ALICE
Alice, to moje imię nadane
mi zaraz po moich narodzinach przez moją matkę. Lubię je mimo wielu
nieprzyjemności związanych z nim. Często jestem porównywana do sąsiadki, która
jest moją imienniczką. Wszyscy uważają, że jest ode mnie piękniejsza. Ja mam
inne zdanie, a przede wszystkim nie uważam że jestem brzydka. Na pewno jestem
od niej mądrzejsza. Posiadam bogaty księgozbiór i bujną wyobraźnię. Zazwyczaj
noszę zielone ubrana, gdyż jest to mój ulubiony kolor. Najczęściej chodzę w
prostej, przewiewnej, jasnozielonej sukience. Włosy koloru mocnego szkarłatu
sięgające kolan zawsze związane są w warkocz. Włosy związuję niebieską wstążką,
którą otrzymałam od ojca, gdy byłam mała. Na szyi nosiłam wisiorek w kształcie
róży białego koloru, to była jedyna rzecz jaka została mi po matce. Jestem
wysoką kobietą o szczupłej sylwetce. Posiadam wcięcie w talii oraz ponętne,
pełne piersi. Moje błękitne, bystre oczy przykuwały uwagę i każdy lubi się w
nie wpatrywać, a zwłaszcza mój młodszy brat Igor. W ogóle nie byliśmy podobni,
ponieważ mieliśmy różne matki. Moja umarła po porodzie, więc ojciec ponownie
się ożenił. Igor ma szmaragdowe oczy oraz kruczoczarne włosy. Mimo, że jesteśmy
bardzo różni to i tak go kocham, w końcu to mój młodszy braciszek. Pewnego dnia
spacerowała po ogrodzie mojej matki pełnym czerwonych i białych róż. Niespodziewanie
ogarnęła mnie nieprzenikniona ciemność. Rozglądnęłam się nerwowo, na około mnie
nie było nic prócz ciemności. Stałam w bezruchu, gdy nagle poczułam że spadam.
Wystraszyłam się, bicie mojego serca znacznie przyśpieszyło i miałam wrażenie,
że moje wnętrzności aktualnie znajdują się w moim gardle. Paskudne uczucie… Nie
wiedząc co mam robić, jedyne o czym pomyślałam to zamknięcie oczu. Spadałam
nieprzerwanie czekając na straszliwy koniec. Oczekiwałam bólu i śmierci,
zamiast tego usłyszałam ciche „plusk”, poczułam delikatne uderzenie, a po
krótkiej chwili już byłam cała mokra. Po krótkiej walce w środku mojej głowy
zdecydowałam się otworzyć oczy. Zobaczyłam to czego w ogóle nie spodziewałam
się zobaczyć. Ujrzałam rozległą kałużę, gęsty i wysoki las, a nad głową miałam
błękitne niebo. Widok był przepiękny, nie wiedziałam gdzie mam oczy podziać
zwłaszcza, że dookoła przechadzały się dzikie zwierzęta. Gdy już się
opanowałam, wstałam na równe nogi i spojrzałam na siebie. Byłam cała w błocie,
a włosy zamiast mieć kolor czerwieni były koloru brązowego. Nie wiedziałam
gdzie jestem, więc weszłam w głąb lasu w poszukiwaniu jakiegoś miasta bądź
istoty żywej oraz rozumnej. Szłam prosto przed siebie, przedzierałam się przez
gęste krzaki przez bardzo długi czas, a końca lasu nie było widać. Zmęczona,
nie mając sił aby iść dalej usiadłam pod rozłożystym drzewem. Spokojnie,
miarowo oddychałam i wsłuchiwałam się w szum lasu było to orzeźwiające
tchnienie natury. Gdy tak słuchałam każdego chodź by najmniejszego dźwięku, do
moich uszu dotarł tętent kopyt. Zaczęłam szybko rozglądać się na około, po
chwili dostrzegłam elfa ujeżdżającego kucyka Pony. Był to wysoki mężczyzna, a
przez ubrania było widać jego umięśnione ciało. Blond włosy związane wstążką
sięgały mu do pasa, a jego zielone oczy wpatrywały się we mnie. Jego kuc był
czarny i nieco większy niż przeciętny kuc, a na głowie miał długi róg
jednorożca i srał tęczą. Był to kuc o długich nogach i złotych oczach. Na jego
boku widniał tatuaż rozgałęzionej biało-niebieskiej błyskawicy. Wpatrywałam się
w elfa i kucyka, ich widok zaparł mi dech w piersiach, ponieważ był
przekomiczny. Gdy nasze oczy się spotkały już nie mogłam wytrzymać i zaczęłam
się głośno śmiać. Zaczęłam delikatnie trząść się ze śmiechu, w kącikach moich
oczu pojawiły się łzy szczęścia i brzuch zaczął boleć mnie od tej głupawi.
-Zamknij się głupia
babo.-rzekł surowym tonem piorunując mnie wzrokiem.
-Głupia babo?! Jak śmiesz
tak do mnie mówić?!- krzyknęłam oburzona i spojrzałam na niego. Przyglądałam mu
się chwilę, po czym uśmiechnęłam się.- Przepraszam, ale co taka samotna, wątła
dziewczynka jak ty robi sama w tym niebezpiecznym lesie?
-Jesteś ślepa czy
niedowidzisz?- krzyknął, a jego twarz wyrażała złość.-Jak możesz mnie
porównywać do dziewczyny? Jestem zbyt zajebisty by być dziewczyną.
-Dla mnie wyglądasz jak
dziewczyna i będę cię nazywać Blondi.
-Zamknij się w końcu i przestań mnie obrażać! Jestem
Basch i jestem elfem z królewskiego rodu! Jesteś głupią niewdzięcznicą!
-Że jak?! Niby ja? To ty
pierwszy mnie obraziłeś! Czemu niby jestem niewdzięcznicą?
-Najpierw się przedstaw,
wtedy ci wszystko wyjaśnię.
-Dobra, mam cię już dość.
Jestem Alice. Nie miło mi cię poznać.
-Mnie również. Ty, jesteś
kobietą z przepowiedni naszej kapłanki. Jesteś tą, która uratuje nasze
Królestwo Elfów. Zabiorę cię do stolicy, do Mordoru.
-Łaaa…jaka złowieszcza nazwa.-westchnęłam.-
No cóż, chyba nie mam wyboru… Pojadę z tobą, ale myślę że się mylisz co do
mnie. Jestem zwykłą dziewczyną w kwiecie wieku.
-Skończ już gadać i
wsiadaj.-podał mi rękę i pomógł mi wsiąść na kucyka imieniem Rafael. Podróż
była długa i męcząca, gdy dotarliśmy na miejsce słońce już zachodziło. Mordor
znajdował się na wzniesieniu, na samym szczycie tego wzgórza górował ogromny
zamek za wieloma wieżami. Na około zamku coraz niżej wzniesienia znajdowały się
domy różnej wielkości i różnokolorowe. Każdy dom odznaczał się czymś innym. Białe
mury zamku i jego czarne wieże wyglądały niesamowicie pięknie w blasku
zachodzącego słońca. Gdy tylko weszłam do pałacu służki pochwyciły mnie i
zabrały do oddzielnej komnaty. Doprowadziły one mnie do stanu używalności,
zostałam ciasno ściśnięta gorsetem i ubrana w ciemnoniebieską sukienkę z dużą
ilością różnych ozdób w postaci wstążek, brokatu i materiałowych srebrnych
kwiatów. Włosy umyte, rozczesane, pozostały rozpuszczone, więc spoczywały na
moich ramionach, piersiach i plecach. Po tym wszystkim zostałam przyjęta w sali
tronowej przez króla elfów. Gdy mijałam Bascha, nie wiedział gdzie ma wzrok
podziać i wpatrywał się we mnie jak w obrazek.
-Witamy zbawicielsko świata!-
tymi słowami mnie przywitał.
-Witam, Wasza
Wysokość.-jako dobrze wychowana dziewczyna ukłoniłam się.
Otrzymałam od niego miecz,
duży, wspaniały i ostry lśnił srebrnym blaskiem w świetle pałacowych lamp. Po
krótkim przyjęciu i pożegnaniu król odszedł na spoczynek. Następnie
zaprowadzono mnie do kapłanki, która przepowiedziała moje nadejście. Siedziała
na środku kręgu w wielkiej sali, medytowała w ciszy, więc się nie odzywałam i
oczekiwałam na to aż ona zacznie mówić. Usiadłam na chłodnej posadzce i obie w
całkowitej ciszy i ciemnościach siedziałyśmy przez jakiś czas. Nagle ona
poruszyła się, otworzyła oczy i spojrzała na mnie.
-Wiesz czemu tu jesteś?- zapytała
melodyjnym głosem.
-Nie, nie wiem o co w tym
wszystkim chodzi. Każdy mówi, że jestem wybawicielką świata, ale ja nie jestem
nikim specjalnym, tylko zwykłą dziewczyną. Wyjaśnisz mi co tu się dzieje?
-Nasze Królestwo jest
niszczone przez siły ciemności, od kilku lat prowadzimy wojnę z cienistymi
zjawami. Nie dajemy im rady, a pewnej nocy nawiedziła mnie wizja. Ujrzałam w
niej piękną, szkarłatno włosą dziewczynę z naszym legendarnym mieczem w ręce,
która lśni niczym anioł i odpędza z naszego świata ciemność. Tą kobietą jesteś
ty Alice. Zbliża się ostateczna bitwa w której weźmiesz udział i nas ocalisz. Za
pomocą mojej mocy sprowadziłam cię do naszego świata. Proszę pomóż nam, ocal
nas Aniele.-gdy skończyła mówić pokłoniła mi się dotykając twarzą posadzki. Powoli
w swojej głowie analizowałam jej słowa, nagle spostrzegłam że ona nadal trwa w
swoim głębokim ukłonie. Szybko podeszłam do niej i podniosłam ją.
-Przestań. Nie musisz tego
robić. Pomogę wam. Zrobię co w mojej mocy, aby sprostać zadaniu, ocalę was i będziecie
mogli być ze mnie dumni.-rzekłam pewnie wpatrując się w jej oczy.
-Dziękuję ci,
Aniele.-przytuliła mnie mocno, a gdy już mnie puściła wyciągnęła zza płaszcza talię
kart i wręczyła mi ją.-To cząstka mojej mocy, mam nadzieję, że ci się choć
trochę przyda.
-Dziękuję.-uśmiechnęłam
się.
Po tym pożegnałam się z
nią, a pokojówka którą mi przydzielono odprowadziła mnie do mojej komnaty. Po
dobrze przespanej nocy miał się rozpocząć mój trening posługiwania się mieczem,
miał być on krótki, a moim instruktorem został Basch. Tym razem ubrana byłam w
białą koszulę schowaną w spodnie koloru czarnego, których nogawki zanikały we
wnętrzu wysokich, brązowych butów. Na bitwę miałam założyć zbroję stworzoną
specjalnie dla mnie z wytrzymałego i lekkiego metalu. Ku mojemu zdziwieniu
Basch zmienił swoje nastawienie do mnie, był milszy i już mi nie dokuczał. Był
dobrym nauczycielem, wszystko dokładnie tłumaczył i był wymagający. Dzięki jego
zdolnościom władanie mieczem udało mi się opanować do perfekcji w bardzo
krótkim czasie. Następnie sprezentowano mi mojego kucyka. Był on różowy, miał
duże, zielone oczy, niebieską grzywę i ogon. Na lewym boku widniał tatuaż
tęczy, a jego kopyta zdobiły srebrne podkowy. Był on masywnym kucem i jak to
ujął stajenny bardzo wytrzymały. Wszystko
było dobrze, tylko ten rażący kolor, na dodatek był koloru którego najbardziej
nienawidzę, ale nic nie mogłam z tym zrobić, a z resztą zbliża się walka, więc
nie mogę być wybredna. Następna była przymiarka zbroi, o dziwo pasowała
idealnie nawet jeśli kowal nie mierzył moich wymiarów. Jak to możliwe, że
zrobił to tak precyzyjnie? Ech…tyle już tu zobaczyłam, że chyba nic mnie nie
zdziwi. Po przymiarce zbroi przyszedł czas na naukę jazdy konnej. Najpierw w
normalnych ubraniach uczyłam się podstaw, później nauczyłam się skoków i
odpowiednich manewrów na wojnę. W końcu przyszedł czas na jazdę próbną w zbroi.
Poszło mi całkiem dobrze, zaprzyjaźniłam się z Destoyer’em. Tak właśnie
nazwałam mojego różowego kucyka – Destroyer. Po całym dniu treningów zmęczona
odprowadzałam kuca do stajni, gdy usłyszałam śpiew, wytężyłam słuch, aby
zrozumieć słowa:
„Mój mały kucyk, mój mały kucyk
Aaaaa aaa
Mój mały kucyk!
Z nim co dnia przyjaźni czuję smak!
Mój mały kucyk!
Kiedy ujrzę go to pędzę jak wiatr!
Czułe serce,
Magii czar
Naszej przyjaźni wielki dar!
Mamy razem, przygód moc...
w krainie marzeń razem dzień i noc!
Hej ,mój kucyku,
Blask magii niech otuli dziś nas!”
Myślałam, że już nic mnie
nie zaskoczy i to był mój błąd. Kto normalny śpiewa takie piosenki? Muszę
szybko załatwić sprawy w tym świecie i wrócić do domu. Odprowadziłam Destroyera
i udałam się na spoczynek. Następne dni spędziłam na treningach, aby
udoskonalić moje umiejętności. W tym czasie poznałam również inne istoty żyjące
w tym świecie. Poznałam krasnoludów, wśród nich była jedna kobieta. Walczyła
ona za pomocą młota i jej imię brzmiało Camille, a jej mężem był nieco
tchórzliwy Andrew. Spotkałam również
ludzi śniegu, szczególnie zaprzyjaźniłam się z ich przywódcą Dave’m. Poznałam
wielu ludzi, których imiona pamiętam i których lubię, oraz których nigdy nie
zapomnę. Po dwóch tygodniach nadszedł czas na ostateczną bitwę, która
zadecyduje o losach wielu istot żywych. Cała armia w pełnym uzbrojeniu czekała
na placu przed zamkiem na wymarsz. Każdy stał przy prawym boku swego kuca i
tylko czekał na rozkaz dowódcy. Jeszcze przed odejściem wojska król wygłosił
przemowę:
-Jesteśmy dziećmi tego
świata. Nie wiemy co nadejdzie jutro. Jeśli umrzemy to umrzemy, jeśli
przeżyjemy to przeżyjemy. A teraz dajcie z siebie wszystko w imię ojczyzny i
swoich ukochanych rodzin. Walczcie, chrońcie mój lud i powróćcie do mnie żywi
moi synowie.
Kończąc przemowę
delikatnie się ukłonił i uśmiechnął do zgromadzonych żołnierzy. Dowódca dał nam
znak abyśmy dosiedli swoje wierzchowce. Wszyscy zsynchronizowani, równocześnie
wsiedli na kuce. Wyprostowani z dumnie uniesionymi głowami skierowaliśmy się do
głównej drogi, która przebiegała przez całe miasto, a następnie wiodła na pole
walki. Gdy przejeżdżaliśmy przez miasto, żegnały nas zapłakane rodziny
wszystkich żołnierzy. Jechaliśmy w parach, obok mnie jechał Basch z twarzą,
która nie wyrażała żadnych uczuć. Ja miałam mieszane uczucia. Czułam strach,
zmartwienie, ale zarazem podekscytowanie. Starałam się zachować kamienną twarz
jak mój towarzysz, ale w ogóle mi to nie wychodziło. Po długiej podróży
dotarliśmy na pole walki. Ustawiliśmy się w zwartym szyku bojowym i
oczekiwaliśmy. Długo czekać nie musieliśmy, już po 40 minutach po naszym
przyjeździe niebo na północy zaczęło ciemnieć, a po ziemi mknęły czarne postaci
zjaw z najgorszych koszmarów. Przełknęłam głośno ślinę, rozglądnęłam się na
około i spostrzegłam strach w oczach wszystkim obecnych tu istot. Nie zwlekając
długo wyjechałam kilkanaście metrów przed szereg, zwróciłam się do nich twarzą,
wyciągnęłam miecz zwróciłam go ku błękitnemu niebu i pełna odwagi oraz pewności
siebie zaczęłam krzyczeć.
-Nie lękajcie się! Umrzemy
lub przeżyjemy! Taki już nasz los! Musimy dać z siebie wszystko, aby ocalić ten
świat! Pokażcie mi ile siły w sobie macie, kim tak naprawdę jesteście i
dlaczego wstąpiliście do tej armii! Zwyciężymy i wrócimy do domu!
Skończyłam, Destroyer
nagle stanął dęba głośno rżąc, słońce oświetliło mnie, a oni przez chwilę
wpatrywali się we mnie zdumieni po czym unieśli swe miecze i krzyknęli.
-Tak jest! Pójdziemy po
śmierć lub po wolność! Zwyciężymy! Aniele prowadź nas!
Teraz to ja dowodziłam tą
armią, zwróciłam mojego kuca w stronę armii zjaw i dałam sygnał do ataku. Sama
na czele tego wojska ruszyłam przed siebie z mieczem w ręce. Na początek
postanowiłam użyć kart, które dostałam od kapłanki. Wyciągnęłam pierwszą
lepszą, widniał na niej gigantyczny wojownik we wspaniałej zbroi z maczugą tak
wielką jak on sam i tarczą. Rzuciłam kartę daleko przed siebie, usłyszałam huk,
w powietrzu unosiła się chmura pyłu, a z niej wyłonił się owy wojownik. Następne
karty to były: dzikie zwierzęta, różne bronie, a nawet bronie żywiołów. Zjawy
otoczyły mnie, więc musiałam walczyć za pomocą miecza. Odpierałam ich ataki i kontratakowałam.
Używałam całej swej siły. Walka niemiłosiernie się przeciągała i była ciężka. Jednego
ataku nie zdołałam odtrącić przez co moje karty wysypały mi się z rąk. Kolejnym
atakiem zjawa wytrąciła mi miecz z ręki. Cudem została mi jedna karta,
spojrzałam na nią i ujrzałam miotacz ognia. To była moja ostatnia deska
ratunku. Użyłam jej i już po chwili upiór był spowity morzem ognia. Zaczął wyć
w agonii i uciekać, aby następnie umrzeć. Zrozumiałam, że to najbardziej ogień
szkodzi tym istotom. Zaczęłam biegać po całym polu bitwy paląc wszystkich
napotkanych wrogów. Czułam się trochę jak szaleniec, ale było to całkiem
zabawne. Gdy już skończyłam z ostatnim z żołnierzy armii ciemności pojawił się
ich król. Był ogromny, spowity czarny płaszczem, kaptur zasłaniał jego twarz, a
w ręce trzymał ogromną kosę. Gdy patrzałam w miejsce gdzie powinna być twarz,
czułam się dziwnie, tak jakby uchodziło ze mnie życie. Moje oczy zaczęły się
zamykać, już miałam się temu poddać gdy z transu wybił mnie nie kto inny jak
Basch. Pozbierałam się, już nie patrzałam w jego twarz tylko na jego posturę. Zaatakowałam
go ogniem, z niezwykłą prędkością uniknął go i machnął swoją kosą. Sam wiatr wytworzony
przez to oręż sprawił, że nogi się pode mną ugięły i podłam na ziemię. Jak mam
pokonać to monstrum? Jeszcze kilka razy próbowałam akcji a ogniem, ale żadna
się nie powiodła. Gdy już straciłam nadzieję ujrzałam Bascha, który wspinał się
po ramieniu Króla Cieni. Wbił on miecz w jego ramię i obwiązał je Nicią Elfów,
tym samym unieruchamiając jego rękę, którą wymachiwał kosą. Chciałam
wykorzystać okazję i pokonać go. Znowu próbowałam ogniem, ale jemu nic to nie
robiło. Zaczęłam uważnie mu się przyglądać, po czym wpadłam na pewien pomysł. Zaczęłam
się wspinać po nim i stanęłam na jego ramieniu.
-Żegnaj, Królu Cieni.
Spojrzał na mnie, a ja
celując mu prosto w twarz użyłam ognia. Rozległ się przeraźliwy krzyk, szamotał
się w ostatnich chwilach życia. Padł na ziemię, przez jakiś czas krzyczał w
niebogłosy po czym zniknął, nic po sobie nie zostawiając. To był już koniec.
Stanęłam wyprostowana i spojrzałam na żołnierzy stojących przede mną. Uniosłam
swoją rękę z zaciśniętą pięścią i krzyknęła.
-To już koniec ciemności i
cierpienia! Zwyciężyliśmy!
Rozległy się krzyki
radości, ranni byli opatrywani, umarli chowani, a zdrowi i żywi śpiewali pieśń
na zakończenie wojny.
„Smutna rzeka księżyc po niej pływa,Senne dłonie chyli nad nią klon.Śpij, dziecino, nikt się nie odzywa.Śpi w mogiłach zakopana broń.
Smutna rzeka księżyc w dal odpływa,W mrokach nocy błyszczy wody toń.Śpij, dziecino, nikt się nie odzywa.Śpi po lasach zakopana broń.
Smutna rzeka usnął las cienisty,Ciemna noc na liściach kładzie dłoń.Śpij dziecino, śpij żołnierski synu.Już niedługo odkopiemy broń.
Smutna rzeka usnął las za górą.Wieś usnęła, zasnął nawet klon.Śpij dziecino, partyzancka córo.Idziemy w lasy by wykopać broń.”
Przyglądałam się im z
uśmiechem na ustach widząc ich radość. Nagle wszystko zaczęło wirować mi przed
oczami. Upadłam na ziemię i ponownie ogarnęła mnie ciemność. Po chwili
otworzyłam oczy i ujrzałam rozłożyste gałęzie drzewa. Rozejrzałam się naokoło,
byłam w ogrodzie, a na mojej klatce piersiowej leżała książka. To był tylko sen...
Ach, ta moja wyobraźnia, mam nadzieję, że się to więcej nie powtórzy… Czas
wrócić do domu.
KONIEC.