Słońce
Witam Was Ludziska! Jestem niczym nie
odznaczającą się nastolatką. Wysoka brunetka o brązowych oczach to nic
nadzwyczajnego czyż nie? Jak co rano wstałam niechętnie z łóżka, przeciągając
się przy tym leniwie i nałożyłam makijaż. Był to lekki i delikatny makijaż, nie
lubiłam tak zwanej „tapety” jak inne dziewczyny w moim wieku. Dla mnie takie
malowanie było bezsensownym traceniem pieniędzy i czasu, dlatego wolałam unikać
takich sytuacji. Po tej jakże denerwującej czynności zeszłam po starych,
drewnianych, skrzypiących schodach do kuchni. Tam wzięłam mój ukochany kubek.
Taki zielony w czarne kwiaty, który dostałam od ważnej dla mnie osoby i
zrobiłam sobie mocną kawę. Lubiłam taką kawę, ponieważ od razu stawiała mnie na
nogi i nie musiałam się martwić, że zasnę na stojąco. Powoli piłam gorący płyn
i zastanawiałam się co mam robić dzisiejszego dnia, lecz nic ciekawego nie
przychodziło mi do głowy. Po dłuższym czasie do pomieszczenia wbiegł mój
starszy brat z wiadomością, że dzisiaj jest piątek 13. Pomyślałam, że
zwariował, bo w końcu dziś jest 31 października. Dotknęłam delikatnie jego
czoła, aby sprawdzić czy nie ma gorączki i nie miał jej. Uznałam, że zwariował,
więc chciałam go zignorować i pójść do swojego pokoju, ale zatrzymał mnie mocny
uścisk jego dłoni. Zaskoczona spojrzałam na niego i już miałam coś powiedzieć,
ale on uciszył mnie gestem ręki. Pociągnął mnie mocno w stronę wyjścia. Kubek,
który trzymałam w ręce, wyśliznął się z niej i rozbił na drobne kawałeczki na
podłodze. Nie wytrzymałam, wybuchłam i zaczęłam krzyczeć jak szalona. Miałam
ochotę zabić mojego brata. Gdy się denerwowałam wyglądałam strasznie i okropnie
zarazem, więc wszyscy w naszym miasteczku woleli unikać denerwowania mnie. Zaczęłam
z pretensjami potrząsać moim bratem, który nawet się nie opierał, ponieważ
wiedział, że ze mną nie wygra. Jeszcze wtedy nie wiedziałam co mnie czeka i że
już nigdy nie dane mi będzie żyć tak beztrosko jak w tym momencie na tym
świecie. Krzyczałam na mojego głupiego braciszka, lecz ten tylko powiedział że
chce mi coś pokazać oraz powiedzieć, więc mam się w końcu zamknąć i pójść z nim.
Ciekawe co to takiego? Zaciągnął mnie na tyły domu, czyli do jego fabryki
wynalazków. No tak! Nie mówiłam Wam jeszcze, że jest on wynalazcą. Powinnam
dodać szalonym wynalazcą. Tak jest nim, ale jego wszystkie wynalazki to
beznadziejne i nieużyteczne tandety. Mimo wszystko lubiłam jego wynalazki,
ponieważ zawsze sprawiały, że poprawiał mi się humor i śmiałam się jak mała
dziewczynka bez zmartwień nie znająca jeszcze okrucieństw tego świata. Tym
razem pokazał mi statek kosmiczny, który był nieco fikuśny i wymyślny. Chce
polecieć tym czymś w kosmos? Ledwo powstrzymywałam śmiech. Zapytała go o co w
tym chodzi. On tylko odparł, krótko, że lecimy na Słońce, aby je zbadać i
zdobyć jako pierwsi ludzie na Ziemi. Wybuchłam głośnym, niepohamowanym
śmiechem. Z kącików moich oczu zaczęły płynąć łzy szczęścia. Byłam szczęśliwa,
że mam takiego brata, który zawsze poprawi mi humor, niezależnie od sytuacji. Ponownie
dotknęłam jego czoła, aby sprawdzić temperaturę, ale i tym razem była ona
całkowicie normalna. Zabrałam rękę, odeszłam kawałek od niego i zgięłam się w
pół ze śmiechu. Mój brzuch zaczynał mnie porządnie boleć, a to znaczy że już
czas najwyższy się opanować, ale było to raczej niemożliwe. Ja śmiałam się
nieprzerwanie, a on wpatrywał się we mnie poważnie. To znaczyło tylko jedno, to
że nie żartuje. I co mam teraz zrobić? Spochmurniałam, mruknęłam pod nosem, że
to głupota i wróciłam do domu. Weszłam do mojego pokoju i głośno trzasnęłam drzwiami.
Padłam na łóżko i głośno westchnęłam. Tak naprawdę jedyną głupią osobą byłam
ja. Ja po prostu bałam się. Nie chciałam do siebie dopuścić myśli, że mam
opuścić mój dom. Mimo, że miałam tylko brata to nie chciałam opuszczać tego
domu. To było miejsce pełne wspomnień związanych z moimi rodzicami, którzy
zostali brutalnie zamordowani na moich oczach kilka lat temu. Nikt nie wie jak
udało mi się przeżyć. Mój braciszek był wtedy u ciotki, więc jemu nic nie
groziło. Jestem naprawdę głupia, tak na niego nakrzyczałam, a sama boję się jak
kurczaczek. Mój brat jest jedyną osobą, która mi pozostała oraz zajęła się mną
po śmierci rodziców. Nikt inny nie chciał się mną zająć, ponieważ wszyscy
uważali, że każdy kto będzie ze mną blisko, umrze. On nie zważając na to co
mówili inni zajął się mną i zawsze dbał o to by nic mi nie brakowało. On jest
naprawdę wspaniały i bardzo go kocham, ale mimo wszystko uważam, że to szalony
pomysł lecieć na Słońce. I co teraz mam zrobić? Wspomnienia o rodzicach nie
dają mi spokoju i nie pozwalają mi stąd odejść, ale muszę też zdobywać nowe
wspomnienia, czyż nie? Tak, polecę z nim na słońce! Z nim mogłabym polecieć
wszędzie! To w końcu on się mną opiekuje od tamtego czasu i on daje mi siłę by
żyć. W ten sposób pokonałam swoje słabości i stałam się o wiele silniejszą oraz
dojrzalszą kobietą. I tak oto polecieliśmy na Słońce, aby dowiedzieć się o nim
jak najwięcej. Zabraliśmy ze sobą wszystko czego nam było trzeba. Nauczył mnie
podstawowych zasad kierowania tą rakietą. Już następnego dnia po spakowaniu się
ruszyliśmy w powietrze, aby następnie znaleźć się w przestrzeni kosmicznej, a
na końcu na celu naszej szalonej wyprawy, czyli na Słońcu. Większość ludzi
powiedziałaby, że to szaleństwo i na pewno umrzemy, ale my nie mieliśmy zamiaru
rezygnować z naszych postanowień. Oboje zawsze uparcie dążyliśmy do
wyznaczonych celów. Nigdy się nie poddamy. Po bardzo długiej i ciężkiej podróży
wylądowaliśmy na ognistej kuli. O dziwo było tu podobnie jak na Ziemi.
Zawartość powietrza taka sama, czyli mogliśmy oddychać bez specjalnych
skafandrów. Wysiedliśmy ze statku i naszym oczom ukazała się droga, której
końca nie było widać i była ona po obu stronach usiana pięknymi, kolorowymi
kwiatami. Jeden kwiatek nagle poruszył się i tak jakby się „rozwinął”, już po
chwili można było stwierdzić, że ma skrzydła i jest istotą żywą. Wyglądało to
jak motyl, ale nim nie było. Delikatnymi ruchami skrzydeł stworzenie to zaczęło
lecieć w naszą stronę. Tuż przed moją twarzą zatrzymała się mała istotka o
motylich skrzydełkach i przedstawiła się jako Calineczka Królowa wróżek.
Od
tego zaczęła się nasza rozmowa. Chwilę później już byłyśmy najlepszymi
przyjaciółkami. Opowiedziała mi ona wszystko o życiu na słońcu, o stworzeniach
jakie się tu znajdują i o tym, że ten świat umiera. Mój braciszek oczywiście
wszystko dokładnie notował w swoim dzienniku. Okazało się, że tutaj na słońcu
żyją ludzie dokładnie tacy jak na Ziemi. Były to kopie, a jednocześnie
przeciwieństwa. Wiernie odtwarzały wygląd człowieka z Ziemi, ale całkowicie
zmieniały jego charakter. Czyli ten kto był tu dobry to na Ziemi był zły i na
odwrót. Tutaj na Słońcu to ja byłam tą co niszczy ten świat, a tak w sumie to
nie ja, tylko moja kopia. Jakie to skomplikowane! Grrr…już sama nie wiem co mam
o tym myśleć. Calineczka poprosiła mnie, abym wraz z bratem ocaliła ich świat,
ponieważ żyło tutaj wiele istot magicznych, których jednak nie było na naszej
niebieskiej planecie. Istoty magiczne były niesamowite, ponieważ podtrzymywały
istnienie obu naszych światów, czyli gdy ich zabraknie to Ziemia oraz Słońce
przestaną istnieć. Mimo, że te stworzenia były wspaniałe, to były również słabe
i potrzebowały ochrony człowieka o czystym sercu z siłą i odwagą lwa. Do jej
prośby dołączyły się również wszystkie inne wróżki, które zbudziły się ze
swojego snu. Różnobarwne istotki latające w powietrzu tworzyły takie jakby „dywany”
kolorów unoszące się nad ziemią. Był to piękny widok zapierający dech w
piersiach. Gdy pomyślałam, że już nigdy nikt by już tego nie zobaczył opanował
mnie ogromny smutek i pustka, takie same jak wtedy gdy umarli moi rodzice. Przemyślałam
to dogłębnie i nie zamierzałam zmienić mojej decyzji. Na pewno uratuję ten
świat przed moją Kopią! Otrzymałam od każdej wróżki buziaka w policzek i różne
podarunki. Od Królowej dostałam broń palną oraz miecz, aby walczyć nimi i
wygrać z moją Kopią. Inne stworzenie magiczne również dały mi coś od siebie, na
przykład jeden taki latający renifer postanowił mnie i mojego brata zabrać do
miasta w którym żyje Ona. Po krótkim pożegnaniu ruszyliśmy w drogę. Lecieliśmy
wysoko, bardzo wysoko, gdy spoglądałam w dół widziałam tylko pustynię.
Wyglądała ona jak wielka piaskownica pełna złotego piasku. Po kilku dniach podróży
dotarliśmy na miejsce, zagubiona w tym ogromnym mieście nie wiedziałam co mam
robić zwłaszcza, że przez przypadek rozdzieliłam się z braciszkiem i taka
skołowana wpadłam nagle na kogoś. Był to niesamowicie przystojny mężczyzna. Zaczęłam
szalenie przepraszać go tłumacząc, że jestem największą ciapą we wszechświecie.
Tamten mężczyzna tylko się uśmiechnął promiennie i podarował mi piękną,
krwistoczerwoną różę. Gdy ujrzałam ten śliczny kwiat, uśmiechnęłam się
promiennie co wywołało u nieznajomego niepohamowanego rumieńca. Zaśmiałam się
wesoło, po czym jeszcze raz przeprosiłam i ruszyłam w stronę pałacu. Pewna
siebie wkroczyłam do zamku i od razu ujrzałam dziewczynę, która wyglądała
dosłownie jak ja, tylko jej oczy były paskudne. Były pełne nienawiści i rządzy
mordu, że od samego patrzenia na nie robiło mi się niedobrze. Uśmiechnęła się
do mnie ohydnie i zaczęła się nasza walka. Już na początku skorzystałam z broni
palnej, wystrzeliłam wszystkie sześć kul, które znajdowały się w magazynku przy
czym trafiłam ją dwa razy. Raz w rękę, a drugi raz w nogę. Później wyciągnęłam
miecz, Ona również wzięła miecz z ozdobnej zbroi stojącej przy ścianie. Zaczęła
się walka na poważnie. W całym pałacu było tylko słychać szczęk stali
uderzającej o siebie. Nigdy w rękach nie miałam miecza, a wiem jak się nim
posługiwać i nawet dobrze mi to wychodzi. To jest dziwne i to bardzo. Co chwilę
krzyżowałyśmy nasze miecze, odpychałyśmy się nawzajem i już po chwili
wracałyśmy, aby złączyć nasze bronie. Walka była długa, ciężka i zacięta. Po
jakimś czasie moja Kopia zaczęła opadać z sił. Zaczęłam napierać na nią mocniej
i szybciej. W końcu zadawałam jej rany. Zadałam ostatni cios, padła ranna na
ziemię. Tonęła w kałuży własnej szkarłatnej krwi. Odwróciłam się, aby odejść,
gdy nagle poczułam przeszywający mnie miecz. To Ona wykorzystała resztki
energii, aby zabrać mnie ze sobą na drugą stronę do świata umarłych. Po
pokonaniu mojej Kopii zostałam bohaterką tego świata. Lecz nie dane mi było
zobaczyć więcej mojego świata ani nic innego. Mimo wszystko uratowałam ten
świat i byłam bardzo szczęśliwa. Rana zadana mi przez Kopię mocno krwawiła i
czułam mocny ból. Straciłam siły, nogi pode mną się ugięły i poczułam jak przed
upadkiem ratują mnie silne ramiona. To był mój brat, był przy mnie teraz, w
czasie mojej śmierci. Byłam szczęśliwa, że mogłam być siostrą takiego wspaniałego
wynalazcy. Moje źrenice przysłoniła delikatna mgiełka, a już po chwili moje
powieki zamknęły się na zawsze pod wpływem oddechu śmierci, zasnęłam na wieki.
Umarłam na rękach najważniejszej dla mnie osoby z krwistoczerwoną różą
spoczywającą na moich piersiach. Już nic nie zbudzi mnie z mojego snu.
Żegnajcie i żyjcie ciesząc się każdą chwilą życia.
