sobota, 16 marca 2013

"Słońce"

Słońce

 Witam Was Ludziska! Jestem niczym nie odznaczającą się nastolatką. Wysoka brunetka o brązowych oczach to nic nadzwyczajnego czyż nie? Jak co rano wstałam niechętnie z łóżka, przeciągając się przy tym leniwie i nałożyłam makijaż. Był to lekki i delikatny makijaż, nie lubiłam tak zwanej „tapety” jak inne dziewczyny w moim wieku. Dla mnie takie malowanie było bezsensownym traceniem pieniędzy i czasu, dlatego wolałam unikać takich sytuacji. Po tej jakże denerwującej czynności zeszłam po starych, drewnianych, skrzypiących schodach do kuchni. Tam wzięłam mój ukochany kubek. Taki zielony w czarne kwiaty, który dostałam od ważnej dla mnie osoby i zrobiłam sobie mocną kawę. Lubiłam taką kawę, ponieważ od razu stawiała mnie na nogi i nie musiałam się martwić, że zasnę na stojąco. Powoli piłam gorący płyn i zastanawiałam się co mam robić dzisiejszego dnia, lecz nic ciekawego nie przychodziło mi do głowy. Po dłuższym czasie do pomieszczenia wbiegł mój starszy brat z wiadomością, że dzisiaj jest piątek 13. Pomyślałam, że zwariował, bo w końcu dziś jest 31 października. Dotknęłam delikatnie jego czoła, aby sprawdzić czy nie ma gorączki i nie miał jej. Uznałam, że zwariował, więc chciałam go zignorować i pójść do swojego pokoju, ale zatrzymał mnie mocny uścisk jego dłoni. Zaskoczona spojrzałam na niego i już miałam coś powiedzieć, ale on uciszył mnie gestem ręki. Pociągnął mnie mocno w stronę wyjścia. Kubek, który trzymałam w ręce, wyśliznął się z niej i rozbił na drobne kawałeczki na podłodze. Nie wytrzymałam, wybuchłam i zaczęłam krzyczeć jak szalona. Miałam ochotę zabić mojego brata. Gdy się denerwowałam wyglądałam strasznie i okropnie zarazem, więc wszyscy w naszym miasteczku woleli unikać denerwowania mnie. Zaczęłam z pretensjami potrząsać moim bratem, który nawet się nie opierał, ponieważ wiedział, że ze mną nie wygra. Jeszcze wtedy nie wiedziałam co mnie czeka i że już nigdy nie dane mi będzie żyć tak beztrosko jak w tym momencie na tym świecie. Krzyczałam na mojego głupiego braciszka, lecz ten tylko powiedział że chce mi coś pokazać oraz powiedzieć, więc mam się w końcu zamknąć i pójść z nim. Ciekawe co to takiego? Zaciągnął mnie na tyły domu, czyli do jego fabryki wynalazków. No tak! Nie mówiłam Wam jeszcze, że jest on wynalazcą. Powinnam dodać szalonym wynalazcą. Tak jest nim, ale jego wszystkie wynalazki to beznadziejne i nieużyteczne tandety. Mimo wszystko lubiłam jego wynalazki, ponieważ zawsze sprawiały, że poprawiał mi się humor i śmiałam się jak mała dziewczynka bez zmartwień nie znająca jeszcze okrucieństw tego świata. Tym razem pokazał mi statek kosmiczny, który był nieco fikuśny i wymyślny. Chce polecieć tym czymś w kosmos? Ledwo powstrzymywałam śmiech. Zapytała go o co w tym chodzi. On tylko odparł, krótko, że lecimy na Słońce, aby je zbadać i zdobyć jako pierwsi ludzie na Ziemi. Wybuchłam głośnym, niepohamowanym śmiechem. Z kącików moich oczu zaczęły płynąć łzy szczęścia. Byłam szczęśliwa, że mam takiego brata, który zawsze poprawi mi humor, niezależnie od sytuacji. Ponownie dotknęłam jego czoła, aby sprawdzić temperaturę, ale i tym razem była ona całkowicie normalna. Zabrałam rękę, odeszłam kawałek od niego i zgięłam się w pół ze śmiechu. Mój brzuch zaczynał mnie porządnie boleć, a to znaczy że już czas najwyższy się opanować, ale było to raczej niemożliwe. Ja śmiałam się nieprzerwanie, a on wpatrywał się we mnie poważnie. To znaczyło tylko jedno, to że nie żartuje. I co mam teraz zrobić? Spochmurniałam, mruknęłam pod nosem, że to głupota i wróciłam do domu. Weszłam do mojego pokoju i głośno trzasnęłam drzwiami. Padłam na łóżko i głośno westchnęłam. Tak naprawdę jedyną głupią osobą byłam ja. Ja po prostu bałam się. Nie chciałam do siebie dopuścić myśli, że mam opuścić mój dom. Mimo, że miałam tylko brata to nie chciałam opuszczać tego domu. To było miejsce pełne wspomnień związanych z moimi rodzicami, którzy zostali brutalnie zamordowani na moich oczach kilka lat temu. Nikt nie wie jak udało mi się przeżyć. Mój braciszek był wtedy u ciotki, więc jemu nic nie groziło. Jestem naprawdę głupia, tak na niego nakrzyczałam, a sama boję się jak kurczaczek. Mój brat jest jedyną osobą, która mi pozostała oraz zajęła się mną po śmierci rodziców. Nikt inny nie chciał się mną zająć, ponieważ wszyscy uważali, że każdy kto będzie ze mną blisko, umrze. On nie zważając na to co mówili inni zajął się mną i zawsze dbał o to by nic mi nie brakowało. On jest naprawdę wspaniały i bardzo go kocham, ale mimo wszystko uważam, że to szalony pomysł lecieć na Słońce. I co teraz mam zrobić? Wspomnienia o rodzicach nie dają mi spokoju i nie pozwalają mi stąd odejść, ale muszę też zdobywać nowe wspomnienia, czyż nie? Tak, polecę z nim na słońce! Z nim mogłabym polecieć wszędzie! To w końcu on się mną opiekuje od tamtego czasu i on daje mi siłę by żyć. W ten sposób pokonałam swoje słabości i stałam się o wiele silniejszą oraz dojrzalszą kobietą. I tak oto polecieliśmy na Słońce, aby dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Zabraliśmy ze sobą wszystko czego nam było trzeba. Nauczył mnie podstawowych zasad kierowania tą rakietą. Już następnego dnia po spakowaniu się ruszyliśmy w powietrze, aby następnie znaleźć się w przestrzeni kosmicznej, a na końcu na celu naszej szalonej wyprawy, czyli na Słońcu. Większość ludzi powiedziałaby, że to szaleństwo i na pewno umrzemy, ale my nie mieliśmy zamiaru rezygnować z naszych postanowień. Oboje zawsze uparcie dążyliśmy do wyznaczonych celów. Nigdy się nie poddamy. Po bardzo długiej i ciężkiej podróży wylądowaliśmy na ognistej kuli. O dziwo było tu podobnie jak na Ziemi. Zawartość powietrza taka sama, czyli mogliśmy oddychać bez specjalnych skafandrów. Wysiedliśmy ze statku i naszym oczom ukazała się droga, której końca nie było widać i była ona po obu stronach usiana pięknymi, kolorowymi kwiatami. Jeden kwiatek nagle poruszył się i tak jakby się „rozwinął”, już po chwili można było stwierdzić, że ma skrzydła i jest istotą żywą. Wyglądało to jak motyl, ale nim nie było. Delikatnymi ruchami skrzydeł stworzenie to zaczęło lecieć w naszą stronę. Tuż przed moją twarzą zatrzymała się mała istotka o motylich skrzydełkach i przedstawiła się jako Calineczka Królowa wróżek. 

Od tego zaczęła się nasza rozmowa. Chwilę później już byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Opowiedziała mi ona wszystko o życiu na słońcu, o stworzeniach jakie się tu znajdują i o tym, że ten świat umiera. Mój braciszek oczywiście wszystko dokładnie notował w swoim dzienniku. Okazało się, że tutaj na słońcu żyją ludzie dokładnie tacy jak na Ziemi. Były to kopie, a jednocześnie przeciwieństwa. Wiernie odtwarzały wygląd człowieka z Ziemi, ale całkowicie zmieniały jego charakter. Czyli ten kto był tu dobry to na Ziemi był zły i na odwrót. Tutaj na Słońcu to ja byłam tą co niszczy ten świat, a tak w sumie to nie ja, tylko moja kopia. Jakie to skomplikowane! Grrr…już sama nie wiem co mam o tym myśleć. Calineczka poprosiła mnie, abym wraz z bratem ocaliła ich świat, ponieważ żyło tutaj wiele istot magicznych, których jednak nie było na naszej niebieskiej planecie. Istoty magiczne były niesamowite, ponieważ podtrzymywały istnienie obu naszych światów, czyli gdy ich zabraknie to Ziemia oraz Słońce przestaną istnieć. Mimo, że te stworzenia były wspaniałe, to były również słabe i potrzebowały ochrony człowieka o czystym sercu z siłą i odwagą lwa. Do jej prośby dołączyły się również wszystkie inne wróżki, które zbudziły się ze swojego snu. Różnobarwne istotki latające w powietrzu tworzyły takie jakby „dywany” kolorów unoszące się nad ziemią. Był to piękny widok zapierający dech w piersiach. Gdy pomyślałam, że już nigdy nikt by już tego nie zobaczył opanował mnie ogromny smutek i pustka, takie same jak wtedy gdy umarli moi rodzice. Przemyślałam to dogłębnie i nie zamierzałam zmienić mojej decyzji. Na pewno uratuję ten świat przed moją Kopią! Otrzymałam od każdej wróżki buziaka w policzek i różne podarunki. Od Królowej dostałam broń palną oraz miecz, aby walczyć nimi i wygrać z moją Kopią. Inne stworzenie magiczne również dały mi coś od siebie, na przykład jeden taki latający renifer postanowił mnie i mojego brata zabrać do miasta w którym żyje Ona. Po krótkim pożegnaniu ruszyliśmy w drogę. Lecieliśmy wysoko, bardzo wysoko, gdy spoglądałam w dół widziałam tylko pustynię. Wyglądała ona jak wielka piaskownica pełna złotego piasku. Po kilku dniach podróży dotarliśmy na miejsce, zagubiona w tym ogromnym mieście nie wiedziałam co mam robić zwłaszcza, że przez przypadek rozdzieliłam się z braciszkiem i taka skołowana wpadłam nagle na kogoś. Był to niesamowicie przystojny mężczyzna. Zaczęłam szalenie przepraszać go tłumacząc, że jestem największą ciapą we wszechświecie. Tamten mężczyzna tylko się uśmiechnął promiennie i podarował mi piękną, krwistoczerwoną różę. Gdy ujrzałam ten śliczny kwiat, uśmiechnęłam się promiennie co wywołało u nieznajomego niepohamowanego rumieńca. Zaśmiałam się wesoło, po czym jeszcze raz przeprosiłam i ruszyłam w stronę pałacu. Pewna siebie wkroczyłam do zamku i od razu ujrzałam dziewczynę, która wyglądała dosłownie jak ja, tylko jej oczy były paskudne. Były pełne nienawiści i rządzy mordu, że od samego patrzenia na nie robiło mi się niedobrze. Uśmiechnęła się do mnie ohydnie i zaczęła się nasza walka. Już na początku skorzystałam z broni palnej, wystrzeliłam wszystkie sześć kul, które znajdowały się w magazynku przy czym trafiłam ją dwa razy. Raz w rękę, a drugi raz w nogę. Później wyciągnęłam miecz, Ona również wzięła miecz z ozdobnej zbroi stojącej przy ścianie. Zaczęła się walka na poważnie. W całym pałacu było tylko słychać szczęk stali uderzającej o siebie. Nigdy w rękach nie miałam miecza, a wiem jak się nim posługiwać i nawet dobrze mi to wychodzi. To jest dziwne i to bardzo. Co chwilę krzyżowałyśmy nasze miecze, odpychałyśmy się nawzajem i już po chwili wracałyśmy, aby złączyć nasze bronie. Walka była długa, ciężka i zacięta. Po jakimś czasie moja Kopia zaczęła opadać z sił. Zaczęłam napierać na nią mocniej i szybciej. W końcu zadawałam jej rany. Zadałam ostatni cios, padła ranna na ziemię. Tonęła w kałuży własnej szkarłatnej krwi. Odwróciłam się, aby odejść, gdy nagle poczułam przeszywający mnie miecz. To Ona wykorzystała resztki energii, aby zabrać mnie ze sobą na drugą stronę do świata umarłych. Po pokonaniu mojej Kopii zostałam bohaterką tego świata. Lecz nie dane mi było zobaczyć więcej mojego świata ani nic innego. Mimo wszystko uratowałam ten świat i byłam bardzo szczęśliwa. Rana zadana mi przez Kopię mocno krwawiła i czułam mocny ból. Straciłam siły, nogi pode mną się ugięły i poczułam jak przed upadkiem ratują mnie silne ramiona. To był mój brat, był przy mnie teraz, w czasie mojej śmierci. Byłam szczęśliwa, że mogłam być siostrą takiego wspaniałego wynalazcy. Moje źrenice przysłoniła delikatna mgiełka, a już po chwili moje powieki zamknęły się na zawsze pod wpływem oddechu śmierci, zasnęłam na wieki. Umarłam na rękach najważniejszej dla mnie osoby z krwistoczerwoną różą spoczywającą na moich piersiach. Już nic nie zbudzi mnie z mojego snu. Żegnajcie i żyjcie ciesząc się każdą chwilą życia.  

KONIEC~.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz