede wszystkim nie uważam że jestem brzydka. Na pewno jestem od niej mądrzejsza. Posiadam bogaty księgozbiór i bujną wyobraźnię. Zazwyczaj noszę zielone ubrana, gdyż jest to mój ulubiony kolor. Najczęściej chodzę w prostej, przewiewnej, jasnozielonej sukience. Włosy koloru mocnego szkarłatu sięgające kolan zawsze związane są w warkocz. Włosy związuję niebieską wstążką, którą otrzymałam od ojca, gdy byłam mała. Na szyi nosiłam wisiorek w kształcie róży białego koloru, to była jedyna rzecz jaka została mi po matce. Jestem wysoką kobietą o szczupłej sylwetce. Posiadam wcięcie w talii oraz ponętne, pełne piersi. Moje błękitne, bystre oczy przykuwały uwagę i każdy lubi się w nie wpatrywać, a zwłaszcza mój młodszy brat Igor. W ogóle nie byliśmy podobni, ponieważ mieliśmy różne matki. Moja umarła po porodzie, więc ojciec ponownie się ożenił. Igor ma szmaragdowe oczy oraz kruczoczarne włosy. Mimo, że jesteśmy bardzo różni to i tak go kocham, w końcu to mój młodszy braciszek. Pewnego dnia spacerowała po ogrodzie mojej matki pełnym czerwonych i białych róż. Niespodziewanie ogarnęła mnie nieprzenikniona ciemność. Rozglądnęłam się nerwowo, na około mnie nie było nic prócz ciemności. Stałam w bezruchu, gdy nagle poczułam że spadam. Wystraszyłam się, bicie mojego serca znacznie przyśpieszyło i miałam wrażenie, że moje wnętrzności aktualnie znajdują się w moim gardle. Paskudne uczucie… Nie wiedząc co mam robić, jedyne o czym pomyślałam to zamknięcie oczu. Spadałam nieprzerwanie czekając na straszliwy koniec. Oczekiwałam bólu i śmierci, zamiast tego usłyszałam ciche „plusk”, poczułam delikatne uderzenie, a po krótkiej chwili już byłam cała mokra. Po krótkiej walce w środku mojej głowy zdecydowałam się otworzyć oczy. Zobaczyłam to czego w ogóle nie spodziewałam się zobaczyć. Ujrzałam rozległą kałużę, gęsty i wysoki las, a nad głową miałam błękitne niebo. Widok był przepiękny, nie wiedziałam gdzie mam oczy podziać zwłaszcza, że dookoła przechadzały się dzikie zwierzęta. Gdy już się opanowałam, wstałam na równe nogi i spojrzałam na siebie. Byłam cała w błocie, a włosy zamiast mieć kolor czerwieni były koloru brązowego. Nie wiedziałam gdzie jestem, więc weszłam w głąb lasu w poszukiwaniu jakiegoś miasta bądź istoty żywej oraz rozumnej. Szłam prosto przed siebie, przedzierałam się przez gęste krzaki przez bardzo długi czas, a końca lasu nie było widać. Zmęczona, nie mając sił aby iść dalej usiadłam pod rozłożystym drzewem. Spokojnie, miarowo oddychałam i wsłuchiwałam się w szum lasu było to orzeźwiające tchnienie natury. Gdy tak słuchałam każdego chodź by najmniejszego dźwięku, do moich uszu dotarł tętent kopyt. Zaczęłam szybko rozglądać się na około, po chwili dostrzegłam elfa ujeżdżającego kucyka Pony. Był to wysoki mężczyzna, a przez ubrania było widać jego umięśnione ciało. Blond włosy związane wstążką sięgały mu do pasa, a jego zielone oczy wpatrywały się we mnie. Jego kuc był czarny i nieco większy niż przeciętny kuc, a na głowie miał długi róg jednorożca i srał tęczą. Był to kuc o długich nogach i złotych oczach. Na jego boku widniał tatuaż rozgałęzionej biało-niebieskiej błyskawicy. Wpatrywałam się w elfa i kucyka, ich widok zaparł mi dech w piersiach, ponieważ był przekomiczny. Gdy nasze oczy się spotkały już nie mogłam wytrzymać i zaczęłam się głośno śmiać. Zaczęłam delikatnie trząść się ze śmiechu, w kącikach moich oczu pojawiły się łzy szczęścia i brzuch zaczął boleć mnie od tej głupawi.

-Zamknij się głupia babo.-rzekł surowym tonem piorunując mnie wzrokiem.

-Głupia babo?! Jak śmiesz tak do mnie mówić?!- krzyknęłam oburzona i spojrzałam na niego. Przyglądałam mu się chwilę, po czym uśmiechnęłam się.- Przepraszam, ale co taka samotna, wątła dziewczynka jak ty robi sama w tym niebezpiecznym lesie?

-Jesteś ślepa czy niedowidzisz?- krzyknął, a jego twarz wyrażała złość.-Jak możesz mnie porównywać do dziewczyny? Jestem zbyt zajebisty by być dziewczyną.

-Dla mnie wyglądasz jak dziewczyna i będę cię nazywać Blondi.

 -Zamknij się w końcu i przestań mnie obrażać! Jestem Basch i jestem elfem z królewskiego rodu! Jesteś głupią niewdzięcznicą!

-Że jak?! Niby ja? To ty pierwszy mnie obraziłeś! Czemu niby jestem niewdzięcznicą?

-Najpierw się przedstaw, wtedy ci wszystko wyjaśnię.

-Dobra, mam cię już dość. Jestem Alice. Nie miło mi cię poznać.

-Mnie również. Ty, jesteś kobietą z przepowiedni naszej kapłanki. Jesteś tą, która uratuje nasze Królestwo Elfów. Zabiorę cię do stolicy, do Mordoru.

-Łaaa…jaka złowieszcza nazwa.-westchnęłam.- No cóż, chyba nie mam wyboru… Pojadę z tobą, ale myślę że się mylisz co do mnie. Jestem zwykłą dziewczyną w kwiecie wieku.

-Skończ już gadać i wsiadaj.-podał mi rękę i pomógł mi wsiąść na kucyka imieniem Rafael. Podróż była długa i męcząca, gdy dotarliśmy na miejsce słońce już zachodziło. Mordor znajdował się na wzniesieniu, na samym szczycie tego wzgórza górował ogromny zamek za wieloma wieżami. Na około zamku coraz niżej wzniesienia znajdowały się domy różnej wielkości i różnokolorowe. Każdy dom odznaczał się czymś innym. Białe mury zamku i jego czarne wieże wyglądały niesamowicie pięknie w blasku zachodzącego słońca. Gdy tylko weszłam do pałacu służki pochwyciły mnie i zabrały do oddzielnej komnaty. Doprowadziły one mnie do stanu używalności, zostałam ciasno ściśnięta gorsetem i ubrana w ciemnoniebieską sukienkę z dużą ilością różnych ozdób w postaci wstążek, brokatu i materiałowych srebrnych kwiatów. Włosy umyte, rozczesane, pozostały rozpuszczone, więc spoczywały na moich ramionach, piersiach i plecach. Po tym wszystkim zostałam przyjęta w sali tronowej przez króla elfów. Gdy mijałam Bascha, nie wiedział gdzie ma wzrok podziać i wpatrywał się we mnie jak w obrazek.

-Witamy zbawicielsko świata!- tymi słowami mnie przywitał.

-Witam, Wasza Wysokość.-jako dobrze wychowana dziewczyna ukłoniłam się.

Otrzymałam od niego miecz, duży, wspaniały i ostry lśnił srebrnym blaskiem w świetle pałacowych lamp. Po krótkim przyjęciu i pożegnaniu król odszedł na spoczynek. Następnie zaprowadzono mnie do kapłanki, która przepowiedziała moje nadejście. Siedziała na środku kręgu w wielkiej sali, medytowała w ciszy, więc się nie odzywałam i oczekiwałam na to aż ona zacznie mówić. Usiadłam na chłodnej posadzce i obie w całkowitej ciszy i ciemnościach siedziałyśmy przez jakiś czas. Nagle ona poruszyła się, otworzyła oczy i spojrzała na mnie.

-Wiesz czemu tu jesteś?- zapytała melodyjnym głosem.

-Nie, nie wiem o co w tym wszystkim chodzi. Każdy mówi, że jestem wybawicielką świata, ale ja nie jestem nikim specjalnym, tylko zwykłą dziewczyną. Wyjaśnisz mi co tu się dzieje?

-Nasze Królestwo jest niszczone przez siły ciemności, od kilku lat prowadzimy wojnę z cienistymi zjawami. Nie dajemy im rady, a pewnej nocy nawiedziła mnie wizja. Ujrzałam w niej piękną, szkarłatno włosą dziewczynę z naszym legendarnym mieczem w ręce, która lśni niczym anioł i odpędza z naszego świata ciemność. Tą kobietą jesteś ty Alice. Zbliża się ostateczna bitwa w której weźmiesz udział i nas ocalisz. Za pomocą mojej mocy sprowadziłam cię do naszego świata. Proszę pomóż nam, ocal nas Aniele.-gdy skończyła mówić pokłoniła mi się dotykając twarzą posadzki. Powoli w swojej głowie analizowałam jej słowa, nagle spostrzegłam że ona nadal trwa w swoim głębokim ukłonie. Szybko podeszłam do niej i podniosłam ją.

-Przestań. Nie musisz tego robić. Pomogę wam. Zrobię co w mojej mocy, aby sprostać zadaniu, ocalę was i będziecie mogli być ze mnie dumni.-rzekłam pewnie wpatrując się w jej oczy.

-Dziękuję ci, Aniele.-przytuliła mnie mocno, a gdy już mnie puściła wyciągnęła zza płaszcza talię kart i wręczyła mi ją.-To cząstka mojej mocy, mam nadzieję, że ci się choć trochę przyda.

-Dziękuję.-uśmiechnęłam się.

Po tym pożegnałam się z nią, a pokojówka którą mi przydzielono odprowadziła mnie do mojej komnaty. Po dobrze przespanej nocy miał się rozpocząć mój trening posługiwania się mieczem, miał być on krótki, a moim instruktorem został Basch. Tym razem ubrana byłam w białą koszulę schowaną w spodnie koloru czarnego, których nogawki zanikały we wnętrzu wysokich, brązowych butów. Na bitwę miałam założyć zbroję stworzoną specjalnie dla mnie z wytrzymałego i lekkiego metalu. Ku mojemu zdziwieniu Basch zmienił swoje nastawienie do mnie, był milszy i już mi nie dokuczał. Był dobrym nauczycielem, wszystko dokładnie tłumaczył i był wymagający. Dzięki jego zdolnościom władanie mieczem udało mi się opanować do perfekcji w bardzo krótkim czasie. Następnie sprezentowano mi mojego kucyka. Był on różowy, miał duże, zielone oczy, niebieską grzywę i ogon. Na lewym boku widniał tatuaż tęczy, a jego kopyta zdobiły srebrne podkowy. Był on masywnym kucem i jak to ujął stajenny bardzo wytrzymały.  Wszystko było dobrze, tylko ten rażący kolor, na dodatek był koloru którego najbardziej nienawidzę, ale nic nie mogłam z tym zrobić, a z resztą zbliża się walka, więc nie mogę być wybredna. Następna była przymiarka zbroi, o dziwo pasowała idealnie nawet jeśli kowal nie mierzył moich wymiarów. Jak to możliwe, że zrobił to tak precyzyjnie? Ech…tyle już tu zobaczyłam, że chyba nic mnie nie zdziwi. Po przymiarce zbroi przyszedł czas na naukę jazdy konnej. Najpierw w normalnych ubraniach uczyłam się podstaw, później nauczyłam się skoków i odpowiednich manewrów na wojnę. W końcu przyszedł czas na jazdę próbną w zbroi. Poszło mi całkiem dobrze, zaprzyjaźniłam się z Destoyer’em. Tak właśnie nazwałam mojego różowego kucyka – Destroyer. Po całym dniu treningów zmęczona odprowadzałam kuca do stajni, gdy usłyszałam śpiew, wytężyłam słuch, aby zrozumieć słowa:

 „Mój mały kucyk, mój mały kucyk
Aaaaa aaa

Mój mały kucyk!
Z nim co dnia przyjaźni czuję smak!

Mój mały kucyk!
Kiedy ujrzę go to pędzę jak wiatr!

Czułe serce,
Magii czar
Naszej przyjaźni wielki dar!

Mamy razem, przygód moc...
w krainie marzeń razem dzień i noc!

Hej ,mój kucyku,
Blask magii niech otuli dziś nas!”

Myślałam, że już nic mnie nie zaskoczy i to był mój błąd. Kto normalny śpiewa takie piosenki? Muszę szybko załatwić sprawy w tym świecie i wrócić do domu. Odprowadziłam Destroyera i udałam się na spoczynek. Następne dni spędziłam na treningach, aby udoskonalić moje umiejętności. W tym czasie poznałam również inne istoty żyjące w tym świecie. Poznałam krasnoludów, wśród nich była jedna kobieta. Walczyła ona za pomocą młota i jej imię brzmiało Camille, a jej mężem był nieco tchórzliwy Andrew.  Spotkałam również ludzi śniegu, szczególnie zaprzyjaźniłam się z ich przywódcą Dave’m. Poznałam wielu ludzi, których imiona pamiętam i których lubię, oraz których nigdy nie zapomnę. Po dwóch tygodniach nadszedł czas na ostateczną bitwę, która zadecyduje o losach wielu istot żywych. Cała armia w pełnym uzbrojeniu czekała na placu przed zamkiem na wymarsz. Każdy stał przy prawym boku swego kuca i tylko czekał na rozkaz dowódcy. Jeszcze przed odejściem wojska król wygłosił przemowę:

-Jesteśmy dziećmi tego świata. Nie wiemy co nadejdzie jutro. Jeśli umrzemy to umrzemy, jeśli przeżyjemy to przeżyjemy. A teraz dajcie z siebie wszystko w imię ojczyzny i swoich ukochanych rodzin. Walczcie, chrońcie mój lud i powróćcie do mnie żywi moi synowie.

Kończąc przemowę delikatnie się ukłonił i uśmiechnął do zgromadzonych żołnierzy. Dowódca dał nam znak abyśmy dosiedli swoje wierzchowce. Wszyscy zsynchronizowani, równocześnie wsiedli na kuce. Wyprostowani z dumnie uniesionymi głowami skierowaliśmy się do głównej drogi, która przebiegała przez całe miasto, a następnie wiodła na pole walki. Gdy przejeżdżaliśmy przez miasto, żegnały nas zapłakane rodziny wszystkich żołnierzy. Jechaliśmy w parach, obok mnie jechał Basch z twarzą, która nie wyrażała żadnych uczuć. Ja miałam mieszane uczucia. Czułam strach, zmartwienie, ale zarazem podekscytowanie. Starałam się zachować kamienną twarz jak mój towarzysz, ale w ogóle mi to nie wychodziło. Po długiej podróży dotarliśmy na pole walki. Ustawiliśmy się w zwartym szyku bojowym i oczekiwaliśmy. Długo czekać nie musieliśmy, już po 40 minutach po naszym przyjeździe niebo na północy zaczęło ciemnieć, a po ziemi mknęły czarne postaci zjaw z najgorszych koszmarów. Przełknęłam głośno ślinę, rozglądnęłam się na około i spostrzegłam strach w oczach wszystkim obecnych tu istot. Nie zwlekając długo wyjechałam kilkanaście metrów przed szereg, zwróciłam się do nich twarzą, wyciągnęłam miecz zwróciłam go ku błękitnemu niebu i pełna odwagi oraz pewności siebie zaczęłam krzyczeć.

-Nie lękajcie się! Umrzemy lub przeżyjemy! Taki już nasz los! Musimy dać z siebie wszystko, aby ocalić ten świat! Pokażcie mi ile siły w sobie macie, kim tak naprawdę jesteście i dlaczego wstąpiliście do tej armii! Zwyciężymy i wrócimy do domu!

Skończyłam, Destroyer nagle stanął dęba głośno rżąc, słońce oświetliło mnie, a oni przez chwilę wpatrywali się we mnie zdumieni po czym unieśli swe miecze i krzyknęli.

-Tak jest! Pójdziemy po śmierć lub po wolność! Zwyciężymy! Aniele prowadź nas!

Teraz to ja dowodziłam tą armią, zwróciłam mojego kuca w stronę armii zjaw i dałam sygnał do ataku. Sama na czele tego wojska ruszyłam przed siebie z mieczem w ręce. Na początek postanowiłam użyć kart, które dostałam od kapłanki. Wyciągnęłam pierwszą lepszą, widniał na niej gigantyczny wojownik we wspaniałej zbroi z maczugą tak wielką jak on sam i tarczą. Rzuciłam kartę daleko przed siebie, usłyszałam huk, w powietrzu unosiła się chmura pyłu, a z niej wyłonił się owy wojownik. Następne karty to były: dzikie zwierzęta, różne bronie, a nawet bronie żywiołów. Zjawy otoczyły mnie, więc musiałam walczyć za pomocą miecza. Odpierałam ich ataki i kontratakowałam. Używałam całej swej siły. Walka niemiłosiernie się przeciągała i była ciężka. Jednego ataku nie zdołałam odtrącić przez co moje karty wysypały mi się z rąk. Kolejnym atakiem zjawa wytrąciła mi miecz z ręki. Cudem została mi jedna karta, spojrzałam na nią i ujrzałam miotacz ognia. To była moja ostatnia deska ratunku. Użyłam jej i już po chwili upiór był spowity morzem ognia. Zaczął wyć w agonii i uciekać, aby następnie umrzeć. Zrozumiałam, że to najbardziej ogień szkodzi tym istotom. Zaczęłam biegać po całym polu bitwy paląc wszystkich napotkanych wrogów. Czułam się trochę jak szaleniec, ale było to całkiem zabawne. Gdy już skończyłam z ostatnim z żołnierzy armii ciemności pojawił się ich król. Był ogromny, spowity czarny płaszczem, kaptur zasłaniał jego twarz, a w ręce trzymał ogromną kosę. Gdy patrzałam w miejsce gdzie powinna być twarz, czułam się dziwnie, tak jakby uchodziło ze mnie życie. Moje oczy zaczęły się zamykać, już miałam się temu poddać gdy z transu wybił mnie nie kto inny jak Basch. Pozbierałam się, już nie patrzałam w jego twarz tylko na jego posturę. Zaatakowałam go ogniem, z niezwykłą prędkością uniknął go i machnął swoją kosą. Sam wiatr wytworzony przez to oręż sprawił, że nogi się pode mną ugięły i podłam na ziemię. Jak mam pokonać to monstrum? Jeszcze kilka razy próbowałam akcji a ogniem, ale żadna się nie powiodła. Gdy już straciłam nadzieję ujrzałam Bascha, który wspinał się po ramieniu Króla Cieni. Wbił on miecz w jego ramię i obwiązał je Nicią Elfów, tym samym unieruchamiając jego rękę, którą wymachiwał kosą. Chciałam wykorzystać okazję i pokonać go. Znowu próbowałam ogniem, ale jemu nic to nie robiło. Zaczęłam uważnie mu się przyglądać, po czym wpadłam na pewien pomysł. Zaczęłam się wspinać po nim i stanęłam na jego ramieniu.

-Żegnaj, Królu Cieni.

Spojrzał na mnie, a ja celując mu prosto w twarz użyłam ognia. Rozległ się przeraźliwy krzyk, szamotał się w ostatnich chwilach życia. Padł na ziemię, przez jakiś czas krzyczał w niebogłosy po czym zniknął, nic po sobie nie zostawiając. To był już koniec. Stanęłam wyprostowana i spojrzałam na żołnierzy stojących przede mną. Uniosłam swoją rękę z zaciśniętą pięścią i krzyknęła.

-To już koniec ciemności i cierpienia! Zwyciężyliśmy!

Rozległy się krzyki radości, ranni byli opatrywani, umarli chowani, a zdrowi i żywi śpiewali pieśń na zakończenie wojny.


„Smutna rzeka księżyc po niej pływa,
Senne dłonie chyli nad nią klon.
Śpij, dziecino, nikt się nie odzywa.
Śpi w mogiłach zakopana broń.



Smutna rzeka księżyc w dal odpływa,
W mrokach nocy błyszczy wody toń.
Śpij, dziecino, nikt się nie odzywa.
Śpi po lasach zakopana broń.



Smutna rzeka usnął las cienisty,
Ciemna noc na liściach kładzie dłoń.
Śpij dziecino, śpij żołnierski synu.
Już niedługo odkopiemy broń.



Smutna rzeka usnął las za górą.
Wieś usnęła, zasnął nawet klon.
Śpij dziecino, partyzancka córo.
Idziemy w lasy by wykopać broń.”

Przyglądałam się im z uśmiechem na ustach widząc ich radość. Nagle wszystko zaczęło wirować mi przed oczami. Upadłam na ziemię i ponownie ogarnęła mnie ciemność. Po chwili otworzyłam oczy i ujrzałam rozłożyste gałęzie drzewa. Rozejrzałam się naokoło, byłam w ogrodzie, a na mojej klatce piersiowej leżała książka. To był tylko sen... Ach, ta moja wyobraźnia, mam nadzieję, że się to więcej nie powtórzy… Czas wrócić do domu.
KONIEC.

sobota, 16 marca 2013

"Słońce"

Słońce

 Witam Was Ludziska! Jestem niczym nie odznaczającą się nastolatką. Wysoka brunetka o brązowych oczach to nic nadzwyczajnego czyż nie? Jak co rano wstałam niechętnie z łóżka, przeciągając się przy tym leniwie i nałożyłam makijaż. Był to lekki i delikatny makijaż, nie lubiłam tak zwanej „tapety” jak inne dziewczyny w moim wieku. Dla mnie takie malowanie było bezsensownym traceniem pieniędzy i czasu, dlatego wolałam unikać takich sytuacji. Po tej jakże denerwującej czynności zeszłam po starych, drewnianych, skrzypiących schodach do kuchni. Tam wzięłam mój ukochany kubek. Taki zielony w czarne kwiaty, który dostałam od ważnej dla mnie osoby i zrobiłam sobie mocną kawę. Lubiłam taką kawę, ponieważ od razu stawiała mnie na nogi i nie musiałam się martwić, że zasnę na stojąco. Powoli piłam gorący płyn i zastanawiałam się co mam robić dzisiejszego dnia, lecz nic ciekawego nie przychodziło mi do głowy. Po dłuższym czasie do pomieszczenia wbiegł mój starszy brat z wiadomością, że dzisiaj jest piątek 13. Pomyślałam, że zwariował, bo w końcu dziś jest 31 października. Dotknęłam delikatnie jego czoła, aby sprawdzić czy nie ma gorączki i nie miał jej. Uznałam, że zwariował, więc chciałam go zignorować i pójść do swojego pokoju, ale zatrzymał mnie mocny uścisk jego dłoni. Zaskoczona spojrzałam na niego i już miałam coś powiedzieć, ale on uciszył mnie gestem ręki. Pociągnął mnie mocno w stronę wyjścia. Kubek, który trzymałam w ręce, wyśliznął się z niej i rozbił na drobne kawałeczki na podłodze. Nie wytrzymałam, wybuchłam i zaczęłam krzyczeć jak szalona. Miałam ochotę zabić mojego brata. Gdy się denerwowałam wyglądałam strasznie i okropnie zarazem, więc wszyscy w naszym miasteczku woleli unikać denerwowania mnie. Zaczęłam z pretensjami potrząsać moim bratem, który nawet się nie opierał, ponieważ wiedział, że ze mną nie wygra. Jeszcze wtedy nie wiedziałam co mnie czeka i że już nigdy nie dane mi będzie żyć tak beztrosko jak w tym momencie na tym świecie. Krzyczałam na mojego głupiego braciszka, lecz ten tylko powiedział że chce mi coś pokazać oraz powiedzieć, więc mam się w końcu zamknąć i pójść z nim. Ciekawe co to takiego? Zaciągnął mnie na tyły domu, czyli do jego fabryki wynalazków. No tak! Nie mówiłam Wam jeszcze, że jest on wynalazcą. Powinnam dodać szalonym wynalazcą. Tak jest nim, ale jego wszystkie wynalazki to beznadziejne i nieużyteczne tandety. Mimo wszystko lubiłam jego wynalazki, ponieważ zawsze sprawiały, że poprawiał mi się humor i śmiałam się jak mała dziewczynka bez zmartwień nie znająca jeszcze okrucieństw tego świata. Tym razem pokazał mi statek kosmiczny, który był nieco fikuśny i wymyślny. Chce polecieć tym czymś w kosmos? Ledwo powstrzymywałam śmiech. Zapytała go o co w tym chodzi. On tylko odparł, krótko, że lecimy na Słońce, aby je zbadać i zdobyć jako pierwsi ludzie na Ziemi. Wybuchłam głośnym, niepohamowanym śmiechem. Z kącików moich oczu zaczęły płynąć łzy szczęścia. Byłam szczęśliwa, że mam takiego brata, który zawsze poprawi mi humor, niezależnie od sytuacji. Ponownie dotknęłam jego czoła, aby sprawdzić temperaturę, ale i tym razem była ona całkowicie normalna. Zabrałam rękę, odeszłam kawałek od niego i zgięłam się w pół ze śmiechu. Mój brzuch zaczynał mnie porządnie boleć, a to znaczy że już czas najwyższy się opanować, ale było to raczej niemożliwe. Ja śmiałam się nieprzerwanie, a on wpatrywał się we mnie poważnie. To znaczyło tylko jedno, to że nie żartuje. I co mam teraz zrobić? Spochmurniałam, mruknęłam pod nosem, że to głupota i wróciłam do domu. Weszłam do mojego pokoju i głośno trzasnęłam drzwiami. Padłam na łóżko i głośno westchnęłam. Tak naprawdę jedyną głupią osobą byłam ja. Ja po prostu bałam się. Nie chciałam do siebie dopuścić myśli, że mam opuścić mój dom. Mimo, że miałam tylko brata to nie chciałam opuszczać tego domu. To było miejsce pełne wspomnień związanych z moimi rodzicami, którzy zostali brutalnie zamordowani na moich oczach kilka lat temu. Nikt nie wie jak udało mi się przeżyć. Mój braciszek był wtedy u ciotki, więc jemu nic nie groziło. Jestem naprawdę głupia, tak na niego nakrzyczałam, a sama boję się jak kurczaczek. Mój brat jest jedyną osobą, która mi pozostała oraz zajęła się mną po śmierci rodziców. Nikt inny nie chciał się mną zająć, ponieważ wszyscy uważali, że każdy kto będzie ze mną blisko, umrze. On nie zważając na to co mówili inni zajął się mną i zawsze dbał o to by nic mi nie brakowało. On jest naprawdę wspaniały i bardzo go kocham, ale mimo wszystko uważam, że to szalony pomysł lecieć na Słońce. I co teraz mam zrobić? Wspomnienia o rodzicach nie dają mi spokoju i nie pozwalają mi stąd odejść, ale muszę też zdobywać nowe wspomnienia, czyż nie? Tak, polecę z nim na słońce! Z nim mogłabym polecieć wszędzie! To w końcu on się mną opiekuje od tamtego czasu i on daje mi siłę by żyć. W ten sposób pokonałam swoje słabości i stałam się o wiele silniejszą oraz dojrzalszą kobietą. I tak oto polecieliśmy na Słońce, aby dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Zabraliśmy ze sobą wszystko czego nam było trzeba. Nauczył mnie podstawowych zasad kierowania tą rakietą. Już następnego dnia po spakowaniu się ruszyliśmy w powietrze, aby następnie znaleźć się w przestrzeni kosmicznej, a na końcu na celu naszej szalonej wyprawy, czyli na Słońcu. Większość ludzi powiedziałaby, że to szaleństwo i na pewno umrzemy, ale my nie mieliśmy zamiaru rezygnować z naszych postanowień. Oboje zawsze uparcie dążyliśmy do wyznaczonych celów. Nigdy się nie poddamy. Po bardzo długiej i ciężkiej podróży wylądowaliśmy na ognistej kuli. O dziwo było tu podobnie jak na Ziemi. Zawartość powietrza taka sama, czyli mogliśmy oddychać bez specjalnych skafandrów. Wysiedliśmy ze statku i naszym oczom ukazała się droga, której końca nie było widać i była ona po obu stronach usiana pięknymi, kolorowymi kwiatami. Jeden kwiatek nagle poruszył się i tak jakby się „rozwinął”, już po chwili można było stwierdzić, że ma skrzydła i jest istotą żywą. Wyglądało to jak motyl, ale nim nie było. Delikatnymi ruchami skrzydeł stworzenie to zaczęło lecieć w naszą stronę. Tuż przed moją twarzą zatrzymała się mała istotka o motylich skrzydełkach i przedstawiła się jako Calineczka Królowa wróżek. 

Od tego zaczęła się nasza rozmowa. Chwilę później już byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Opowiedziała mi ona wszystko o życiu na słońcu, o stworzeniach jakie się tu znajdują i o tym, że ten świat umiera. Mój braciszek oczywiście wszystko dokładnie notował w swoim dzienniku. Okazało się, że tutaj na słońcu żyją ludzie dokładnie tacy jak na Ziemi. Były to kopie, a jednocześnie przeciwieństwa. Wiernie odtwarzały wygląd człowieka z Ziemi, ale całkowicie zmieniały jego charakter. Czyli ten kto był tu dobry to na Ziemi był zły i na odwrót. Tutaj na Słońcu to ja byłam tą co niszczy ten świat, a tak w sumie to nie ja, tylko moja kopia. Jakie to skomplikowane! Grrr…już sama nie wiem co mam o tym myśleć. Calineczka poprosiła mnie, abym wraz z bratem ocaliła ich świat, ponieważ żyło tutaj wiele istot magicznych, których jednak nie było na naszej niebieskiej planecie. Istoty magiczne były niesamowite, ponieważ podtrzymywały istnienie obu naszych światów, czyli gdy ich zabraknie to Ziemia oraz Słońce przestaną istnieć. Mimo, że te stworzenia były wspaniałe, to były również słabe i potrzebowały ochrony człowieka o czystym sercu z siłą i odwagą lwa. Do jej prośby dołączyły się również wszystkie inne wróżki, które zbudziły się ze swojego snu. Różnobarwne istotki latające w powietrzu tworzyły takie jakby „dywany” kolorów unoszące się nad ziemią. Był to piękny widok zapierający dech w piersiach. Gdy pomyślałam, że już nigdy nikt by już tego nie zobaczył opanował mnie ogromny smutek i pustka, takie same jak wtedy gdy umarli moi rodzice. Przemyślałam to dogłębnie i nie zamierzałam zmienić mojej decyzji. Na pewno uratuję ten świat przed moją Kopią! Otrzymałam od każdej wróżki buziaka w policzek i różne podarunki. Od Królowej dostałam broń palną oraz miecz, aby walczyć nimi i wygrać z moją Kopią. Inne stworzenie magiczne również dały mi coś od siebie, na przykład jeden taki latający renifer postanowił mnie i mojego brata zabrać do miasta w którym żyje Ona. Po krótkim pożegnaniu ruszyliśmy w drogę. Lecieliśmy wysoko, bardzo wysoko, gdy spoglądałam w dół widziałam tylko pustynię. Wyglądała ona jak wielka piaskownica pełna złotego piasku. Po kilku dniach podróży dotarliśmy na miejsce, zagubiona w tym ogromnym mieście nie wiedziałam co mam robić zwłaszcza, że przez przypadek rozdzieliłam się z braciszkiem i taka skołowana wpadłam nagle na kogoś. Był to niesamowicie przystojny mężczyzna. Zaczęłam szalenie przepraszać go tłumacząc, że jestem największą ciapą we wszechświecie. Tamten mężczyzna tylko się uśmiechnął promiennie i podarował mi piękną, krwistoczerwoną różę. Gdy ujrzałam ten śliczny kwiat, uśmiechnęłam się promiennie co wywołało u nieznajomego niepohamowanego rumieńca. Zaśmiałam się wesoło, po czym jeszcze raz przeprosiłam i ruszyłam w stronę pałacu. Pewna siebie wkroczyłam do zamku i od razu ujrzałam dziewczynę, która wyglądała dosłownie jak ja, tylko jej oczy były paskudne. Były pełne nienawiści i rządzy mordu, że od samego patrzenia na nie robiło mi się niedobrze. Uśmiechnęła się do mnie ohydnie i zaczęła się nasza walka. Już na początku skorzystałam z broni palnej, wystrzeliłam wszystkie sześć kul, które znajdowały się w magazynku przy czym trafiłam ją dwa razy. Raz w rękę, a drugi raz w nogę. Później wyciągnęłam miecz, Ona również wzięła miecz z ozdobnej zbroi stojącej przy ścianie. Zaczęła się walka na poważnie. W całym pałacu było tylko słychać szczęk stali uderzającej o siebie. Nigdy w rękach nie miałam miecza, a wiem jak się nim posługiwać i nawet dobrze mi to wychodzi. To jest dziwne i to bardzo. Co chwilę krzyżowałyśmy nasze miecze, odpychałyśmy się nawzajem i już po chwili wracałyśmy, aby złączyć nasze bronie. Walka była długa, ciężka i zacięta. Po jakimś czasie moja Kopia zaczęła opadać z sił. Zaczęłam napierać na nią mocniej i szybciej. W końcu zadawałam jej rany. Zadałam ostatni cios, padła ranna na ziemię. Tonęła w kałuży własnej szkarłatnej krwi. Odwróciłam się, aby odejść, gdy nagle poczułam przeszywający mnie miecz. To Ona wykorzystała resztki energii, aby zabrać mnie ze sobą na drugą stronę do świata umarłych. Po pokonaniu mojej Kopii zostałam bohaterką tego świata. Lecz nie dane mi było zobaczyć więcej mojego świata ani nic innego. Mimo wszystko uratowałam ten świat i byłam bardzo szczęśliwa. Rana zadana mi przez Kopię mocno krwawiła i czułam mocny ból. Straciłam siły, nogi pode mną się ugięły i poczułam jak przed upadkiem ratują mnie silne ramiona. To był mój brat, był przy mnie teraz, w czasie mojej śmierci. Byłam szczęśliwa, że mogłam być siostrą takiego wspaniałego wynalazcy. Moje źrenice przysłoniła delikatna mgiełka, a już po chwili moje powieki zamknęły się na zawsze pod wpływem oddechu śmierci, zasnęłam na wieki. Umarłam na rękach najważniejszej dla mnie osoby z krwistoczerwoną różą spoczywającą na moich piersiach. Już nic nie zbudzi mnie z mojego snu. Żegnajcie i żyjcie ciesząc się każdą chwilą życia.  

KONIEC~.

sobota, 2 marca 2013

Teatr Lalek




 Teatr Lalek.

Obudziłam się na środku rozległej, gorącej pustyni. Piasek, który przesypywałam pomiędzy swoimi palcami parzył moją skórę i tworzył na niej zaczerwienienia. Rozejrzałam się dookoła, nie dostrzegłam nic, kompletnie nic, na całym obszarze panowała przeraźliwa cisza i pustka. Nie było tu żadnych zwierząt, a nawet roślin ani jednej żywej duszy. Nagle poczułam przeszywający ból w okolicach tyłu głowy przez co syknęłam przeciągle. Dotknęłam tego miejsca delikatnie i poczułam włosy posklejane zaschniętą krwią. Czyli rana krwawiła tak długo, aż krew zakrzepła. To, że czuję ból świadczy o tym, że żyję, gdybym go nie czuła to byłabym martwa. Co ja tu robię? Czemu jestem ranna? Kim jestem? Te pytania chodziły po mojej pustej głowie, pustej ponieważ nie było w niej nic, żadnych wspomnień ani innych chodź by najdrobniejszych myśli. Po dłuższej obserwacji swojego ciała i ubioru znalazłam wiele ran ciętych oraz kilka dosyć sporych siniaków. Ciekawe czy mam je przez walkę czy po prostu skądś spadłam. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Ubrana byłam w krótkie czarne spodenki, obcisły top odkrywający mój brzuch oraz wysokie do kolan czarne, sznurowane buty. Przy pasku spodenek przymocowane były trzy dosyć ciężkie miecze. Na szyi wisiały pomarańczowe słuchawki, gdy włożyłam je na uszy usłyszałam potworny pisk i od razu je ściągnęłam. Przerażający krzyk wydobył się ze słuchawek, co to niby miało być? Ja używałam tych słuchawek? Niby do czego? Wkurzyłam się sama na siebie, że mam ze sobą tak beznadziejny i niepotrzebny sprzęt. Mimo tego pozostawiłam je na mojej szyi. Utrata pamięci i pobyt na pustyni to musi być jakiś głupi psikus losu.  Bo niby w jaki inny sposób miałabym się tu znaleźć? Tylko cholerny los mógł sobie tak to wszystko ułożyć dla zabawy. Co teraz ze mną będzie? Ech~. Ciężkie westchnięcia to chyba moja specjalność. Wiem tylko jedno. Jestem ranna i wszystko mnie boli. Jestem za bardzo wyczerpana, aby przetrwać na pustyni, więc na pewno nie czeka mnie nic innego niż śmierć, ale mam pozytywne myślenie... Ciekawe czy choć jedna osoba po mnie zapłacze… A jak tak, to kto? Zaczęłam intensywnie myśleć nad tym co mam teraz zrobić. Myślałam i myślałam, aż w końcu postanowiłam ruszyć tą płonącą pustynią prosto przed siebie. Może nie był to dobry pomysł, ale nic innego nie mogłam zrobić. No mogłam zostać w miejscu, w którym się obudziłam i czekać na śmierć, ale niezbyt mi się chciało umierać w takim miejscu i w takich okolicznościach. Może uda mi się dokądś dojść? Kto wie? Podniosłam się i zaczęłam iść chwiejnym krokiem na przód. Po jakimś czasie mój krok wyrównał się i szłam prosto, zamiast szlaczkiem.  Upał mocno dawał mi się we znaki, miałam go już dość. Po długim czasie obraz zaczął mi się zamazywać, przetarłam je delikatnie rękoma po czym widziałam tylko ciemność i poczułam mocne uderzenie to znaczyło, że upadłam. Były tylko dwie możliwości co mogło się stać, a mianowicie zemdlałam ze zmęczenia albo umarłam z odwodnienia.  Leżałam i słyszałam różne dźwięki dżungli. Tak, dżungli. Zaraz! Dżungli?! Cholera, przed chwilą byłam na pustyni! Ta zagadka sprawiła, że otworzyłam oczy i rozejrzałam się naokoło. Gdzie ja do jasnej anielki jestem?! To jest ogromna dżungla! Dżungla pełna wysokich i potężnych drzew oraz niebezpiecznych zwierząt, które już się na mnie czaiły. Rozumiem, wyczuły moją krew. Ostrożnie wstałam na równe nogi i zwinnym ruchem wskoczyłam na pobliskie drzewo. Mimo, że wyglądała groźnie to wyglądała również pięknie dzięki wielkim ilościom kwiatów oraz krzewów o kolorowych liściach. To mogło znaczyć tylko jedno – umarłam. Umarłam i znalazłam się w raju. Tak to musi być to, bo co niby innego? Zeskoczyłam z drzewa i szybko ruszyłam w głąb lasu zielonych olbrzymów. Ciekawiło mnie to miejsce, było piękne, a zarazem niebezpieczne. Ten las krył tak wiele tajemnic, a największą z nich było to co ja tu robię i jak się tu znalazłam? W końcu jeszcze niedawno byłam na pustyni… Szłam i szłam, aż w końcu wyszłam na taką jakby polanę, a na niebie zobaczyłam Latające Ryby, które wyglądały jakby płynęły w wodzie, a tak naprawdę latały po niebie jak ptaki. Wyszłam na środek polany i zakręciłam się na nim po czym padłam na ziemię. Na mojej twarzy wykwitł piękny uśmiech. Od dawna się tak nie uśmiechałam. Ten las pozytywnie na mnie wpływał. Momentalnie odzyskałam wszystkie siły. Teraz nade mną rozpościerało się całe niebo i to właśnie na nim znalazłam rozwiązanie wszystkich tajemnic. Zobaczyłam dużą, niebieską planetę. Przed moimi oczami zaczęły przelatywać różne obrazy. Były to wszystkie ważne i te mniej ważne chwile mojego życia. Całe życie przeleciało mi przed oczami. Ta planeta, którą właśnie widzę na niebie to moja planeta zwana Ziemią. To tam się narodziłam i tam żyłam. Byłam strażnikiem mojej wioski zamiast mojego brata, który zginął. Byłam silna i walczyłam z dumnie uniesioną głową tak jak uczył mnie ojciec. Wszyscy znali mnie i kochali, a ja kochałam ich. W moich oczach pojawiły się srebrne łzy. W jaki sposób znalazłam się tutaj? To była całkowicie inna planeta i zostałam tutaj sprowadzona przez jej władczynię, która zazdrościła mi mojej urody oraz siły, więc postanowiła mnie ona zabić, dlatego sprowadziła mnie do swojego świata… Ten świat nosił nazwę „Teatr lalek”. Ta nazwa wynikała z tego, że okrutna królowa tego świata panowała całkowitą dyktaturą, a wręcz nie można było nazwać tego w ten sposób to było o wiele gorsze. Kontrolowała ona wszystkich ludzi na swojej planecie, nie mieli oni swojego życia i robili wszystko to co ona rozkazała. Czyli zabijali jej wrogów, czcili ją oraz umierali za nią. Była ona przekonana, że jest niepokonana i najpiękniejsza w całym wszechświecie. Te myśli przesłaniały jej oczy na to co tak naprawdę dzieje się wokół niej i na prawdę ukrytą w każdym zakamarku jej świata. Przez nią ten świat umiera i właśnie taka była prawda. Gdy tak rozmyślałam nie zauważyłam, że grupa marionetek królowej mnie otoczyła. Otarłam łzy oraz od razu przyjęłam pozycję bojową i w każdej chwili byłam gotowa do ataku. Ci wszyscy ludzie pracowali dla niej i miałam z nimi walczyć, ale nagle usłyszałam głosy ich serc. Tak to była moja zdolność, mogłam słyszeć głosy serc innych osób. Ich głosy mówiły, że nie chcą tego robić i chcą żyć własnym życiem. Moje postanowienie stało się jasne, uwolnię ich! Nawet za cenę własnego życia. Nie mogłam postąpić inaczej po tym co usłyszałam. Królowa kontrolowała ludzi za pomocą melodii „Szept Wróżki”, którą śpiewała swoim mocnym głosem, który docierał do każdego zakamarka „Teatru lalek”. To po to były mi te słuchawki z zagłuszającym dźwiękiem, abym nie słyszała tej przeklętej melodii. Szybkim ruchem ręki nałożyłam je na uszy i wyciągnęłam jeden z mych mieczy. Każdy z mieczy miał inną zdolność, ale każda zdolność służyła do walki żadna do obrony. Jeden miecz tworzył strasznie realistyczne iluzje, które wdzierały się do umysłu moich przeciwników i niszczyły całkowicie ich umysły. Drugi korzystał z mocy wszystkich żywiołów i mógł je wykorzystywać w różny sposób. Zaś trzeci przecinał ciemność w sercach ludzi, którzy byli na tyle słabi, aby pozwolić nad sobą zapanować. I właśnie do tej walki użyję tego trzeciego. Wydobyłam go z pochwy, a on zalśnił w bladym świetle księżyca. Było to piękne ostrze o kolorze głębokiej czerni. Był to tak mocny kolor, że można by w nim utonąć, a to tylko dlatego że zebrałam nim już wiele ciemności z ludzkich serc, a gdy on ją pochłaniał, czerniał jeszcze bardziej i stawał się ostrzejszy. Dzięki temu mógł wchłaniać więcej silniejszej ciemności. Przecięłam mym mieczem wszystkie serca marionetek królowej, które mnie otoczyły. Uwolniłam ich dusze z ciemności oraz zablokowałam możliwość kolejnej kontroli. Teraz wszyscy byli naprawdę wolni i mogli zaznać szczęścia. Teraz pozostało mi tylko rozprawić się z samą królową. Ruszyłam pewnym krokiem do jej pałacu. Moje oczy odzwierciedlały to co działo się teraz w mojej duszy, a mianowicie byłam pewna swego zwycięstwa i kroczyłam dumnie, aby je zdobyć. Doszłam do zamku, przecięłam frontowe drzwi i pobiegłam do sali tronowej. Nikogo tam nie było. Skoro nie ma jej tutaj to na pewno będzie „tam”.  Szłam cichymi , pewnymi krokami labiryntem korytarzy, aż dotarłam do celu, a mianowicie do skarbca zamku. Była tak i leżała dumnie w swojej potężnej to znaczy tłustej postaci. Czekała na mnie. Kochała swoje bogactwa, dlatego nigdy się z nimi nie rozstawała. Nawet teraz, gdy miała umrzeć nie zrezygnowała z ich bliskości. Chciała wręcz umrzeć razem z nimi. Bogactwo łatwo jest zdobyć, ale jeszcze łatwiej jest je stracić. Ona wraz ze swoim grubym cielskiem powstała, aż ziemia zadrżała pod jej ciężarem. Była ogromna, można by uznać ją za olbrzymkę, ale ona była tylko zwykłym człowiekiem za bardzo zadufanym w sobie. I teraz to ona zginie z moich rąk. Nie wybaczę jej ani nie okażę żadnej litości. Wyciągnęłam mój drugi miecz. Miecz żywiołów oświetlił swoim blaskiem wszystkie skarby brzydkiej wróżki. Lśnił on pięknym blaskiem, który zabijał demony. Użyłam na niej pięciu moich najsilniejszych ataków pięciu żywiołów. Atak żywiołu wody „Wodna Planeta”, ogromna kula cieczy uderzyła w nią powalając ją na ziemię. Cały pałac niebezpiecznie trząsł się tak jakby zaraz miał się zawalić.  Skoczyłam wysoko w górę i użyłam ataku żywiołu powietrza „Ostrza wiatru”. Wiatr przyjmował postać sierpów i uderzał w królową dotkliwie raniąc jej cielsko. Z ran płynęła szkarłatna, królewska krew. Kolejny atak to atak ziemi „Głaz”. Tym razem przyzwałam wielki głaz, który wręcz można nazwać górą i zgniotłam nim wroga, głęboko wbijając go w posadzkę. Ściany zamku nie wytrzymały i cała budowla runęła. Przecinałam mieczem wszystkie kawałki ścian i sufitu, aż nareszcie stanęłam na górze pałacowego gruzu. Po dłuższej chwili z resztek zamku wyłoniła się ręka wróżki, po czym wyszła z gruzów całkowicie. Nie zaprzestałam moich ataków. Kolej na błyskawicę, atak o nazwie „Deszcz Piorunów”. W powietrzu pojawiały się wielkie, czarne chmury, z których spadały pioruny „smażąc” tą kobietę jak wieprzowinę. Ostatni kończący atak to ogień, „Ogień Piekielny”. Był to czarny płomień, który nie gasnął dopóki nie spalił swego celu na popiół. Po tej całej serii ataków z królowej została tylko kupka popiołu, który został rozsypany na cztery strony świata przez jej dawnych podwładnych. Królowa nie żyje, ludzie są wolni, a ja zmęczona padam na miękką trawę zaraz obok pałacu i odpoczywam. Nie ma możliwości, abym wróciła do mojego świata, ponieważ tylko wróżka miała moc przerzucania ludzi między planetami. Muszę zostać tutaj, ale nie przeszkadza mi to. Wiadomo, że jest mi trochę smutno, ponieważ nie spotkam mamy, popłynęła pierwsza łza, taty, druga łza i wszystkich ludzi z wioski, teraz z mych oczu płynął potok łez. Płakałam rzewnie przez chwilę po czym szybko otarłam łzy i uśmiechnęłam się szeroko. Mimo, że stracę wszystko, nie spotkam już nikogo nigdy, będę za wszystkimi tęsknić to tutaj w tym świecie zaczyna się moje życie od nowa. Jest tu naprawdę pięknie, a moja dusza i wspomnienia zawsze pozostaną na Ziemi i nigdy stamtąd nie znikną. Byłam na to przygotowana, na rozstanie ze wszystkim co znałam i kochałam. Teraz będę żyć w tym świecie i nauczę tych wszystkich ludzi co to znaczy wolność i szczęście. Po prostu zaakceptuję ten psikus głupiego losu i będę dalej żyć szczęśliwie. Czy jest to piękna historia czy nie zdecydujcie sami…
KONIEC.