sobota, 16 marca 2013

"Słońce"

Słońce

 Witam Was Ludziska! Jestem niczym nie odznaczającą się nastolatką. Wysoka brunetka o brązowych oczach to nic nadzwyczajnego czyż nie? Jak co rano wstałam niechętnie z łóżka, przeciągając się przy tym leniwie i nałożyłam makijaż. Był to lekki i delikatny makijaż, nie lubiłam tak zwanej „tapety” jak inne dziewczyny w moim wieku. Dla mnie takie malowanie było bezsensownym traceniem pieniędzy i czasu, dlatego wolałam unikać takich sytuacji. Po tej jakże denerwującej czynności zeszłam po starych, drewnianych, skrzypiących schodach do kuchni. Tam wzięłam mój ukochany kubek. Taki zielony w czarne kwiaty, który dostałam od ważnej dla mnie osoby i zrobiłam sobie mocną kawę. Lubiłam taką kawę, ponieważ od razu stawiała mnie na nogi i nie musiałam się martwić, że zasnę na stojąco. Powoli piłam gorący płyn i zastanawiałam się co mam robić dzisiejszego dnia, lecz nic ciekawego nie przychodziło mi do głowy. Po dłuższym czasie do pomieszczenia wbiegł mój starszy brat z wiadomością, że dzisiaj jest piątek 13. Pomyślałam, że zwariował, bo w końcu dziś jest 31 października. Dotknęłam delikatnie jego czoła, aby sprawdzić czy nie ma gorączki i nie miał jej. Uznałam, że zwariował, więc chciałam go zignorować i pójść do swojego pokoju, ale zatrzymał mnie mocny uścisk jego dłoni. Zaskoczona spojrzałam na niego i już miałam coś powiedzieć, ale on uciszył mnie gestem ręki. Pociągnął mnie mocno w stronę wyjścia. Kubek, który trzymałam w ręce, wyśliznął się z niej i rozbił na drobne kawałeczki na podłodze. Nie wytrzymałam, wybuchłam i zaczęłam krzyczeć jak szalona. Miałam ochotę zabić mojego brata. Gdy się denerwowałam wyglądałam strasznie i okropnie zarazem, więc wszyscy w naszym miasteczku woleli unikać denerwowania mnie. Zaczęłam z pretensjami potrząsać moim bratem, który nawet się nie opierał, ponieważ wiedział, że ze mną nie wygra. Jeszcze wtedy nie wiedziałam co mnie czeka i że już nigdy nie dane mi będzie żyć tak beztrosko jak w tym momencie na tym świecie. Krzyczałam na mojego głupiego braciszka, lecz ten tylko powiedział że chce mi coś pokazać oraz powiedzieć, więc mam się w końcu zamknąć i pójść z nim. Ciekawe co to takiego? Zaciągnął mnie na tyły domu, czyli do jego fabryki wynalazków. No tak! Nie mówiłam Wam jeszcze, że jest on wynalazcą. Powinnam dodać szalonym wynalazcą. Tak jest nim, ale jego wszystkie wynalazki to beznadziejne i nieużyteczne tandety. Mimo wszystko lubiłam jego wynalazki, ponieważ zawsze sprawiały, że poprawiał mi się humor i śmiałam się jak mała dziewczynka bez zmartwień nie znająca jeszcze okrucieństw tego świata. Tym razem pokazał mi statek kosmiczny, który był nieco fikuśny i wymyślny. Chce polecieć tym czymś w kosmos? Ledwo powstrzymywałam śmiech. Zapytała go o co w tym chodzi. On tylko odparł, krótko, że lecimy na Słońce, aby je zbadać i zdobyć jako pierwsi ludzie na Ziemi. Wybuchłam głośnym, niepohamowanym śmiechem. Z kącików moich oczu zaczęły płynąć łzy szczęścia. Byłam szczęśliwa, że mam takiego brata, który zawsze poprawi mi humor, niezależnie od sytuacji. Ponownie dotknęłam jego czoła, aby sprawdzić temperaturę, ale i tym razem była ona całkowicie normalna. Zabrałam rękę, odeszłam kawałek od niego i zgięłam się w pół ze śmiechu. Mój brzuch zaczynał mnie porządnie boleć, a to znaczy że już czas najwyższy się opanować, ale było to raczej niemożliwe. Ja śmiałam się nieprzerwanie, a on wpatrywał się we mnie poważnie. To znaczyło tylko jedno, to że nie żartuje. I co mam teraz zrobić? Spochmurniałam, mruknęłam pod nosem, że to głupota i wróciłam do domu. Weszłam do mojego pokoju i głośno trzasnęłam drzwiami. Padłam na łóżko i głośno westchnęłam. Tak naprawdę jedyną głupią osobą byłam ja. Ja po prostu bałam się. Nie chciałam do siebie dopuścić myśli, że mam opuścić mój dom. Mimo, że miałam tylko brata to nie chciałam opuszczać tego domu. To było miejsce pełne wspomnień związanych z moimi rodzicami, którzy zostali brutalnie zamordowani na moich oczach kilka lat temu. Nikt nie wie jak udało mi się przeżyć. Mój braciszek był wtedy u ciotki, więc jemu nic nie groziło. Jestem naprawdę głupia, tak na niego nakrzyczałam, a sama boję się jak kurczaczek. Mój brat jest jedyną osobą, która mi pozostała oraz zajęła się mną po śmierci rodziców. Nikt inny nie chciał się mną zająć, ponieważ wszyscy uważali, że każdy kto będzie ze mną blisko, umrze. On nie zważając na to co mówili inni zajął się mną i zawsze dbał o to by nic mi nie brakowało. On jest naprawdę wspaniały i bardzo go kocham, ale mimo wszystko uważam, że to szalony pomysł lecieć na Słońce. I co teraz mam zrobić? Wspomnienia o rodzicach nie dają mi spokoju i nie pozwalają mi stąd odejść, ale muszę też zdobywać nowe wspomnienia, czyż nie? Tak, polecę z nim na słońce! Z nim mogłabym polecieć wszędzie! To w końcu on się mną opiekuje od tamtego czasu i on daje mi siłę by żyć. W ten sposób pokonałam swoje słabości i stałam się o wiele silniejszą oraz dojrzalszą kobietą. I tak oto polecieliśmy na Słońce, aby dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Zabraliśmy ze sobą wszystko czego nam było trzeba. Nauczył mnie podstawowych zasad kierowania tą rakietą. Już następnego dnia po spakowaniu się ruszyliśmy w powietrze, aby następnie znaleźć się w przestrzeni kosmicznej, a na końcu na celu naszej szalonej wyprawy, czyli na Słońcu. Większość ludzi powiedziałaby, że to szaleństwo i na pewno umrzemy, ale my nie mieliśmy zamiaru rezygnować z naszych postanowień. Oboje zawsze uparcie dążyliśmy do wyznaczonych celów. Nigdy się nie poddamy. Po bardzo długiej i ciężkiej podróży wylądowaliśmy na ognistej kuli. O dziwo było tu podobnie jak na Ziemi. Zawartość powietrza taka sama, czyli mogliśmy oddychać bez specjalnych skafandrów. Wysiedliśmy ze statku i naszym oczom ukazała się droga, której końca nie było widać i była ona po obu stronach usiana pięknymi, kolorowymi kwiatami. Jeden kwiatek nagle poruszył się i tak jakby się „rozwinął”, już po chwili można było stwierdzić, że ma skrzydła i jest istotą żywą. Wyglądało to jak motyl, ale nim nie było. Delikatnymi ruchami skrzydeł stworzenie to zaczęło lecieć w naszą stronę. Tuż przed moją twarzą zatrzymała się mała istotka o motylich skrzydełkach i przedstawiła się jako Calineczka Królowa wróżek. 

Od tego zaczęła się nasza rozmowa. Chwilę później już byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami. Opowiedziała mi ona wszystko o życiu na słońcu, o stworzeniach jakie się tu znajdują i o tym, że ten świat umiera. Mój braciszek oczywiście wszystko dokładnie notował w swoim dzienniku. Okazało się, że tutaj na słońcu żyją ludzie dokładnie tacy jak na Ziemi. Były to kopie, a jednocześnie przeciwieństwa. Wiernie odtwarzały wygląd człowieka z Ziemi, ale całkowicie zmieniały jego charakter. Czyli ten kto był tu dobry to na Ziemi był zły i na odwrót. Tutaj na Słońcu to ja byłam tą co niszczy ten świat, a tak w sumie to nie ja, tylko moja kopia. Jakie to skomplikowane! Grrr…już sama nie wiem co mam o tym myśleć. Calineczka poprosiła mnie, abym wraz z bratem ocaliła ich świat, ponieważ żyło tutaj wiele istot magicznych, których jednak nie było na naszej niebieskiej planecie. Istoty magiczne były niesamowite, ponieważ podtrzymywały istnienie obu naszych światów, czyli gdy ich zabraknie to Ziemia oraz Słońce przestaną istnieć. Mimo, że te stworzenia były wspaniałe, to były również słabe i potrzebowały ochrony człowieka o czystym sercu z siłą i odwagą lwa. Do jej prośby dołączyły się również wszystkie inne wróżki, które zbudziły się ze swojego snu. Różnobarwne istotki latające w powietrzu tworzyły takie jakby „dywany” kolorów unoszące się nad ziemią. Był to piękny widok zapierający dech w piersiach. Gdy pomyślałam, że już nigdy nikt by już tego nie zobaczył opanował mnie ogromny smutek i pustka, takie same jak wtedy gdy umarli moi rodzice. Przemyślałam to dogłębnie i nie zamierzałam zmienić mojej decyzji. Na pewno uratuję ten świat przed moją Kopią! Otrzymałam od każdej wróżki buziaka w policzek i różne podarunki. Od Królowej dostałam broń palną oraz miecz, aby walczyć nimi i wygrać z moją Kopią. Inne stworzenie magiczne również dały mi coś od siebie, na przykład jeden taki latający renifer postanowił mnie i mojego brata zabrać do miasta w którym żyje Ona. Po krótkim pożegnaniu ruszyliśmy w drogę. Lecieliśmy wysoko, bardzo wysoko, gdy spoglądałam w dół widziałam tylko pustynię. Wyglądała ona jak wielka piaskownica pełna złotego piasku. Po kilku dniach podróży dotarliśmy na miejsce, zagubiona w tym ogromnym mieście nie wiedziałam co mam robić zwłaszcza, że przez przypadek rozdzieliłam się z braciszkiem i taka skołowana wpadłam nagle na kogoś. Był to niesamowicie przystojny mężczyzna. Zaczęłam szalenie przepraszać go tłumacząc, że jestem największą ciapą we wszechświecie. Tamten mężczyzna tylko się uśmiechnął promiennie i podarował mi piękną, krwistoczerwoną różę. Gdy ujrzałam ten śliczny kwiat, uśmiechnęłam się promiennie co wywołało u nieznajomego niepohamowanego rumieńca. Zaśmiałam się wesoło, po czym jeszcze raz przeprosiłam i ruszyłam w stronę pałacu. Pewna siebie wkroczyłam do zamku i od razu ujrzałam dziewczynę, która wyglądała dosłownie jak ja, tylko jej oczy były paskudne. Były pełne nienawiści i rządzy mordu, że od samego patrzenia na nie robiło mi się niedobrze. Uśmiechnęła się do mnie ohydnie i zaczęła się nasza walka. Już na początku skorzystałam z broni palnej, wystrzeliłam wszystkie sześć kul, które znajdowały się w magazynku przy czym trafiłam ją dwa razy. Raz w rękę, a drugi raz w nogę. Później wyciągnęłam miecz, Ona również wzięła miecz z ozdobnej zbroi stojącej przy ścianie. Zaczęła się walka na poważnie. W całym pałacu było tylko słychać szczęk stali uderzającej o siebie. Nigdy w rękach nie miałam miecza, a wiem jak się nim posługiwać i nawet dobrze mi to wychodzi. To jest dziwne i to bardzo. Co chwilę krzyżowałyśmy nasze miecze, odpychałyśmy się nawzajem i już po chwili wracałyśmy, aby złączyć nasze bronie. Walka była długa, ciężka i zacięta. Po jakimś czasie moja Kopia zaczęła opadać z sił. Zaczęłam napierać na nią mocniej i szybciej. W końcu zadawałam jej rany. Zadałam ostatni cios, padła ranna na ziemię. Tonęła w kałuży własnej szkarłatnej krwi. Odwróciłam się, aby odejść, gdy nagle poczułam przeszywający mnie miecz. To Ona wykorzystała resztki energii, aby zabrać mnie ze sobą na drugą stronę do świata umarłych. Po pokonaniu mojej Kopii zostałam bohaterką tego świata. Lecz nie dane mi było zobaczyć więcej mojego świata ani nic innego. Mimo wszystko uratowałam ten świat i byłam bardzo szczęśliwa. Rana zadana mi przez Kopię mocno krwawiła i czułam mocny ból. Straciłam siły, nogi pode mną się ugięły i poczułam jak przed upadkiem ratują mnie silne ramiona. To był mój brat, był przy mnie teraz, w czasie mojej śmierci. Byłam szczęśliwa, że mogłam być siostrą takiego wspaniałego wynalazcy. Moje źrenice przysłoniła delikatna mgiełka, a już po chwili moje powieki zamknęły się na zawsze pod wpływem oddechu śmierci, zasnęłam na wieki. Umarłam na rękach najważniejszej dla mnie osoby z krwistoczerwoną różą spoczywającą na moich piersiach. Już nic nie zbudzi mnie z mojego snu. Żegnajcie i żyjcie ciesząc się każdą chwilą życia.  

KONIEC~.

sobota, 2 marca 2013

Teatr Lalek




 Teatr Lalek.

Obudziłam się na środku rozległej, gorącej pustyni. Piasek, który przesypywałam pomiędzy swoimi palcami parzył moją skórę i tworzył na niej zaczerwienienia. Rozejrzałam się dookoła, nie dostrzegłam nic, kompletnie nic, na całym obszarze panowała przeraźliwa cisza i pustka. Nie było tu żadnych zwierząt, a nawet roślin ani jednej żywej duszy. Nagle poczułam przeszywający ból w okolicach tyłu głowy przez co syknęłam przeciągle. Dotknęłam tego miejsca delikatnie i poczułam włosy posklejane zaschniętą krwią. Czyli rana krwawiła tak długo, aż krew zakrzepła. To, że czuję ból świadczy o tym, że żyję, gdybym go nie czuła to byłabym martwa. Co ja tu robię? Czemu jestem ranna? Kim jestem? Te pytania chodziły po mojej pustej głowie, pustej ponieważ nie było w niej nic, żadnych wspomnień ani innych chodź by najdrobniejszych myśli. Po dłuższej obserwacji swojego ciała i ubioru znalazłam wiele ran ciętych oraz kilka dosyć sporych siniaków. Ciekawe czy mam je przez walkę czy po prostu skądś spadłam. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Ubrana byłam w krótkie czarne spodenki, obcisły top odkrywający mój brzuch oraz wysokie do kolan czarne, sznurowane buty. Przy pasku spodenek przymocowane były trzy dosyć ciężkie miecze. Na szyi wisiały pomarańczowe słuchawki, gdy włożyłam je na uszy usłyszałam potworny pisk i od razu je ściągnęłam. Przerażający krzyk wydobył się ze słuchawek, co to niby miało być? Ja używałam tych słuchawek? Niby do czego? Wkurzyłam się sama na siebie, że mam ze sobą tak beznadziejny i niepotrzebny sprzęt. Mimo tego pozostawiłam je na mojej szyi. Utrata pamięci i pobyt na pustyni to musi być jakiś głupi psikus losu.  Bo niby w jaki inny sposób miałabym się tu znaleźć? Tylko cholerny los mógł sobie tak to wszystko ułożyć dla zabawy. Co teraz ze mną będzie? Ech~. Ciężkie westchnięcia to chyba moja specjalność. Wiem tylko jedno. Jestem ranna i wszystko mnie boli. Jestem za bardzo wyczerpana, aby przetrwać na pustyni, więc na pewno nie czeka mnie nic innego niż śmierć, ale mam pozytywne myślenie... Ciekawe czy choć jedna osoba po mnie zapłacze… A jak tak, to kto? Zaczęłam intensywnie myśleć nad tym co mam teraz zrobić. Myślałam i myślałam, aż w końcu postanowiłam ruszyć tą płonącą pustynią prosto przed siebie. Może nie był to dobry pomysł, ale nic innego nie mogłam zrobić. No mogłam zostać w miejscu, w którym się obudziłam i czekać na śmierć, ale niezbyt mi się chciało umierać w takim miejscu i w takich okolicznościach. Może uda mi się dokądś dojść? Kto wie? Podniosłam się i zaczęłam iść chwiejnym krokiem na przód. Po jakimś czasie mój krok wyrównał się i szłam prosto, zamiast szlaczkiem.  Upał mocno dawał mi się we znaki, miałam go już dość. Po długim czasie obraz zaczął mi się zamazywać, przetarłam je delikatnie rękoma po czym widziałam tylko ciemność i poczułam mocne uderzenie to znaczyło, że upadłam. Były tylko dwie możliwości co mogło się stać, a mianowicie zemdlałam ze zmęczenia albo umarłam z odwodnienia.  Leżałam i słyszałam różne dźwięki dżungli. Tak, dżungli. Zaraz! Dżungli?! Cholera, przed chwilą byłam na pustyni! Ta zagadka sprawiła, że otworzyłam oczy i rozejrzałam się naokoło. Gdzie ja do jasnej anielki jestem?! To jest ogromna dżungla! Dżungla pełna wysokich i potężnych drzew oraz niebezpiecznych zwierząt, które już się na mnie czaiły. Rozumiem, wyczuły moją krew. Ostrożnie wstałam na równe nogi i zwinnym ruchem wskoczyłam na pobliskie drzewo. Mimo, że wyglądała groźnie to wyglądała również pięknie dzięki wielkim ilościom kwiatów oraz krzewów o kolorowych liściach. To mogło znaczyć tylko jedno – umarłam. Umarłam i znalazłam się w raju. Tak to musi być to, bo co niby innego? Zeskoczyłam z drzewa i szybko ruszyłam w głąb lasu zielonych olbrzymów. Ciekawiło mnie to miejsce, było piękne, a zarazem niebezpieczne. Ten las krył tak wiele tajemnic, a największą z nich było to co ja tu robię i jak się tu znalazłam? W końcu jeszcze niedawno byłam na pustyni… Szłam i szłam, aż w końcu wyszłam na taką jakby polanę, a na niebie zobaczyłam Latające Ryby, które wyglądały jakby płynęły w wodzie, a tak naprawdę latały po niebie jak ptaki. Wyszłam na środek polany i zakręciłam się na nim po czym padłam na ziemię. Na mojej twarzy wykwitł piękny uśmiech. Od dawna się tak nie uśmiechałam. Ten las pozytywnie na mnie wpływał. Momentalnie odzyskałam wszystkie siły. Teraz nade mną rozpościerało się całe niebo i to właśnie na nim znalazłam rozwiązanie wszystkich tajemnic. Zobaczyłam dużą, niebieską planetę. Przed moimi oczami zaczęły przelatywać różne obrazy. Były to wszystkie ważne i te mniej ważne chwile mojego życia. Całe życie przeleciało mi przed oczami. Ta planeta, którą właśnie widzę na niebie to moja planeta zwana Ziemią. To tam się narodziłam i tam żyłam. Byłam strażnikiem mojej wioski zamiast mojego brata, który zginął. Byłam silna i walczyłam z dumnie uniesioną głową tak jak uczył mnie ojciec. Wszyscy znali mnie i kochali, a ja kochałam ich. W moich oczach pojawiły się srebrne łzy. W jaki sposób znalazłam się tutaj? To była całkowicie inna planeta i zostałam tutaj sprowadzona przez jej władczynię, która zazdrościła mi mojej urody oraz siły, więc postanowiła mnie ona zabić, dlatego sprowadziła mnie do swojego świata… Ten świat nosił nazwę „Teatr lalek”. Ta nazwa wynikała z tego, że okrutna królowa tego świata panowała całkowitą dyktaturą, a wręcz nie można było nazwać tego w ten sposób to było o wiele gorsze. Kontrolowała ona wszystkich ludzi na swojej planecie, nie mieli oni swojego życia i robili wszystko to co ona rozkazała. Czyli zabijali jej wrogów, czcili ją oraz umierali za nią. Była ona przekonana, że jest niepokonana i najpiękniejsza w całym wszechświecie. Te myśli przesłaniały jej oczy na to co tak naprawdę dzieje się wokół niej i na prawdę ukrytą w każdym zakamarku jej świata. Przez nią ten świat umiera i właśnie taka była prawda. Gdy tak rozmyślałam nie zauważyłam, że grupa marionetek królowej mnie otoczyła. Otarłam łzy oraz od razu przyjęłam pozycję bojową i w każdej chwili byłam gotowa do ataku. Ci wszyscy ludzie pracowali dla niej i miałam z nimi walczyć, ale nagle usłyszałam głosy ich serc. Tak to była moja zdolność, mogłam słyszeć głosy serc innych osób. Ich głosy mówiły, że nie chcą tego robić i chcą żyć własnym życiem. Moje postanowienie stało się jasne, uwolnię ich! Nawet za cenę własnego życia. Nie mogłam postąpić inaczej po tym co usłyszałam. Królowa kontrolowała ludzi za pomocą melodii „Szept Wróżki”, którą śpiewała swoim mocnym głosem, który docierał do każdego zakamarka „Teatru lalek”. To po to były mi te słuchawki z zagłuszającym dźwiękiem, abym nie słyszała tej przeklętej melodii. Szybkim ruchem ręki nałożyłam je na uszy i wyciągnęłam jeden z mych mieczy. Każdy z mieczy miał inną zdolność, ale każda zdolność służyła do walki żadna do obrony. Jeden miecz tworzył strasznie realistyczne iluzje, które wdzierały się do umysłu moich przeciwników i niszczyły całkowicie ich umysły. Drugi korzystał z mocy wszystkich żywiołów i mógł je wykorzystywać w różny sposób. Zaś trzeci przecinał ciemność w sercach ludzi, którzy byli na tyle słabi, aby pozwolić nad sobą zapanować. I właśnie do tej walki użyję tego trzeciego. Wydobyłam go z pochwy, a on zalśnił w bladym świetle księżyca. Było to piękne ostrze o kolorze głębokiej czerni. Był to tak mocny kolor, że można by w nim utonąć, a to tylko dlatego że zebrałam nim już wiele ciemności z ludzkich serc, a gdy on ją pochłaniał, czerniał jeszcze bardziej i stawał się ostrzejszy. Dzięki temu mógł wchłaniać więcej silniejszej ciemności. Przecięłam mym mieczem wszystkie serca marionetek królowej, które mnie otoczyły. Uwolniłam ich dusze z ciemności oraz zablokowałam możliwość kolejnej kontroli. Teraz wszyscy byli naprawdę wolni i mogli zaznać szczęścia. Teraz pozostało mi tylko rozprawić się z samą królową. Ruszyłam pewnym krokiem do jej pałacu. Moje oczy odzwierciedlały to co działo się teraz w mojej duszy, a mianowicie byłam pewna swego zwycięstwa i kroczyłam dumnie, aby je zdobyć. Doszłam do zamku, przecięłam frontowe drzwi i pobiegłam do sali tronowej. Nikogo tam nie było. Skoro nie ma jej tutaj to na pewno będzie „tam”.  Szłam cichymi , pewnymi krokami labiryntem korytarzy, aż dotarłam do celu, a mianowicie do skarbca zamku. Była tak i leżała dumnie w swojej potężnej to znaczy tłustej postaci. Czekała na mnie. Kochała swoje bogactwa, dlatego nigdy się z nimi nie rozstawała. Nawet teraz, gdy miała umrzeć nie zrezygnowała z ich bliskości. Chciała wręcz umrzeć razem z nimi. Bogactwo łatwo jest zdobyć, ale jeszcze łatwiej jest je stracić. Ona wraz ze swoim grubym cielskiem powstała, aż ziemia zadrżała pod jej ciężarem. Była ogromna, można by uznać ją za olbrzymkę, ale ona była tylko zwykłym człowiekiem za bardzo zadufanym w sobie. I teraz to ona zginie z moich rąk. Nie wybaczę jej ani nie okażę żadnej litości. Wyciągnęłam mój drugi miecz. Miecz żywiołów oświetlił swoim blaskiem wszystkie skarby brzydkiej wróżki. Lśnił on pięknym blaskiem, który zabijał demony. Użyłam na niej pięciu moich najsilniejszych ataków pięciu żywiołów. Atak żywiołu wody „Wodna Planeta”, ogromna kula cieczy uderzyła w nią powalając ją na ziemię. Cały pałac niebezpiecznie trząsł się tak jakby zaraz miał się zawalić.  Skoczyłam wysoko w górę i użyłam ataku żywiołu powietrza „Ostrza wiatru”. Wiatr przyjmował postać sierpów i uderzał w królową dotkliwie raniąc jej cielsko. Z ran płynęła szkarłatna, królewska krew. Kolejny atak to atak ziemi „Głaz”. Tym razem przyzwałam wielki głaz, który wręcz można nazwać górą i zgniotłam nim wroga, głęboko wbijając go w posadzkę. Ściany zamku nie wytrzymały i cała budowla runęła. Przecinałam mieczem wszystkie kawałki ścian i sufitu, aż nareszcie stanęłam na górze pałacowego gruzu. Po dłuższej chwili z resztek zamku wyłoniła się ręka wróżki, po czym wyszła z gruzów całkowicie. Nie zaprzestałam moich ataków. Kolej na błyskawicę, atak o nazwie „Deszcz Piorunów”. W powietrzu pojawiały się wielkie, czarne chmury, z których spadały pioruny „smażąc” tą kobietę jak wieprzowinę. Ostatni kończący atak to ogień, „Ogień Piekielny”. Był to czarny płomień, który nie gasnął dopóki nie spalił swego celu na popiół. Po tej całej serii ataków z królowej została tylko kupka popiołu, który został rozsypany na cztery strony świata przez jej dawnych podwładnych. Królowa nie żyje, ludzie są wolni, a ja zmęczona padam na miękką trawę zaraz obok pałacu i odpoczywam. Nie ma możliwości, abym wróciła do mojego świata, ponieważ tylko wróżka miała moc przerzucania ludzi między planetami. Muszę zostać tutaj, ale nie przeszkadza mi to. Wiadomo, że jest mi trochę smutno, ponieważ nie spotkam mamy, popłynęła pierwsza łza, taty, druga łza i wszystkich ludzi z wioski, teraz z mych oczu płynął potok łez. Płakałam rzewnie przez chwilę po czym szybko otarłam łzy i uśmiechnęłam się szeroko. Mimo, że stracę wszystko, nie spotkam już nikogo nigdy, będę za wszystkimi tęsknić to tutaj w tym świecie zaczyna się moje życie od nowa. Jest tu naprawdę pięknie, a moja dusza i wspomnienia zawsze pozostaną na Ziemi i nigdy stamtąd nie znikną. Byłam na to przygotowana, na rozstanie ze wszystkim co znałam i kochałam. Teraz będę żyć w tym świecie i nauczę tych wszystkich ludzi co to znaczy wolność i szczęście. Po prostu zaakceptuję ten psikus głupiego losu i będę dalej żyć szczęśliwie. Czy jest to piękna historia czy nie zdecydujcie sami…
KONIEC.